Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parszywa trzynastka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parszywa trzynastka. Pokaż wszystkie posty

Parszywa trzynastka nr 6 – różności

Witamy wszystkich w szóstej odsłonie Parszywej Trzynastki. Wiecie, co to oznacza? Że ta seria trwa już od pół roku. A jak jesteśmy przy datach to, nie pozostaje nam nic innego, jak pochwalić się,  że… dziś mija okrągły rok od opublikowania naszej pierwszej oceny!
blog_nz_1357743_5068421_tr_urodziny8.gif
Dziękujemy wszystkim, którzy czytali oceny, komentowali notki i, oczywiście, zgłaszali do nas swoje blogi. Bez was nie byłoby nas tutaj.

Mamy też dla was pewną wiadomość. Otóż jest to ostatnia trzynastka, jaką na razie zobaczycie. Nie odpuszczamy całkowicie tej serii, oj nie, po prostu potrzebujemy nieco czasu na doładowanie kreatywnych baterii i zebranie nowych tematów. Chcemy tworzyć dla was wartościowe notki, a do tego potrzebujemy świeżych pomysłów. Jeżeli macie propozycje punktów lub chcielibyście poczytać o konkretnym temacie, piszcie w komentarzach. To pomoże nam obrać kierunek poszukiwań. No i nie da się ukryć, że odzew z waszej strony sprawia nam wiele radości, bo dzięki niemu czujemy, że mamy z wami kontakt i nie jest to tylko jednostronna relacja.
Nie wiemy dokładnie, kiedy wznowimy trzynastkę, ale jesteśmy dobrej myśli. Trzymajcie za nas kciuki.

1. Kryminały: Morderstwo to nie wszystko
Masz ją! Sam nie możesz w to uwierzyć. Widzisz ją tak dobrze, tak dokładnie, jakbyś faktycznie miał ją przed oczami. Ale nie czujesz przerażenia, tylko ekscytację! Bo ona po prostu jest…! Nienaturalnie wykrzywione kończyny ofiary, jasne, długie włosy zanurzone w kałuży krwi, ciemnobrązowa, ubrudzona podłoga, długi, ostry nóż odrzucony na drugą stronę pomieszczenia, niewielkie okno wpuszczające nieznaczną ilość popołudniowego światła… Scena morderstwa, którą wytworzyła twoja wyobraźnia, jest po prostu idealna… Teraz wystarczy tylko to przelać na papier, a następnie kontynuować historię!
Otóż… nie. Wiem, ponieważ swego czasu boleśnie przeżyłam to na własnej skórze. Sam pomysł zdecydowanie nie wystarcza. A już z pewnością nie pomysł dotyczący tylko jednej, małej sceny, nawet jeśli ta scena miałaby spore znaczenie dla całości. I nawet jeśli faktycznie byłaby oryginalna, ponieważ — trzeba to sobie uświadomić — w takiej odsłonie za bardzo nie jest. Scen morderstw powstało w końcu tysiące. Nie chodzi mi jednak o to, że twoja musi okazać się niesamowicie oryginalna i zaskakująca (takie powinno być rozwiązanie sprawy). Chodzi o to, że samo wymyślenie i opisanie zbrodni zdecydowanie nie wystarczy do stworzenia kryminału. Miniaturki — tak, ale kryminału — nie.
source.gif

2. Kryminały: Kwestie techniczne
Merytoryka, research, wiedza… Można to nazwać wieloma słowami, ale wszystko sprowadza się do jednego — powinno znać się to, o czym się pisze. Dlatego stosunkowo najłatwiej umieszczać jest opowiadanie w dobrze nam znanej rzeczywistości. Przeniesienie akcji choćby do innego kraju już może powodować trudności związane na przykład z prawem dotyczącym posiadania broni. Jak można się domyślić, sprawa znacznie się komplikuje, gdy wybierzemy inną epokę lub specyficzną tematykę wymagającą konkretnej wiedzy (o czym pisałyśmy już wcześniej).
A jak sprawa ma się z kryminałami? Tutaj też pojawiają się schody. Otóż jeśli chce się porządnie opisać śledztwo, ważne jest, by orientować się, jak działa policja, co należy do jej obowiązków, a co do prokuratury czy medyków sądowych. Równie istotne są informacje związane z wyciąganiem wniosków, np. na temat przyczyny śmierci czy na podstawie poszlak znalezionych na miejscu zbrodni. Zwróć uwagę, jak wielu osobom zazwyczaj dziękują pisarze — w dużej mierze są to właśnie profesjonaliści, którzy pomogli im poprowadzić sprawę”.
200.gif
Dlatego właśnie kryminał tak trudno napisać. Nie można opisywać zbrodni i śledztwa, jak wyobraźnia autorowi dyktuje, bo logika zaniknie. Z drugiej strony — nikt nie jest wszechwiedzący i mniej poważne błędy mogą zostać wyeliminowane właśnie przez osoby trzecie. Dlatego jeśli masz dobry pomysł i rozplanowane wątki oraz chęci na robienie researchu — pisz.

3. Kryminały: Inne wątki
Wybierając gatunek i tematykę swojego dzieła, nie można zamykać się na inne wątki: o tym też już pisałyśmy. Oczywiście kryminałów również to dotyczy. Możesz stworzyć pełną napięcia i niespodziewanych zwrotów akcji historię, ale — przynajmniej moim zdaniem — będzie ona pełniejsza i ciekawsza, gdy zawrzesz w niej coś jeszcze. Na przykład: wykreujesz charakterystycznego, niekoniecznie w pozytywnym sensie, prywatnego detektywa, czy stworzysz wątki obyczajowe i/lub romans.
Równowaga w przyrodzie istnieć musi: także w tempie opowieści, a akurat spowolnienie w kryminałach czasem się przydaje, żeby później kolejna, spadająca na głowy bohaterów i czytelników bomba” była bardziej wybuchowa. Możesz także skupić się na psychice zbrodniarza, choć to chyba najtrudniejszy orzech do zgryzienia w tym zakresie.
200w.gif

4. Kryminały: Prowadzenie fabuły
Jeśli chce się stworzyć dobre opowiadanie, planowanie poszczególnych wątków to ważna kwestia. A przy wyborze kryminał — kluczowa. Dlatego prawdopodobnie takich opowiadań w blogosferze za dużo nie ma, a już na pewno dobrych. Gdy nie rozplanuje się przebiegu tego typu fabuły, sukcesu nie będzie. Zagubisz się we własnej sprawie”, zanim zaczniesz na dobre opisywać początki dochodzenia.
Z tego powodu nawet ktoś ze świetnym warsztatem pisarskim prawdopodobnie będzie miał na początku ten problem. W tym przypadku plan nie polega jedynie na spisaniu kilku haseł w kolejności chronologicznej. Tutaj trzeba przemyśleć przebieg całego głównego wątku, to, w jaki sposób i kiedy należy skomplikować sprawę, co i w jakiej kolejności powinno się odkrywać, jakie zmyłki podstawiać, kiedy opisać kolejną zbrodnię…
A wszystko to musi mieć jeszcze sens i zgadzać się z tym, co pisało się wcześniej. Nawet jeśli jest się ogromnym miłośnikiem kryminałów, wydaje mi się, że nie powinno się właśnie od nich zaczynać przygody z pisaniem. Zaplanowanie dobrej obyczajówki czy przygodówki będzie z pewnością dobrym treningiem, a może przyniesie taką reakcję jak tutaj:
giphy.gif

5. Kryminały: Nowe trĄdy
Jedną z nowszych rzeczy (choć obserwowaną w serialach już od dłuższego czasu) jest przeniesienie punktu ciężkości ze stróża prawa na złoczyńcę. Ale na pewno nie będzie to zwyczajny rzezimieszek, który spóźnił się ze zwróceniem książki do biblioteki, o nie. Nasz czarny charakter to istny geniusz, który w wolnych chwilach gra na wiolonczeli, odkrywa nowe pierwiastki, a przy śniadaniu rozwiązuje zagadki matematyczne oraz wyprzedza policjantów nie o jeden, nie o dwa, ale i o pięć kroków. Jego morderstwa (no bo wiadomo, że nie będą to na przykład żadne przekręty podatkowe) są ułożone według klucza, powtarzam: KLUCZA, tak niezwykłego, że gdy w końcu czytelnik/widz poznaje modum operandi, to ma tylko jedną minę:
Ale nic to, ważne, że było oryginalnie i pomysłowo, mniejsza z sensem, prawda?

6. Kryminały: Pierwsze skojarzenie jest najlepsze
Nie ma co ukrywać, praca detektywa nie należy do najłatwiejszych. Trzeba się orientować w wielu różnych tematach, od gier hazardowych zaczynając, na botanice kończąc. Często jednak na nic cała wiedza o przeróżnych materiałach pirotechnicznych, gdy śledczy pozbawiony jest szóstego zmysłu i wewnętrznego „nosa”.
W tym wypadku bardzo łatwo przesadzić, bo gdy każdy pomysł dotyczący kolejnych posunięć zbrodniarza okaże się właśnie tym jednym jedynym, trafnym, prawidłowym, no i w ogóle zamykamy sprawę po dwóch dniach, to w zasadzie… po co? Kryminałów nie pisze się po to, by przedstawić zwyrodnialca, który przewraca kosze na śmieci, dewastuje ławki i bazgrze po odnowionej elewacji budynku; w kryminale to czytelnik razem z detektywem ma krok po kroku próbować dotrzeć do prawdy, mylić tropy i wyciągać błędne wnioski.
I pamiętajcie: nawet funkcjonariusze z CSI (!) nie mają racji za pierwszym razem. A skoro nawet tam jest zachowana ta zasada, to u was powinna tym bardziej.
giphy.gif
YEEEAAAH!

7. Bohaterowie: Płynę z prądem i dobrze mi z tym

Ameba — chyba wszyscy dobrze znamy ten typ bohaterki, prawda? Dzieje się coś naprawdę pokręconego, dziwnego, bezsensownego, niezgodnego z żadnymi obowiązującymi normami, a ona wzrusza ramionami i rzuca się w wir wydarzeń tylko dlatego że, nie ona sama, a fabuła, tak chce. Bohaterka ta nie ma żadnych obiekcji ani wątpliwości. Po prostu daje się ponieść akcji i cierpliwie czeka, aż wody oceanu fabularnego wyniosą ją na suchy brzeg. Nawet nie próbuje czegoś z tym robić, o nie. Wszyscy inni zajmują się jej problemami, a ona po prostu to akceptuje, zachowując się jak sztandarowy przykład damy w opałach. Niczym chorągiewka na wietrze zwraca się w tę stronę, w którą skieruje ją autor. Nie ma stałego charakteru, bo ten zmienia się w zależności od potrzeb danej sceny. Można właściwie powiedzieć, że nie ma go w ogóle, a jedynym, co ją wyróżnia, jest zadziwiająca bierność. Mimo to, jakimś cudem, opowieść wciąż się kręci. Magia, powiecie? Moim zdaniem raczej ktoś tu zawarł pakt z diabłem.
giphy.gifgiphy1.gif

8. Bohaterowie: Mam wszystko, czego chcę, każda rzecz udaje mi się, problemów nie mam, o nie!
Ach tak, to te historie. Wiecie które. Bohaterce wszystko się udaje, nic jej nie ogranicza, nie musi wybierać chłopaka, bo i tak obaj trulaverowie z trójkąta jej nie zostawią, i ogólnie żyje sobie jak pączek w maśle. O, niebiosa, jakie to jest irytujące. I nudne. Głównie nudne.
Czytelnicy lubią, kiedy postacie muszą wybierać, podejmować decyzje opłakane w skutkach, przegrywać i przeżywać utratę przyjaźni bądź miłości. Chcą zobaczyć, jak bohaterowie spadają na samo dno piekła, żeby potem w chwale i przy akompaniamencie trąb anielskich wspiąć się na sam szczyt. A tu tego nie uświadczą.
Kiedy główna bohaterka takiego opowiadania idzie do sklepu po szminkę, bo jest mega promocja, nie ma nawet jednego procenta szansy, że akurat jej ulubiony odcień zostanie wykupiony. Kiedy na dziesięć minut przed odlotem chce wykupić miejsca w samolocie, nie ma szans, żeby obsługująca ją pani nie wręczyła jej do ręki biletów. Kiedy zostaje dziwaczną krzyżówką wampira i mandragory, nie odczuwa żadnych skutków ubocznych tak wybuchowej mieszanki genów. Przypadek? Nie sądzę.
Parszywa Trzynastka - 6..png

9. Błędy: Zdania jak spaghetti

W poprzedniej trzynastce wspominałyśmy o zdaniach krótkich, przyszedł więc czas i na te bardziej rozbudowane.
Długie zdania są świetne. Nikt nie zaprzeczy, że idealnie nadają się do spowolnienia akcji, dodają klimatu i prezentują bogactwo najróżniejszych środków stylistycznych. Po prostu dobrze się je czyta. Ale, na liściastego bora, kiedy co drugie przekracza trzy linijki, człowiek ma zwyczajnie ochotę odejść od tak skonstruowanego tekstu i już nigdy do niego nie wrócić. A powodów ku temu ma całą masę, choć najczęściej to po prostu zmęczenie spowodowane ciągłymi próbami rozplątania i odnalezienia właściwego sensu czytanych zdań.
U raczkującego w zdaniach złożonych autora wypowiedzenia często gubią sens, gdyż ich twórca próbuje wepchnąć do nich zbyt wiele rzeczy naraz i skacze z tematu na temat. Są poplątane, końcówki wyrazów źle odmienione, podmioty pogubione, a przecinki zamiast oddzielać części zdania, tańczą dziką salsę. Od prób rozszyfrowania intencji piszącego można dostać potężnego bólu głowy.
Z kolei ci nieco bardziej zaawansowani autorzy mogą dobrze radzić sobie z gramatyką, ale zapominać o tym, że kierują słowa do odbiorcy i zwyczajnie przeszarżować, chwaląc się swoimi umiejętnościami. Kierując się zasadą „więcej znaczy lepiej”, uznają zdania wielokrotnie złożone za lepsze z automatu i wcale nie próbują używać prostszych form, nawet w sytuacjach, w których bardziej by pasowały. W pisarskim szale, jak z karabinu, wypluwają z siebie coraz rozwleklejsze konstrukcje, zrozumiałe w pełni tylko dla nich samych, i nie martwią się późniejszą ich edycją. W efekcie serwują zdania tak długie, że na ich końcu nikt nie pamięta, o co chodziło na początku. Czytelnikowi pozostaje tylko powtórnie brać się za lekturę, dokładając nowe części układanki, a potem jeszcze raz, i tak w kółko, aż do znudzenia.
Biegłe posługiwanie się zdaniami wielokrotnie złożonymi to trudna sztuka, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że mistrzowska. Niezbędne są do tego perfekcyjne zdolności używania słów, gładkiego prowadzenia czytelnika od początku do samego końca tak, by nic ważnego mu nie umknęło. Jest tu również potrzebna sztuka umiaru. Dobry pisarz wie, kiedy pisać zdania długie, kiedy średniej długości, a kiedy krótkie. Nie rzuca nimi losowo, „bo tak mu się napisało”, tylko stawia każde słowo w określonym celu — korzysta ze wszystkich dobrodziejstw języka, nie żeby pochwalić się swoimi zdolnościami czy erudycją, lecz by jak najlepiej przedstawić historię, którą ma w głowie.
Nikt jednak mistrzem się nie rodzi, toteż trzeba ćwiczyć pisanie zdań złożonych. Ćwiczcie więc, nasi drodzy adepci pisarstwa, nawet jeśli na początku nie będzie wam wychodzić, a my zaczniemy zgrzytać zębami, widząc wasze cudeńka, bo nie ma innej drogi.
giphy4.gif

10. Błędy: Po prostu napisz, o co ci chodzi
Amelia niesłychanie szybko stawiała krok za krokiem, wymachując rękami niczym Arnold Schwarzenegger w „Terminatorze”. Kiedy stopy nastolatki zatrzymały się w miejscu, poczuła, jak w jej kanaliku łzowym utworzyła się słona kropelka wody. By ją otrzeć, Amelia uniosła dłoń i zarejestrowała jakiś obły, zbliżający się do niej kształt. Krzyknęła, zanim maszyna uderzyła z pełną mocą w jej, stworzoną z mięśni i kości, postać z zawrotną prędkością. Płuca dziewczyny w ostatnim tchnieniu wyrzuciły z siebie niewielkie ilości gazu. Potem funkcje życiowe Amelii zatrzymały się na zawsze. Umarła.
Też macie dość autorów, którzy piszą o wszystkim, tylko nie o tym, co trzeba? Unosicie brew, kiedy widzicie absurdalny synonim wciśnięty w zdanie tylko po to, by uniknąć powtórzenia? Czujecie frustrację za każdym razem, kiedy twórcy próbują wytłumaczyć wam najbardziej podstawowe podstawy podstaw? Albo wciskają rozbudowaną konstrukcję, ba, całe akapity, których treść można przedstawić trzy razy łatwiej i szybciej? A może, mój faworyt, rzucają wam oczywistościami prosto w twarz? Dość tego, kolego!
Prostota ludzie, prostota to coś, czego potrzebujecie. Natychmiast. Jeżeli coś można opisać w jednym zdaniu, nie ma sensu rozpisywać się na cztery. Kiedy nie zależy wam na osiągnięciu pewnego efektu (wywołania odpowiednich emocji u czytelnika, nadania tempa opowieści itd.) poprzez niemówienie o czymś wprost, nie róbcie tego. Nie rozwlekajcie, nie komplikujcie, nie utrudniajcie sobie życia wymyślaniem coraz to bardziej pokręconych sposobów na opisanie procesu oddychania. Uwierzcie, „więcej” i „bardziej” nie zawsze znaczy „lepiej”. Pisząc zawile, nie macie co liczyć, że ktokolwiek uzna wasz styl za przyjemny i lekki, raczej męczący i denerwujący.
No to jak, wysilicie wszystkie procesy mózgowe i dogłębnie przeanalizujecie ten tekst, aby później móc dostarczyć waszym czytelnikom produkt, który bez problemu będą mogli przetworzyć i który będzie cieszył się ich sympatią?
giphy5.gif

11. Utarte schematy: (Nie)idealny sposób na sukces
Znacie to uczucie, kiedy podczas czytania opowiadania nagle dostajecie magicznych umiejętności przepowiadania przyszłości? Mordercą okazuje się ten, którego od samego początku o to podejrzewaliście, bohaterka wraz z mężczyzną swoich marzeń galopują na białym koniu w świetle zachodzącego słońca, a świat po raz n-ty zostaje uratowany przez trójkowego ucznia z wielkim mieczem przerzuconym przez ramię jak worek po kartoflach. Czytelnika coraz częściej, gdy przedziera się przez kolejne rozdziały, męczy nieodparte wrażenie déjà vu, podczas kiedy autor jest święcie przekonany, że wszystkich zaskoczył swoją niepodrabialną pomysłowością.
Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na to, że pomiędzy inspiracją a zasadą kopiuj-wklej istnieje zasadnicza różnica. Każdy, czy to pisarz, czy to malarz, potrzebuje czasami nowego zastrzyku twórczej energii. A któż lepiej pomoże artyście jak nie drugi artysta? W końcu nawet najwięksi pisarze fantasy czerpali pomysły ze starożytnych mitów i legend, za ich pomocą kreowali coś nowego, co porywało serca tysięcy ludzi. Niestety w międzyczasie inni, dopatrując się łatwego sukcesu, zaczęli w kółko powielać jedne i te same wątki, przez co to, co kiedyś miało swój charakterystyczny, subtelny urok, stało się jedynie kolejnym odgrzewanym kotletem.
Powielanie pewnych schematów nie jest złe samo w sobie — wręcz przeciwnie, niemal każdy lubi pod koniec cieszyć się bajecznym happy endem. Prawdziwa sztuka polega na tym, aby ponadczasowe treści przekazać w nowy, unikalny sposób. Niekiedy wystarczy tchnąć w wykreowany świat coś własnego, a już nabiera on całkiem nowych, niepowtarzalnych perspektyw. A czasem nie ma nic przyjemniejszego podczas czytania, gdy układając sobie w głowie plan na dalszy przebieg fabuły, zdarzy się coś tak niesamowitego, że aż wbije w fotel.

12. Opisy: To przereklamowane!

Brak jakichkolwiek opisów miejsc czy wyglądu bohaterów to dość powszechny problem w blogowych opowiadaniach. Jedni go ignorują, drudzy starają się likwidować przymiotnikami, a inni…
Postanowili wymyślić rozwiązanie najgenialniejsze z najgenialniejszych. No bo w końcu po co komukolwiek nadmiar liter w świecie, w którym wszystko opiera się na wrażeniach wizualnych? Panie i panowie, oto najnowszy produkt naszych czasów: porzućcie wysiłki związane z budowaniem zdań, zostawcie kreatywność daleko za sobą; owe problemy nie będą was już dotyczyć! Drodzy pisarze, jesteście zmęczeni ciągłym myśleniem nad realiami swojej historii? Męczy was wieczna potrzeba przypominania o kruczoczarnych włosach bohaterki? W takim razie trafiliście na ofertę doskonałą! Wystarczy jedynie jeden obrazek z Internetu – tak, jeden! – a konieczność nieustannego przegrzewania mózgu zniknie z waszego życia raz na zawsze. Gwarancja jakości: 100%!*
A teraz zastanówmy się przez chwilę. Czy kiedykolwiek w książce autor wkleja wielki obraz wodospadu z przypadkowego wyszukiwania w Deviantarcie i mówi: „Wyglądało to dokładnie tak, tylko że troszkę inaczej”? Czy widzieliście kiedyś, zamiast opisu bohaterki, wielkie uśmiechnięte zdjęcie Seleny Gomez lub innej celebrytki wklejone w sam środek tekstu?
200w.gif
Jeszcze pół biedy, gdy na blogu lub pod spodem grafiki widnieje źródło albo imię i nazwisko prawdziwego fotografa bądź artysty. Ale każdy szanujący się pisarz polega na własnych umiejętnościach, a nie na pospiesznie znalezionych obrazkach wybranych jako pierwsze z brzegu w wyszukiwarce Google.
Człowiek z reguły jest wzrokowcem, a obrazki są świetnym sposobem na przyciągnięcie uwagi i urozmaicenie tekstu. Jednakże trzeba pamiętać, że dodatek powinien pozostać dodatkiem. Nawet najwymyślniejsza wizualizacja opisywanych miejsc czy bohaterów nigdy nie dorówna jednemu z naszych najpiękniejszych atutów – sile ludzkiej wyobraźni.
*w przypadku niezadowolenia czepialskich członków blogosfery i uszkodzeń treści opowiadania skonsultuj się z betą lub doświadczonym pisarzem, gdyż każdy błąd nieustannie powielany może zagrażać twojemu życiu lub zdrowiu.

13. Styl: A o co chodzi?

Styl — krótkie, lecz bardzo istotne słowo, bez którego osoba chcąca coś napisać się nie obejdzie. To, w jaki sposób przelejesz pomysły na papier, jest kluczowe, jeśli chodzi o odbiór tekstu, a więc zadowolenie bądź niezadowolenie czytelników (oczywiście w sporej części wiąże się to z różnymi gustami).
Styl w pisaniu nie jest pojęciem „wąskim”, na stale przypisanym do konkretnej osoby, wręcz przeciwnie. Nie bez powodu mówi się, że styl się wyrabia (w końcu, jak we wszystkim, praktyka czyni mistrza) oraz że w różnych tekstach, a czasem nawet w obrębie jednego twórca może wykorzystywać różne chwyty stylistyczne. Dla przykładu po to, by zmienić punkt widzenia na dane wydarzenia czy zaakcentować różnice między poszczególnymi bohaterami.
O stylu można mówić wiele. Skupmy się na jednym z częściej popełnianych błędów, jakim jest tak zwane „mieszanie stylów”: niskiego i wysokiego (na ogół ma to miejsce, gdy tak naprawdę większość tekstu autor zapisuje „zwyczajnym słownictwem”, a przynajmniej do tego zmierza)…
Zanim przedstawię przykład samego misz-maszu, kilka słów na temat głównych składników, których użyję do jego stworzenia:
a)  Zbytnie kombinowanie może przynieść więcej szkody niż pożytku. Niektórzy początkujący autorzy, by pokazać swoją elokwencję, często silą się na wyszukane słowa czy zwroty zupełnie niepasujące do reszty tekstu. Wybija się to szczególnie wtedy, gdy ten tekst składa się w większości z rzeczy krótkich: zdań, opisów oraz dialogów (tak, to ten etap wyrabiania stylów). Rada? Jeśli jakiś wyraz ma prostszy odpowiednik, a nie musisz się martwić o powtórzenia, to nie kombinuj. Szczególnie że wiąże się z tym jeszcze jeden, o wiele poważniejszy problem… Otóż pół biedy, jeśli autor wie, co oznacza użyte przez niego mądre słowo, znacznie gorzej, gdy używa go bez sprawdzenia definicji, a czasem nawet odmiany, przez co logika… znika.
b)  Po drugiej stronie barykady stoi styl niski, w którym rządzą kolokwializmy (w tym również przekleństwa, od których niestety często aż się roi) i mowa potoczna. Oczywiście w niektórych dialogach będą one bardziej niż pożądane, podobnie zresztą jak w pewnych typach narracji pierwszoosobowej (np. pamiętnik nastolatka), choć i wtedy lepiej pamiętać o złotej zasadzie: „Co za dużo, to niezdrowo” i korzystać z uroków języka polskiego.
A teraz czas na obiecaną mieszankę wybuchową:
Amelia uchyliła swe delikatne powieki i spojrzała w seledynowo-cytrynowy sufit. Chwilę zajęło jej zajarzenie, dlaczego nie znajduje się w ukochanej sypialni, tylko w jakimś obcym miejscu, zupełnie jakby uprowadził ją jakiś głupi kidnaper! Jednak przypomniała sobie naprędce, że poprzedniego dnia nareszcie przyjechała do swojego super adoratora, Amadeusza, noszącego imię po wybitnie doskonałym kompozytorze! Z okrzykiem najczystszej radości zeskoczyła z wyra i omal nie zaryła uroczą twarzą w podłogę. Tylko nadzwyczaj rozwinięte poczucie równowagi i niemal nieludzka gibkość uratowały ją przed glebą wieku…  
giphy.gif

Parszywa trzynastka nr 5 – błędy, które wywołują w nas agresję

Witamy w kolejnej odsłonie Parszywej Trzynastki. Tym razem coś nieco innego od poprzednich wpisów, bo tym razem omawiamy błędy głównie związane z gramatyką, a nie z denerwującymi motywami. Mamy nadzieję, że czytanie tej trzynastki okaże się nie tylko dobrą rozrywką, ale też pozytywnie wpłynie na poprawność waszych tekstów.  

1. Nie

Niepoprawny zapis partykuły „nie” z różnymi częściami mowy to jeden z najczęściej popełnianych błędów. W końcu ku wielkiej rozpaczy ludzkości Word nie podkreśla na czerwono słów, które istnieją jako samodzielne, ale które w pewnych okolicznościach powinno zapisywać się łącznie, a nie oddzielnie.
Zacznijmy od podstaw:
1)    „nie” piszemy łącznie z:
  1. rzeczownikami („nieszczęście”),
  2. przymiotnikami w stopniu równym („nieładny”).
  3. imiesłowami przymiotnikowymi („niepasujący”, „nieznaczny”) – pełnią one w zdaniu rolę taką jak przymiotniki (przydawki), a nie jak czasowniki (orzeczenia),
  4. przysłówkami odprzymiotnikowymi w stopniu równym („niełatwo”).
2)    „nie” piszemy oddzielnie z:
  1. z czasownikami („nie być”),
  2. z przymiotnikami w stopniu wyższym i najwyższym („nie lepszy”, „nie najlepszy”),
  3. z imiesłowami odczasownikowymi („nie próbując”, „nie skończywszy”) – są one w zdaniach orzeczeniami tak samo jak czasowniki,
  4. przysłówkami nieutworzonymi od przymiotników („nie całkiem”),
  5. z większością liczebników, zaimków oraz wyrażeń przymiotnikowych („nie pierwszy”, „nie mnie”, „nie każdy”).
Jak można się domyśleć, w praktyce nie wszystko jest łatwe i przyjemne. W konstrukcjach, w których nie mamy do czynienia z wyraźnym przeciwstawieniem, np. „nie dziewczyna, a kobieta”, rzeczownik piszemy z „nie” oddzielnie. Tak samo z przymiotnikami: np. „nie ładny, a piękny” (pomocny może być fakt, że w domyśle możemy wstawić czasownik: „nie był ładny, a piękny”).
W przypadku czasowników należy pamiętać, iż istnieje nieliczna grupa, w której „nie” łączy się z nimi na zawsze, np. „niedomagać”, „niepokoić”, więc trzeba zapisywać je jako jedno słowo.
Niektóre liczebniki czy zaimki mogą sprawić kłopot. Piszemy „niejeden”, jeśli chodzi nam o „wielu”, czy na przykład „niektóry”, a nie „nie który”.
Najbardziej specyficzny jest zapis rzeczowników czy przymiotników zapisywanymi wielkimi literami. Jeśli chcemy dopisać przed nimi partykułę „nie”, musimy zastosować dywiz, np. „nie-Polak”, „nie-Mickiewiczowski”.

2. O nadużywaniu „jakby” słów sto

Tak jakby Wam powiem, że nie rozumiem nadużywania słowa „jakby”. Bo to „jakby” niekonkretne takie: niby jest, ale jednocześnie nie jest; bo to tak na niby, rzekomo, poniekąd, jak gdyby. Zmienia to „jakby” odbiór zdania, gdyż „jakby” to żadne konkretne twierdzenie, a co najwyżej osłabione znaczenie. Wtedy wszystko takie jakby pokręcone, nijakie, nieprawdziwe, nie do końca, bo przecież tylko tak jakby.
Ty to taka jakby ładniutka jesteś, wiesz?, mówi mi. A ja nie wiem, więc rozmyślam, analizuję, kalkuluję i rozważam, co też autor chciał przekazać. I wciąż pojęcia nie mam, czy ładniutka to ma cecha, czy też bardzo marna pociecha.

3. Word (nie)mistrzem interpunkcji

Interpunkcja to zmora wielu. Korekty wordowskie itp. w pewnym stopniu zapobiegają przed popełnianiem podstawowych błędów w tym zakresie, ale na niektóre z nich pozostają niewrażliwe, a czasem potrafią wręcz sprowadzić biednego autora na manowce, gdy zwracają uwagę na nieistniejące w rzeczywistości błędy. Dlatego właśnie zamiast bazować na sztucznej „inteligencji”, lepiej samemu zapoznać się z zasadami, a w przypadkach wątpliwych poszukać informacji w internecie albo słownikach.
Temat jest głęboki jak Rów Mariański, więc skupmy się na Zmorze Numer Jeden – przecinkach. Ich stawianie wiąże się przede wszystkim z konstrukcją zdania. W przeważającej ilości przypadków rozdzielają one zdania składowe w wypowiedziach złożonych. Istnieją spójniki, przed którymi bez żadnych wyjątków stawiamy przecinki, a mianowicie: „bo”, „gdyż”, „ale”. Istnieje mnóstwo innych, przed którymi należy postawić przecinek, jeśli rozpoczyna się nowe zdanie składowe, ale w innych okolicznościach już wcale niekoniecznie.
Najłatwiej zapamiętać zasadę: jeśli w wypowiedzi znajdują się co najmniej dwa orzeczenia, należy pomyśleć o przecinkach. W większości przypadków będzie musiał być użyty, np.: „Lubiłabym Zosię, gdyby była milsza”. Przy czym należy dodać, że orzeczenia to nie tylko czasowniki, ale również imiesłowy odczasownikowe, tzn. takie, które kończą się na „-ąc” i „-ąwszy”, o czym zapomina zatrważająca część użytkowników internetu. Niestety istnieją też takie spójniki, przed którymi nie stawiamy przecinków, mimo że łączą one dwa zdania. Oto one: „i”, „oraz”, „ani”, „lub”, „albo”, „tudzież”, „bądź”. Żeby nie było, od tego też są wyjątki: jeśli używamy w zdaniu więcej niż jedno „i” itd., przed drugim stawiamy przecinek. Podobnie czynimy, jeśli kończymy wtrącenia…
Właśnie, wtrącenia. Kolejny temat-rzeka. Kiedy mamy z nimi do czynienia? Ano wtedy, kiedy główne zdanie przerywamy jakimś dopowiedzeniem, które równie dobrze można by zapisać w nawiasie. A jak wiadomo, nawiasy są dwa: jeden rozpoczynający wypowiedź, a drugi ją kończący. Tak więc i przecinki (czy myślniki) MUSZĄ być dwa. Na przykład: „Miasto, które odwiedziłem, było piękne”. Zdanie główne to: „miasto było piękne”, a nie samo „miasto” (co swoją drogą w ogóle nie byłoby zdaniem). Autokorekta z pewnością nie zaznaczy nam braku drugiego przecinka, bo przecież zazwyczaj przed czasownikiem („było”) przecinków nie stawiamy.
Brak przecinków jest częsty, ale chyba jeszcze gorsze jest używanie ich wszędzie: tak na wszelki wypadek albo zgodnie z sugestią Worda. Uwierzcie mi, nie przed każdym „więc” czy „by” stawiamy przecinek. W zdaniu pojedynczym po prostu tego nie robimy. Piszemy: „Postanowiła więc pójść do kina”, a nie: „Postanowiła, więc pójść do kina”. Nie przed każdym „czy” piszemy przecinek: jeśli ma to być synonim „lub”, przecinka nie stawiamy (patrz wyżej).
Temat, jak już wspominałam, można by ciągnąć godzinami. Morał jest jeden: autokorekta to nie to samo co poprawność. Sprawdzajmy to, czego pewni nie jesteśmy. Jeśli chodzi o interpunkcję, polecam stronę prosteprzecinki.

4. „I jeszcze tutaj wcisnę coś swojego!”

Użycie słowa „swój” może stanowić problem. Stosuje się je między innymi jako synonim wyrazów: „mój”, „twój”, „jego”, „naszego”, „waszego”, „ich” itd., ale trzeba uważać. Weźmy przykład z SJP: „Pomógł im kupić swój pierwszy samochód”. Zgodnie z gramatyką tak sformułowane zdanie oznacza, że ktoś pomógł jakimś ludziom w tym, aby kupili mu samochód. Niemniej jestem niemal pewna, że autorowi chodziło o coś innego, a mianowicie, że „on” pomógł kupić „im” samochód, a więc samochód należał do „nich”. Dlatego powinno użyć się w tym przypadku słowa „ich”.
Jak jednak można domyśleć się po tytule punktu, nie o takim spojrzeniu na słowo „swój” i wszelkie jego odmiany miała być tutaj mowa. Otóż od pewnego czasu jedną z najbardziej denerwujących mnie rzeczy podczas czytania internetowych opowiadań jest nadużywanie tego zaimka. Autorzy bardzo lubią podkreślać, że coś należy do kogoś, nawet jeśli to oczywiste samo przez się. Na przykład o dziewczynie, która znajduje się SAMA w sypialni, piszą: „zdjęła swoją bluzkę”, a o chłopaku siedzącym na obiedzie: „zjadł swój kotlet”. Choć zdecydowanie najlepsze jest podkreślanie przynależności części ciała, np.: „potarła swoje oczy”.
Oczywiście jeśli wcześniej we fragmencie znajdował się ktoś inny, użycie „swojego” może mieć sens. W końcu z pewnością dziewczyna mogła zdjąć bluzkę chłopaka, a nie swoją, jeśli jednak w sypialni sama nie była. Chłopak mógł zjeść kotlet kolegi obok, kiedy tamten poszedł po ciastko, szczególnie jeśli był złośliwcem/głodomorem/mścicielem/Miłośnikiem Kotletów Innych Ludzi/all-in-one. W skrajnych przypadkach można pewnie potrzeć i nie swoje oczy, kto komu zabroni. I czasem trzeba podkreślić, że jednak to o swoją bluzkę czy o swój kotlet chodziło. Tylko że w takim przypadku musi być jakiś kontekst. Jeśli nie ma – nie piszmy rzeczy oczywistych. To samo tyczy się „ją”/„jego” itd., od których w części tekstów aż się roi.

5. Śmiem zapytać się o zaimek „się”

13 kkb pytam sie.png
Zaimek zwrotny „się” jest niezbędny do prawidłowego opisania wielu czynności. Wszyscy „rodzimy się”, „bawimy się” i „starzejemy się”. Są potrzebne, by móc stwierdzić, kogo w zdaniu dana czynność dotyczy: „wytarła” — sugeruje, że „wytarła” coś albo kogoś, natomiast „wytarła się” — jasno mówi, że wytarła siebie.
Do słowa pisanego przeniknęły przyzwyczajenia z mowy potocznej, dlatego często możemy spotkać konstrukcje typu: „zapytała się” w kontekście „zapytała (kogoś)”, a nie, jak można by teoretycznie pomyśleć, „zapytała samą siebie”. Przekaz jest zrozumiały dla odbiorców, jednak takie dookreślenie najczęściej jest niepotrzebne, np. gdy w scenie jest tylko jedna osoba. Najlepiej więc wtedy się go pozbyć i ze „spytałam się” zrobić „spytałam”, z „patrzyłam się” — „patrzyłam” itd. Oszczędzajmy literki.

6. Słów kilka…set o opisach

Opisy są niezbędną częścią każdego opowiadania. Dzięki nim tworzy się świat przedstawiony oraz przelewa się swoje pomysły z myśli na pap… klawiaturę. Jednak, niestety, jak to na ogół bywa, sama świadomość nie oznacza, że będzie dobrze.
Pewnie każdy pamięta ze szkoły konieczność napisania charakterystyki postaci czy opisu miejsca. Bohatera najpierw trzeba opisać zewnętrznie, a później wewnętrznie. I to jeszcze w odpowiedniej kolejności. Tak samo jest z miejscem – trzeba wszystko skrupulatnie i konsekwentnie wymienić i będzie dobrze.
Otóż opowiadanie to nie szkolne wypracowanie, tylko część większej całości. Co po pierwsze nie powinno zezwolić na zanudzenie czytelnika zbyt mnogością szczegółów zgromadzonych w jednym miejscu, a po drugie daje znacznie większe pole do popisu i dużo możliwości, aby wspominać o bohaterach czy ważnych miejscach nie raz i nie dwa.
Opis nie polega także na napisaniu w jednym ciągu myślowym wszystkiego, co akurat przyjdzie nam do głowy. Tak to można zapisywać, ale pomysły do następnego postu, a nie właściwy rozdział. Chyba najbardziej boli mnie widok pozbawionej większego sensu kolumny tekstu pomiędzy jedną bezpośrednio przedstawianą sceną a drugą (przy czym „scena” oznacza w tego typu historiach na ogół jedynie dialog). W kilku zdaniach bohaterowie potrafią zrobić z piętnaście różnych rzeczy i przedostać się pomiędzy pięcioma różnymi miejscami. A czytelnik nie tylko nie wie, co robili ani gdzie są, ale często również o kim w końcu czyta, ponieważ podmiot zmienił się co najmniej parę razy.
Autor jest zadowolony – w końcu OPISAŁ, co robią bohaterowie. Tylko że nie do końca taki czasownik w ogóle tu pasuje. Może próbował jakoś przedstawić swoje wyobrażenie na temat poczynań postaci, ale zrobił to wyjątkowo chaotycznie. A właściwych opisów – miejsc, bohaterów, przedmiotów, akcji, uczuć – wciąż brak.
Jeśli coś już jest, to na ogół opisy czynności wykonywanych przez bohaterów. I niestety dość często bywa tak, że mamy do czynienia z kliszą za kliszą. Zamiast skupić się na budowaniu choćby w części oryginalnego tła, autorzy biorą za punkt honoru omawianie robienia makijażu przez główną bohaterkę czy też spożywanie przez nią śniadania. Przy czym porządnie napisanego opisu zewnętrznego dziewczyny ani chociażby jej kuchni nie uświadczymy. Nie twierdzę, że opis kuchni to must-have każdego opowiadania, ale...
Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednej tendencji, choć znacznie rzadszej. Za dużo rozwlekłych opisów miejsc, bohaterów czy praw, i to nawet dobrych, też nie zawsze gwarantuje sukces. Mało kto jest jak Tolkien. Opisy powinny być zróżnicowane nie tylko pod względem tematyki, ale i tempa.

7. Brak porządnego formatowania tekstu

Początkujący autorzy często nie zwracają uwagi na porządne formatowanie tekstu. To okropne zaniedbanie, które można bardzo łatwo naprawić.
Często wystarczy wyjustować tekst — kliknąć na pasku narzędzi „wyrównanie do lewej i prawej” i dodać wcięcia akapitowe — przesunąć wartość na linijce znajdującej się pod paskiem narzędzi lub wejść w zakładce „formatowanie” w „akapit”, a stamtąd we „wcięcia i odstępy” i tam zaznaczyć wybraną wartość — tekst najlepiej wygląda, jeżeli jest to gdzieś pomiędzy pół a półtora centymetra. Do kompletu warto też dodać czytelny font z polskimi znakami w odpowiednim kolorze i gotowe (ci bardziej zainteresowani mogą pobawić się również odstępami międzyakapitowymi i interlinią, ale zazwyczaj nie ma potrzeby tego robić).
Roboty dosłownie na pół minuty, a wygoda czytania znacznie większa. No i nikt już  wam nie zarzuci, że kompletni z was amatorzy.
kkb 13 teskt.png

8. Plaga naszych czasów — Być i Mieć

„Być” i „Mieć” — niezastąpieni królowie opisów. Nikt się przed nimi nie ustrzeże, a szczególnie mocno atakują niedoświadczonych autorów z małym zasobem słownictwa. Nadają się do opisania wszystkiego, toteż nie dziwota, że zdobyli tak wielką popularność.
Co zatem jest w nich takiego złego? Cóż, w nich samych nic — chodzi głównie o natężenie. Kiedy okazuje się, że w opisie wszystko „jest” i każdy „ma”, można dostać potężnego zawrotu głowy. A niestety w pułapkę wciskania tych czasowników do wszystkiego, do czego tylko jesteśmy w stanie, wpaść bardzo łatwo.
Jak się przed tym ustrzec? Po pierwsze — czytać to, co się pisze. Nawet jeśli natrzaskamy Byciów i Mieciów, zawsze jest jeszcze szansa, żeby powycinać ich w „postprodukcji”.
Co do metod zapobiegania notorycznego z nich korzystania — warto czytać porządną literaturę, żeby poznać możliwości zgrabnego operowania słowem. Duży wpływ ma też po prostu praktyka; im więcej piszemy, tym mniej sięgamy po takie same rozwiązania i uczymy się pisać tak, żeby nie musieć ciągle posiłkować się tymi samymi czasownikami. No, w każdym razie powinniśmy.

9. Błędowe „must have”, czyli co jest obecnie na topie

Czasy się zmieniają, a wraz z nimi i moda; w tym konkretnym przypadku – moda na poszczególne błędy w Internecie. Mieliśmy do czynienia z nieustannym myleniem „tą/tę” czy „bynajmniej” z „przynajmniej”. Nie znaczy to oczywiście, że nie zobaczymy już w tych przypadkach pomyłek, ale, w porównaniu z innymi przypadkami, te dwa są już w odwrocie.
Ostatnio na absolutnym topie mamy, jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało, swojego rodzaju uwstecznienie do poziomu nieznajomości zaimków wskazujących. Chodzi mianowicie o mylenie „te” i „to”.
Wyjaśnijmy więc raz na zawsze: zaimka „to” używamy wyłącznie w liczbie pojedynczej rodzaju nijakiego, czyli „to okno”, „to dziecko” albo, nieco bardziej dosadny przykład, „to gó*no”, ale też „to mylenie”, „to pieczenie”, „to sprzątanie”. Jak widać, tutaj uzasadnienie „jak masz »ę« na końcu, to dajesz »tę«” nie pasuje: jeśli na końcu rzeczownika znajduje się „e”, to i tak używamy „to”. Poza tym warto przypomnieć sobie, jak zawsze pięknie się recytowało „ten-ta-to”, a nie „ten-ta-te”. Toż to pierwsze klasy podstawówki.
Z „te” mamy do czynienia tylko w liczbie mnogiej: „te okna”, „te dzieci”, „te drzwi”. TYLKO WTEDY. Uprzejmie prosimy więc nie mylić ze sobą tych dwóch zaimków, bo to naprawdę wstyd. I to spory.

10. Najbardziej problematyczne słowo

Kolejnym częstym błędem, wynikającym głównie z chęci nadania tekstowi trochę wyższego poziomu, jest niepoprawne używanie zaimka „ów”: albo jest on nieodmieniony w ogóle, albo niepoprawnie.
„Ów”, tak jak absolutna większość słów języku polskim, podlega odmianie, więc już na starcie wiadomo, że coś trzeba z nim zrobić, a nie radośnie napisać sobie „ów dziewczyna” i dalej bezmyślnie trzaskać w klawiaturę.
Samo to, że ktoś wpadnie na pomysł, że „ów” trzeba odmienić, stanowi dopiero połowę sukcesu, ponieważ i tutaj łatwo o błąd, przede wszystkim w rodzaju męskim i nijakim. Należy pamiętać, że poprawna wersja w mianowniku tego zaimka brzmi „ów” (np. „ów mężczyzna”) dla rodzaju męskiego oraz „owo” („owo dziecko”). Nigdy „owy” i „owe”. Nigdy.
Jeśli nie masz pewności, czy odmieniasz „ów” poprawnie – sprawdź to. Jeśli wydaje ci się, że robisz to dobrze – sprawdź tym bardziej. Lepiej opublikować tekst dzień później, ale wolny od błędów, niż zaraz po napisaniu, ale z różnymi gramatycznymi czy interpunkcyjnymi potworkami. Tutaj pełna odmiana.

11. Pisać zdania każdy może – trochę lepiej lub trochę gorzej.

Język polski jest językiem pięknym i bogatym – stwarza przez to tyle możliwości! Mamy przecież zdania złożone współrzędnie, podrzędnie, równoważniki, rozwinięte, nierozwinięte, imiesłowowe, bierne, czynne, pro...
Stop! Na co to komu potrzebne? Niby co to za sztuka dla piśmiennego Polaka ułożyć konstrukcję zdaniową? Jest podmiot, jest orzeczenie: no to zdanie też jest. Z tym niezawodnym schematem pisanie opowiadań jest proste jak budowa cepa.
Otóż nie do końca. W wielu blogowych opowiastkach można się zetknąć z opisami tak uproszczonymi i tak schematycznymi, że człowiek ma wrażenie, iż napisał je robot wyprany z emocji zamiast człowieka, i niestety nie jest to przesada. Nie mówiąc już o tym, że takie postępowanie generuje ogromną ilość powtórzeń; rozdział składający się z samych zdań prostych z minimalną liczbą przymiotników nie jest w stanie ani zainteresować, ani wciągnąć czytelnika, a już tym bardziej sprawić, aby został z nami na stałe. Ponadto w ten sposób akcja pędzi na łeb na szyję i zwyczajnie można się pogubić. Dla przykładu poznajmy losy Franki.
„To jest Franka. Lubi chodzić do sklepu. Wybrała się do sklepu Franka kupić chleb. Nagle spotkała Krzyśka. Był przystojny. Chciał ją odprowadzić. Odprowadził Krzysiek Frankę i nagle zapytał o randkę. Franka bardzo się zaskoczyła. Zgodziła się. Poszli razem do restauracji. Na randce było fajnie. Franka nie zapomni tej przygody. Koniec”.
Losy Franki, choć co prawda trochę przerysowane, idealnie obrazują efekt używania ubogiej polszczyzny i braku umiejętności tworzenia zdań złożonych. Budowanie rozwiniętych struktur zdaniowych może odstraszać ze względu na problem przecinków, lecz w końcu kto nie będzie ćwiczyć, ten się nie nauczy. Wszystkie zasady są ogólnodostępne w zaufanych źródłach internetowych lub w słownikach. Ta sama scena, barwnie opisana dzięki bogatemu zasobowi słownictwa, mogłaby nabrać całkiem innego znaczenia, a nawet porwać czytelnika przygodą Franki, co to do sklepu poszła i spotkała Krzyśka.
Pamiętajmy! „Pisać każdy może trochę lepiej lub trochę gorzej”, ale każdy woli czytać opowiadania z kategorii „lepsze” niż „gorsze”.

12. „-ą”, „-ął”, „-om” — końcóweczki mi się mylą

Końcówki, kto ich nie kocha? Wbrew pozorom te małe bajtle mogą narobić sporo zamieszania. Na szczęście zasady ich używania na są dość proste i wystarczy zapamiętać, że:
— końcówki „-ą” używamy, kiedy mówimy o:
  • czynnościach wykonywanych przez podmioty (liczba mnoga) w czasie przyszłym np.: „przyjdą”, „zrobią”;
  • czynnościach wykonywanych przez podmioty (liczba mnoga) w czasie teraźniejszym, np.: „jedzą”, „siedzą”;   
  • podmiocie (liczba pojedyncza) w narzędniku (z kim? z czym?) odmieniającym się jak przymiotniki zaimków, np.: (z) „nią”,„kaczką”;   
  • przymiotniku (liczba pojedyncza) w bierniku (kogo? co?) np.: „starą”, :moją”;
— końcówki „-ął” używamy, kiedy mówimy o:
  • czynnościach wykonywanych przez podmioty (liczba pojedyncza) rodzaju męskiego w czasie przeszłym, np.: „uśmiechnął się”, „westchnął”;
— końcówki „-om” używamy, kiedy mówimy:
  • w celowniku (komu?, czemu?) o podmiotach (liczba mnoga) wszystkich rodzajów, np.: „koleżankom”, „szczurom”.

Parszywa Trzynastka -błędy...png

13. Wioska Smerfów

Obecnie popkultura, zwłaszcza młodzieżowa, uwielbia stereotypy i kategoryzowanie bohaterów ze względu na cechy charakteru, umiejętności czy zainteresowania. Widać to w serii o Harrym Potterze czy Percym Jacksonie, w Igrzyskach Śmierci, Niezgodnej – zapewne parę tytułów można tu jeszcze dodać. Dzięki temu czytelnik wie od początku, z kim ma do czynienia i czego może spodziewać się po danych postaciach, jednak czynienie z bohaterów Smerfów zmienia opowiadanie w serię powtarzających się sytuacji. To z kolei grozi utratą czytelników, którzy znudzeni schematycznymi zachowaniami porzucają historię, bo przecież każdy z nas kiedyś czytał bajki i wie, jak one się kończą. Kiedy narrator zapowiada wypowiedź Śmieszka, wiadomo już, że zaraz przeczytamy wypowiedź w zamierzeniu zabawną (niezależnie od tego, czy pasującą do kontekstu, czy też nie), lecz nie zawsze tak odbieraną. Takie stałe wzorce nie tylko pozbawiają elementu zaskoczenia, ale też potrafią porządnie zirytować czytelnika: „Czy ten ktoś zawsze musi się tak zachowywać?!”. Zamiast na Wioskę Smerfów, postawcie na historię, w której nawet Gburek może czasami być Śmieszkiem.

Parszywa trzynastka nr 4 – fanfiction potterowskie

Z lekką obsuwą, ale wciąż tak samo entuzjastycznie, witamy w czwartej odsłonie „Parszywej trzynastki”. Tym razem na tapetę bierzemy fanfiction do „Harry’ego Pottera”. Oj, będzie się działo!

1. Poszukiwane opisy magicznego świata. Po znalezieniu natychmiast dostarczyć autorowi do rąk własnych. Biedaczek nie ma pojęcia, że je zgubił.

Autorzy fanfiction często mogą dojść do przekonania, że jeżeli ktoś wcześniej wykreował świat, po którym poruszają się ich bohaterowie, sami nie muszą już tego robić. Otóż nic bardziej mylnego.
Przecież w fanfiction właśnie o to chodzi, żeby znów móc poczuć ten klimat, zanurzyć się w magii, wsłuchać się w pohukiwanie sów i szuranie pióra po pergaminie, przejść się po błoniach, spoglądając na monumentalne budynki Hogwartu i na koniec dostać łajnobombą prosto w twarz, bo zagapiło się na trening quidditcha przystojnych Gryfonów. Bez tego świat wykreowany przez Rowling przestaje być w takim opowiadaniu wiarygodny i staje się smutną wydmuszką. Nie wystarczy powiedzieć — jesteśmy w Hogwarcie — żeby naprawdę w nim się znaleźć.
Jeżeli chcesz, żeby czytelnicy poczuli, że twoi bohaterowie naprawdę tam są, musisz zadbać o to samodzielnie, a nie powoływać się na argumenty, że ludzie powinni wiedzieć wszystko i sami sobie dopowiadać, skoro czytali oryginał.
To najgorsze, co możesz zrobić. Jeżeli ty nie pokażesz swoim czytelnikom szkoły magii wraz z całym dobrodziejstwem jej inwentarza, nie będą mogli poczuć Hogwartu w Hogwarcie. Zobaczą za to postacie smętnie lewitujące w pustej przestrzeni, zwykłych nastolatków, a nie młodych czarodziejów.
Niech jeden z bohaterów kolekcjonuje karty z czekoladowych żab, niech zakochani pójdą do Wrzeszczącej Chaty na randkę, a przyjaciele grają w szachy czarodziejów, siedząc przy jednym ze stolików w Trzech Miotłach i popijając piwo kremowe. Masz tyle możliwości na wprowadzenie cudownej atmosfery do swojego opowiadania, z których nawet nie zdajesz sobie sprawy.
Czerp garściami z tego, czym uraczyła nas Rowling, i pozwól czytelnikom zakochać się w świecie magii na nowo. A już na pewno nie odbieraj sobie przyjemności rozpisywania się o cudownościach magicznego świata. Jasne, na początku może być to trudne, bo wymaga sporej wiedzy, ale kiedy już raz wpadniesz, nie zechcesz przestać opisywać wykłócających się portretów na ścianach, zmieniających się schodów i pięknych dekoracji Wielkiej Sali. Daj się ponieść wyobraźni i stań przy kociołku warzącej się Amortencii. Jaki będzie miała zapach?
Zastanów się, czy może być coś bardziej magicznego niż możliwość przeniknięcia do Hogwartu, wybranie się na wycieczkę do Hogsmeade lub na Pokątną albo zobaczenie na własne oczy meczu quidditcha? I to nie samemu, lecz z grupą czytelników. Bo jeżeli to cię nie przekonuje, to ja nie wiem, dlaczego w ogóle bierzesz się za pisanie o świecie czarodziejów.
harry potter diagon alley

2. Research

To słowo-rzeka. Można by napisać grubą książkę o znaczeniu tego pojęcia, a i to pewnie nie wystarczyłoby do wyczerpania tematu. Research powinno stosować się tak naprawdę wszędzie – nawet w najkrótszych opowiadaniach autorskich. W każdym tekście znajdzie się coś, co lepiej sprawdzić. Zarówno pod względem merytorycznym, jak i technicznym. Żeby tekst był wiarygodny i trzymał się kupy. Oczywiście, są gatunki, w których staje się to o wiele ważniejsze niż zazwyczaj. Książki beletrystyczne związane z historią, polityką, daną kulturą, konkretnym rodzajem pracy (w tym kryminały), high fantasy (podania, legendy)… I oczywiście ff. Bo tutaj niby jest o tyle łatwiej, że w zasadzie nie trzeba skupiać się za bardzo na tle – to zostało, mówiąc niezbyt ładnie, odwalone przez autorkę oryginału. Ale jeśli chce się na czymś bazować, powinno robić się to porządnie: a więc poznać dokładnie kanon.
Nie sugeruję tutaj, że odstępstwa od oryginału to zło. Wręcz przeciwnie, w końcu na tym może bazować nawet główny wątek opowiadania! Sęk w tym, że powinno się to napisać w informacjach. Podobnie jak o innych zmianach, może nie aż tak istotnych jak główny wątek, ale znaczących: jeśli na przykład ktoś, kto zmarł w sadze, w naszym opowiadaniu będzie absolutnie i niepodważalnie żywy. Albo jeśli chce się zmienić charakter jednego z oryginalnych bohaterów o sto osiemdziesiąt stopni bez żadnych tłumaczeń. Lepiej postawić sprawę jasno wobec czytelników, a przy okazji nie zostać posądzonym o brak znajomości kanonu.
Jeśli o to ostatnie chodzi, sprawy się komplikują. Bo to, że choćby taki Snape zginął w siódmej części, wiedzą właściwie wszyscy. Ale czy każdy, nawet prawdziwy miłośnik serii, może zapamiętać formułki wszystkich zaklęć, pamiętać, jak nazywają się wszystkie magiczne miejsca, przedmioty czy bohaterowie epizodyczni? Oczywiście, że nie. Szczególnie jeśli ostatni raz czytało się HP wiele lat temu (o filmach nie będę już wspominać, choć dzięki nim chyba wiem, z czego być może zrodził się między innymi fenomen Dramione… Patrz dalej).
Ale nawet jeśli przypominałoby się sagę dniami i nocami, wszystkiego się nie zapamięta. A jeśli dodać do tego różne wiadomości z innych książek Rowling albo z jej deklaracji na Pottermore… Chyba nie trzeba mówić więcej.
Niemniej powinno się próbować, korzystając z podstawy, czyli siedmiu tomów. Jeśli nie jest się czegoś pewnym – po prostu sprawdzić. Poczynając od tego, czy pisze się „quidditch” czy „Quidditch”, poprzez lokalizację hogwarckiej kuchni, kończąc na poważniejszych kwestiach np. regułach Turnieju Trójmagicznego, jeśli chcemy przedstawić kolejną odsłonę tego eventu.
Oczywiście, tak naprawdę to, czy umieścimy w dormitorium pięć, trzy czy siedem osób, nie ma większego znaczenia dla całości historii. Ale to, że autor dba o tego typu szczegóły i stara się być jak najbardziej wierny oryginałowi podczas tworzenia tła, dobrze o nim świadczy. Oznacza to, że albo pamiętał, albo wysilił się i sprawdził. Niezależnie od tego, która opcja jest prawdziwa, chodzi przede wszystkim o jedno – szacunek do świata stworzonego przez kogoś innego, a tym samym – do tej właśnie osoby. Pomyśl, co czujesz, kiedy ktoś przekręca imię wymyślonego przez Ciebie bohatera, i pomnóż to razy tysiąc.
Na końcu pocieszenie: pamiętaj, że nikt nie jest doskonały. Z pewnością każdemu twórcy ff wkradają się tego typu błędy i nie trzeba się tym zamartwiać. Trzeba po prostu być tego świadomym i eliminować to tak bardzo, jak się da. A jeśli się nie da, napisać wprost, w którym momencie łamie się kanon.
harry potter emma watson

3. Brak szkoły w szkole

Z PPA (Pamiętnika Początkującego Autora): Piękna, mądra, czysta jak kryształowa łza dziewczyna pochodząca z mugolskiej rodziny oraz przystojny, bystry, pozornie niesprawiedliwy i zły, chłopak niekryjący przed nikim swojego arystokratycznego pochodzenia, lecz tak naprawdę człowiek o wielkim sercu… Ach, co ja będę kogokolwiek oszukiwać; oczywiście, że będę pisać o Dramione. To może zrobię sobie plan, coby mi nie zarzucano później, że nie zrobiłam.
  • Dzień pierwszy: kłótnia w pociągu, najlepiej w asyście Wiewióra, którego i tak się pozbędę (patrz punkt 8.) oraz informacja od McGonagall, że jako prefekci naczelni Hogwartu H&D dostali wypasione dormitoria w apartamencie TYLKO z jedną łazienką.
  • Dzień trzeci: Hermi zła jak osa spóźnia się przez Malfoya na lekcje, bo ten specjalnie kąpał się przez godzinę we WSPÓLNEJ łazience wspomnianej wyżej. Od tej pory zaczynają się codzienne kłótnie przyszłej PARY o kompletne głupoty, koniecznie z wyzwiskami w stylu Fretka/szlama.
  • Dzień ósmy: Wiewiór zarzuca Hermionie, że nie interesuje się starymi przyjaciółmi, bo całe dnie poświęca Księciowi Slytherinu. Zdaje się nie rozumieć, że Miona nienawidzi Malfoya, nawet jeśli cały czas podziwia bezdenną szarość jego oczu. W końcu Ron jest głupi i słuchać nie umie. Ma być tylko zazdrosny, o!
  • Dzień jedenasty: chyba najwyższy czas wprowadzić jakąś grubą akcję. Może wspólne przygotowanie balu przez moich ukochanych głównych bohaterów? U innych się sprawdziło. Wspomnę też o tym, że kilka miesięcy temu miała miejsce Wielka Bitwa o Hogwart, żeby się już w komciach nie czepiali, że tła nie daję. Chyba wypada, choć więcej niż jedną linijkę temu nie poświęcę; w końcu NIE O TYM PISZĘ!
  • Dzień osiemnasty: Hermiona próbuje się uczyć, ale Draconek organizuje imprezę i zaprasza pół szkoły. Granger ma zamiar mu tak nagadać, żeby się nie pozbierał, ale gdy wchodzi na imprezę, tak jakoś wychodzi, że sama zaczyna się bawić. I to aż za dobrze.
  • Dzień dziewiętnasty: Skacowana Hermiona dochodzi do wniosku, że zabawa wcale nie jest taka zła. Nauka to ważna rzecz, więc muszę sprawić, by Ginny nauczyła Mionkę malowania i dobierania stroju. Jasne, cały czas piszę, że Dracuś już dawno NIECHĘTNIE zauważył, że Granger jest ładna, ale po METAMORFOZIE to kompletnie mu szczena opadnie.
  • Miesiąc od rozpoczęcia blogaska: wszyscy chłopcy gapią się na Hermionę, a Dracona dziwnie to denerwuje, ale nie ma pojęcia dlaczego… Ach, nie chce mi się więcej! Zacznę pisać prolog!
Nie, nie będę omawiać fenomenu Dramione, o tym traktuje inny punkt. Nie, nie będę skupiać się na powielaniu ff klisz po raz enty, braku jakiegokolwiek przemyślenia czy prowadzenia fabuły ani na tym, że prawdopodobnie takie opowiadanie byłoby którymś z kolei napisanym po prostu… słabo. Skupię się na czymś nieco mniej oczywistym i to na czymś, co zdarza się niestety również w o wiele lepszych opowiadaniach – zapominaniu o tym, że Hogwart to szkoła.
Tak, sama pełna nazwa na to wskazuje! I nawet mówi, jaka to szkoła: Magii i Czarodziejstwa. Hogwart to nie tylko zamek, w którym bohaterowie się wykłócają o głupoty, obrażają się nawzajem, obściskują w schowkach na miotły czy walczą z Voldemortem i jego sługami. To nie tylko Wielka Sala, dormitoria i boisko quidditcha. Nie, to SZKOŁA.
Ja rozumiem, że większość autorów ma dosyć tej placówki z życia codziennego. Ale jeśli akcja opowiadania dzieje się takim miejscu, to nie można o tym zapominać. Nie można traktować uczniów tak, jakby w ogóle nie chodzili na zajęcia i się nie uczyli, bo cały czas odgrywają coś, co trudno nazwać nawet telenowelą brazylijską. W przypadku lepszych opowiadań – nie telenowelę brazylijską, co nie zmienia faktu, że szkoła często pozostaje na marginesie.
A przecież tak naprawdę to, co oferuje Hogwart jako miejsce edukacji, nie powinno się uważać za smutną konieczność w tworzeniu tła. Wręcz przeciwnie. W końcu to szkoła MAGII i CZARODZIEJSTWA! Dla upartych zajęcia magiczne można wykorzystać nawet jako scenę Wielkiej Dramy w Cudownym Związku Dramione, co oznacza, że można by używać ich bezpośrednio nieco częściej niż raz na dziesięć rozdziałów.
Ponadto, już bardziej serio: jeśli chce się rzucić bohaterom kłody pod nogi albo na przykład zmusić ich do rozwiązania jakiegoś problemu, bardzo dobrze odnieść jest się do jakiejś konkretnej dziedziny magii. Można wykorzystać wątek niesprawiedliwego nauczyciela, konieczności korepetycji, konkursów tematycznych, zagadki, do której potrzebna jest wiedza na temat Czarnej Magii… Również w kreowaniu bohaterów warto wykorzystać czyjeś zainteresowania czy odwrotnie – słabe strony, co nierozerwalnie wiąże się z edukacją z racji tego, czym jest Hogwart. Dzięki temu w szkole będzie można faktycznie POCZUĆ szkołę! To dokładnie to samo co magia w magii (patrz punkt 5.).
https://media.giphy.com/media/gbErpwcLlizvi/giphy.gif

4. Brak magii w magii
Mic harry potter books arts potter

Wiecie, czego najczęściej brakuje w opowiadaniach potterowskich? Magii. Serio, to brzmi jak słaby żart, ale niestety to prawda.
Rzadko zdarza się, żeby fanfiki były naprawdę przepełnione magią; autorzy raczej omijają ten temat bądź używają go do jakiegoś konkretnego celu czy wątku. Magia nie jest integralną częścią życia bohaterów, a narzędziem narracyjnym pojawiającym się od czasu do czasu. No autorzy, wstyd. Po prostu wstyd, żeby marnować taki potencjał.
Mało tu Lumos przy nocnym czytaniu w dormitorium przeszmuglowanych z działu ksiąg zakazanych tomisk, mało Alohomory przy otwieraniu drzwi, nikt nie ćwiczy wyczarowywania Patronusa, nie wspominając już o żadnych magicznych wynalazkach używanych przez czarodziejów czy eliksirach.
Łatwo można by ten brak zrozumieć czy usprawiedliwiać, w końcu pewnie czytało się tego Harry'ego parę lat temu i przyszła skleroza albo wydaje nam się, że już o tym pisać nie trzeba. No i najważniejszy argument za brakiem magii w świecie magii — jesteśmy ludźmi. Do problemów podchodzimy po ludzku, więc nie można się dziwić, że bohaterowie też tak postępują, prawda?
Otóż nie. Tak. Być. Nie. Może. Wasi bohaterowie są czarodziejami i kropka. Mają rozwiązywać problemy po czarodziejsku, używać zaklęć i eliksirów. Lewitować przedmioty, które leżą za wysoko (lub po prostu użyć Accio), a nie podstawiać sobie krzesło. Trzeba przestawić się na myślenie „magiczne”, a nie tylko „logiczne”.

5. Lew, wąż, orzeł i… jakie było to czwarte?

Stereotypowe traktowanie domów hogwarckich to jedna z tych rzeczy, która denerwowała mnie nawet w samej sadze. Z jednej strony pomysł na podział uczniów zgodnie z cechami założycieli poszczególnych domów jest dobry. To, że gdzieś się przynależy, daje człowiekowi poczucie wspólnoty – jeśli, oczywiście, zgadza się z wyborem. Z drugiej jednak strony może to rodzić konflikty z innymi grupami. I często rodzi, co zostało przedstawione nawet w samym kanonie.
Ale największy problem polega na tym, że korzystając z utrwalonego zarówno w sadze, jak i w licznych ff stereotypowego podejścia do tej kwestii, bohaterowie opowiadań stają się nie tylko schematyczni, ale i płascy aż do bólu. Stosowanie tej konkretnej kliszy w opowiadaniu potterowskim zazwyczaj wywołuje we mnie odruch wymiotny. Ale nie dlatego, że nie zgadzam się z takim podziałem: w końcu tak sugeruje sama Rowling. Sprawa rozbija się bowiem jak zwykle nie o sam pomysł, ale o sposób jego pokazania. Wykorzystanie pewnych schematów może pomóc w kreacji bohaterów oraz być świetnym sposobem choćby na pokazanie pewnych rozterek związanych z przynależnością itd. Niestety w sporej ilości przypadków tak się nie dzieje, ponieważ autorzy, wielce zadowoleni z umiejętności czytania ze zrozumieniem, pozostają TYLKO przy schematach.
Klasycznie więc sprawa wygląda tak:
  • Gryfon, wzór cnót i ideałów! Mieszkaniec Gryffindoru zawsze musi być odważny oraz wiedzieć, na czym polega lojalność, choćby miał przez to stracić życie/ogłupić się na amen. Na ogół zasila tzw. Dobre szeregi. Inne cechy: nieistotne.
  • Ślizgon: koniecznie złośliwy, koniecznie spaczony i koniecznie tajemniczy w swojej nietajemniczości! Idealnie! Osoba należąca do Slytherinu cechuje się sprytem, przebiegłością i należy do tych Złych – w zależności od pomysłu to ostatnie albo jest potępiane przez Szlachetnych Gryfonów i samego autora, albo w dziwny sposób gloryfikowane w myśl zasady: „niby okrutny i nietolerancyjny, ale tak naprawdę skomplikowany niczym młodzieniec-emo”. Inne cechy: nieistotne.
  • Krukon… Nie będę się przejmować jego poglądami czy charakterem. On ma mózg, to wyjątkowe, więc trzeba wyraźnie podkreślić! Przedstawiciel Ravenclawu składa się jedynie z rozumu. Wszystko wie, ale się tym nie dzieli i na ogół nie jest zbyt przyjaźnie nastawiony do kogokolwiek oprócz samego siebie. Inne cechy: nieistotne.
  • Puchon – a kto to? A, no tak, to ten, o którym mogę wspomnieć, ale właściwie po co, skoro nic sobą nie reprezentuje? Jeśli autor przypomni sobie o Hufflepuffie, to i tak za dużo z tego nie wynika: na ogół dostajemy cichą i pokojowo nastawioną do świata osobę bez żadnego zdania. Inne cechy… Chwila, czy Puchon w ogóle ma jakiś charakter?

„Nieistotne cechy” oznaczają w większości przypadków coś jeszcze gorszego: „nieistniejące”.
Jeśli bohater ma być przekonujący, nie może posiadać dwóch określeń na krzyż (część trudno bowiem nazwać nawet cechami charakteru), a co gorsza – nie może dzielić ich z pięćdziesiątką innych osób, które mają ten sam pokój wspólny.
Inne kwestie, które można by poruszyć w tym punkcie: hogwarckie domy nie powinny być hermetyczne, ludzie naprawdę mogą i wręcz powinni przyjaźnić się z kimś o innym charakterze czy spojrzeniem na życie. Pragnę również uczulić na określenia: „Dom Lwa/Węża” – z sagi one z pewnością nie pochodzą, więc proszę o poskromienie wyobraźni.

6. „Must have”, czyli co w każdym szanującym się tekście znaleźć się powinno

Opowiadania, w których akcja toczy się w Hogwarcie, często-gęsto zawierają w sobie powtarzające się elementy. Częstotliwość ich występowania jest na tyle duża, że raczej nie można mówić o przypadku. W tym punkcie przedstawimy kilka najpopularniejszych wątków, które pojawiają się niezależnie od tego, kim są główni bohaterowie.

a) Bal
Mimo że w kanonie bal pojawił się tylko raz, i to w dodatku z powodu dość specyficznego wydarzenia, jakim był Turniej Trójmagiczny, to w fanfikach mamy z nim do czynienia o wiele częściej, prawie zawsze w dość banalnych okolicznościach. O ile można przypuszczać, że taki bal mógłby mieć miejsce np. na siódmym roku (coś na kształt naszej studniówki), tak wymyślanie tego rodzaju zabaw z okazji Halloween (choć wiadomo, że w tym dniu odbywała się po prostu nieco bardziej uroczysta kolacja w Wielkiej Sali), a także balów przebierańców, balów tematycznych, balów z okazji sylwestra, śniadania, obiadu, kolacji, początku tygodnia, końca tygodnia, to drobna przesada. W dodatku takie przyjęcie służy jedynie pokazaniu wspaniałej kreacji głównej bohaterki, obściskiwaniu się w tańcu z wybrankiem serca i przedstawieniu wytrzymałości wątrób szkolnej młodzieży. Znaj proporcjum, mocium panie.
dancing harry potter voldemort rick roll

b) Osobne dormitoria dla prefektów
Moda na specjalne dormitoria powstała w głównej mierze przez osobną łazienkę dla prefektów, o której po raz pierwszy wspomniano w „Czarze Ognia”. Od tego czasu zamek znacząco powiększył swoją powierzchnię, rok w rok stwarzając coraz to wspanialsze komnaty, wyposażone w kominki, łóżka pięcioosobowe z baldachimami, mahoniowe (a jakże) biurka, perskie dywany, żyrandole z kryształu oraz, oczywiście, łazienki z wannami o wielkości średniego basenu.
Ciekawym zjawiskiem jest to, że prym pod tym względem wiodą Dramione. No ale w końcu w jaki inny sposób Draco i Hermiona mogą przebywać ze sobą, jeśli nie we wspólnym dormitorium? Przecież nie chodzą do jednej szkoły ani nie mają razem lekcji… Oh, wait.

c) Severus Snape i łopocząca szata
Hogwart, jak przystało na dość wiekowe zamczysko, ma wiele korytarzy, przejść i drzwi, co skutkuje dość poważnymi przeciągami. W takich warunkach aż prosi się o odpowiednio długą i szeroką szatę, która powiewałaby mrocznie za właścicielem, budząc lęk, grozę i strach. No a kto inny lepiej nadawałby się do budzenia lęku, grozy i strachu jak nie hogwarcki Mistrz Eliksirów oraz Władca Sarkazmu i Ironii, profesor Severus Snape? Gdy zjawia się w sali, w której naucza trudnej sztuki warzenia mikstur, jedyne światło rzucają palniki pod kociołkami, a uczniowie milkną, nie chcąc ściągać na siebie uwagi Mistrza.
Nie lekceważmy więc siły powiewających czarnych szat, dających +5 do respektu, +10 do mroczności i -10 do odporności na zapalenie korzonków. W końcu ciągłe przeciągi nie są korzystne dla zdrowia.

d) Pseudonimy bohaterów
W fanfikach do Harry’ego Pottera często mamy do czynienia z różnymi ksywkami bohaterów, jednymi bardziej uzasadnionymi w kanonie, innymi trochę mniej, a jeszcze kolejnymi wziętymi z odwłoka. I tak jak „Fretka” albo „Smok” w przypadku Malfoya mają jeszcze jakieś ręce i nogi, „Złotego Chłopca” i „Złotą Trójcę” (choć mogą wywoływać lekkie tiki nerwowe) też jakoś można wytłumaczyć, tak skracanie skróconego imienia Ginny do „Gin” albo Hermiony do „Mionki” budzi lekką konsternację. W drugim przypadku można co prawda dostrzec pewną inspirację Krumem i Graupem, ale nie zmienia to faktu, że taki pseudonim pasuje do panny Granger jak pięść do nosa.
Absolutnym hitem, zresztą kolejny raz, zostaje Dramione, które wpadło na wspaniały pomysł nazywania Zabiniego… „Diabłem”. Zagadką pozostaje powód tego zabiegu. Czy smoki przebywają w towarzystwie diabłów i to jedynie sprytne nawiązanie kulturowe? Czy to może sprytna gra słów, że jak diabeł, to czarny, a Blaise przecież jest ciemnoskóry? Uprasza się szanownych czytelników o podzielenie się swoimi pomysłami, bo to w sumie dość interesująca sprawa.

e) Wymiana z inną szkołą
Czyli jeden z najbardziej marnowanych pomysłów. Wątek ten stwarza naprawdę niezłą możliwość popisania się własnym wkładem w świat magii: wymyśleniem nowych zaklęć, nowych mikstur, nowych przedmiotów szkolnych, nowych zwyczajów, nowego w zasadzie wszystkiego. Cała para idzie jednak w gwizdek i kończy się na nadaniu takiej szkole nazwy i umieszczenia jej w jakimś kraju. Reszta zostaje kompletnie niezmieniona, a uczniowie, którzy biorą udział w wyjeździe, czasem nawet nie uczestniczą w zajęciach, no bo przecież trzeba poznawać kulturę innego kraju. Główna bohaterka jest więc podrywana przez niemal wszystkich uczniów nowej szkoły, a towarzyszący jej kolega może obronić ją przed ich podstępnymi zakusami.
Nie chcę tutaj uogólniać, ale również i w tym punkcie prym wiedzie Dramione: biedna Hermiona nie może nagle opędzić się od zalotników, Dracze nagle czuje, że jest zazdrosny o innych, a przy okazji ratuje panią prefekt przed co najmniej jedną obowiązkową próbą gwałtu. Nic, tylko czytać.

7.  Gdzie charakteru brak, tam się kończy dobry smak

Pomysł na fabułę? Jest. Rozplanowane wydarzenia? Są. Wątki bardziej lub mniej sensowne (lecz koniecznie dramatyczne)? Są. Bohaterowie...? Chwila, a co tu jest do zrobienia? Przecież pani Rowling odwaliła już tę robotę! Mnie pozostaje tylko rzucić ich w prąd opowiadania.
Hermiona stanie się najzwyklejszą w świecie uczennicą (w dodatku nie zawsze bystrą, nie chcę przecież zrobić z niej kujonki!), o Harrym gdzieś tam się napisze, gdy sobie o nim przypomnę, Ron... no właśnie! Coś z nim trzeba zrobić. Jakoś się go upchnie w okrojone wydarzenia w tle... Najlepiej niech się zgubi w schowku na miotły. Wyciągnę go, jak mi będzie potrzebny. Draco przejdzie niezwykłą przemianę wewnętrzną z zawodowego dręczyciela na męskiego dżentelmena, może w dodatku wpadnie mu w oko jakaś szlama... nie! On by przecież swojej wybranki nie obraził takim wyzwiskiem! Dumbledore może nadal ciskać złotymi myślami, może też gdzieś przydać się w przyszłości, jak trzeba będzie wyciągnąć jakiegoś biedaka z dołka psychicznego.
I w ten oto sposób dostajemy opowiadanie, w którym już nie do końca wiadomo, kto jest kim. Wypranie bohatera ze wszelkich cech charakterystycznych i uczynienie z niego grzecznej marionetki idącej zgodnie z wybujałą wolą autora to niestety częsty mankament powielający się w opowiadaniach potterowskich. W końcu Hermiona bawiąca się w najlepsze na przyjęciu jest o wiele bardziej wiarygodna, niż Hermiona walcząca o emancypację Skrzatów Domowych, czyż nie? To, co było niezwykłe i niepowtarzalne w kanonicznych bohaterach, zostaje zastąpione przez typowe cechy nieskomplikowanych nastolatków. A ponieważ wizja oryginalnej autorki nie zawsze odpowiada fantazjom pisarza bądź pisarki, zostaje ona „magicznie” pominięta bądź usunięta. Hej, w końcu w czarodziejskim świecie z czarodziejami wszystko jest możliwe!

8. Bohaterowie jednorazowego użytku

Harry-Potter-Who-Are-You.gif

Jak już wiadomo, każdy bohater ma swoją „łatkę”, która może nam się przydać. Sęk w tym, że czasami wykorzystujemy co niektóre postaci tylko po to, by powiedziały lub zrobiły to, z czego słyną, a potem zniknęły bądź zginęły.
Na przykład: nagle zdaję sobie sprawę, że przydałby mi się metamorfomag, żebym mogła zakraść swoje postaci do Ministerstwa i wydobyć ważną informację, ale żaden z moich bohaterów nie ma takiej zdolności… To nic! Zrobię tak: ciotka siostry ojca mamy mojej bohaterki będzie krewną Tonks, która zna ją od dzieciaka i na pewno chętnie pomoże! Okej, Tonks, dzięki, możesz zejść ze sceny, miło było cię widzieć.
Nie dość, że powiązanie wydaje się mocno naciągane, to jeszcze, mimo deklaracji silnej więzi, już nigdy nie usłyszymy o Tonks.
Innym przykładem jest sytuacja, w której bohater przewija się w tle, lecz zwykle nie udziela się w historii. Po cóż w takim razie go trzymać w opowiadaniu? Opcje są dwie: kanon mówi, że dana postać uczestniczyła w tych wydarzeniach, więc powinna być lub/i po to, by miał swój jeden wielki moment. Jednym z najlepszych przykładów jest gościnna wręcz obecność Petera Pettigrew w gronie Huncwotów. Nie ma co ukrywać – mało kto lubi gościa. Dlatego też wyolbrzymia się jego negatywne cechy, spycha na drugi plan, w obawie, że zbyt duża styczność ze zdrajcą spowoduje, że sami się nim staniemy. Potem nagle, ni stąd ni zowąd, poświęca się mu więcej czasu, bo zaczyna knuć (czy aby na pewno?) zdradę.
W obu przypadkach nawet najlepiej napisane opowiadanie traci swoje walory, ponieważ wyskakiwanie z bohaterami spoza zwykle kreowanego świata, niczym królikiem z kapelusza, budzi podejrzliwość lub dezorientuje czytelników: „kim ta postać jest i co tu robi?!”.

9. „Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego”

Jednym z popularniejszych pomysłów na pisanie fanfiction do „Harry’ego Pottera” jest umiejscowienie akcji w szkolnych czasach rodziców głównego bohatera serii. Wysyp tych opowiadań można datować na premierę „Zakonu Feniksa”, w której to części Harry poznaje najgorsze wspomnienie Snape’a. Niby tylko jedna scena, a jak zatrzęsła całym fandomem.
Wśród takiej mnogości fanfików, pisanych w zasadzie cały czas, z łatwością można dostrzec pewne powtarzalne motywy, głównie w przypadku postaci, gdyż, jeśli chodzi o tło, sporo autorów wychodzi z założenia „jaki Hogwart jest, każdy widzi” i nie kłopocze się zbytnim jego opisywaniem (o tym jednak w innym punkcie).
Ale, żeby już nie przedłużać, poznajmy teraz naszych bohaterów.

a) James „Umów się ze mną, Evans” Potter…
…czyli główny prowodyr huncwockich żartów, kapitan gryfońskiej drużyny quidditcha i szukający, inteligentny uczeń, któremu nawet najtrudniejsze zaklęcia przychodzą z dziecinną łatwością, obiekt westchnień połowy uczennic Hogwartu. Wszystko to schodzi jednak już nawet nie na drugi, a dziesiąty plan, gdy na horyzoncie pojawia się pewna rudowłosa dziewczyna. Wygląda to trochę tak, jakby ktoś w głowie Rogacza zamontował automatycznie przełączający się pstryczek: gdy tylko widzi Lily, jest w stanie wymówić konkretne pięć słów: „Umów się ze mną, Evans”. Nieważne, czy widzi ją w pokoju wspólnym, na korytarzu, w Wielkiej Sali czy na lekcjach; nieważne, czy są sami, czy może w otoczeniu połowy uczniów i grona pedagogicznego; nieważne, że panna Evans odmówiła mu przed piętnastoma minutami. On i tak zapyta. Zawsze.

b) Syriusz „Mroczny Casanova” Black
Syriusz, nieodłączny towarzysz Jamesa Pottera, jest przy nim niemal zawsze: razem z nim planuje kolejne epickie żarty, razem z nim gra w quidditcha (zwykle jako pałkarz), razem z nim ma wszystkie zajęcia, razem z nim należy też do obiektów westchnień płci pięknej. Jako że pan Łapa nie składał ślubów wierności jednej wybrance (w przeciwieństwie do Jamesa), nie ma on nic przeciwko z nawiązywaniem bliższych znajomości z żeńską częścią Hogwartu, zwykle na fotelu w pokoju wspólnym, schowku na miotły, sowiarni, opuszczonej klasie, czyli w zasadzie wszędzie, gdzie się da. Tego typu związki nie trwają zwykle dłużej niż dwa tygodnie, w końcu o pozycję łamacza niewieścich serc trzeba się troszczyć. W skrajnych przypadkach dochodzi do tego, że przedstawia się go jako piętnastoletniego seksoholika, na którego leci cała żeńska część Hogwartu oraz połowa grona pedagogicznego.
O ile Syriusz nie jest zajęty wymyślaniem żartów lub podrywaniem kolejnej zdobyczy, to udaje mu się również znaleźć chwilę na mroczne niczym jego nazwisko rozmyślania na temat swojej ponurej rodzinki. Z nieodłącznym papierosem, czasem szklaneczką whisky, snuje rozważania o tym, jak bardzo nienawidzi swoich zapatrzonych w czystość krwi krewnych, jak oni nienawidzą jego i jak nie znoszą siebie nawzajem. Istna licytacja w tej spirali nienawiści.

c) Remus „Kujon” Lupin
Nasz wilkołak zwykle przedstawiany jest jako mózg Huncwotów, zajmujący się całą logistyką do wymyślonych przez Jamesa i Syriusza dowcipów. Zwykle wychodzi mu to średnio, bo w ten czy inny sposób żarty kończą się szlabanem, który przeważnie jest kolejną okazją do pokazania niezwykłego kunsztu i geniuszu panów Pottera i Blacka.
Czasem, w ramach dodania Lunatykowi głębi, autorzy robią z niego postać targaną wątpliwościami (ten motyw pojawia się zwykle razem z ewentualną wybranką serca). Wtedy to Remus rozmyśla o swojej przypadłości, która stoi na przeszkodzie znalezieniu szczęścia w miłości. Szkoda, że nie przychodzi mu to do głowy, gdy ciąga się po całym Hogwarcie w pełni księżyca. No ale kto by śmiał wymagać konsekwencji w zachowaniu bohatera, nieprawdaż?

d) Peter „Ciastko” Pettigrew
Peter jest jednoznacznym dowodem na to, że wygląd ma jednak znaczenie. No bo kto chciałby pisać o Glizdogonie, gdy na wyciągnięcie ręki ma się gwiazdę quidditcha, bad boya i wilkołaka o wrażliwym serduszku? No błagam, z czym do ludzi. Dlatego też, o ile Peter nie jest całkowicie (!) pomijany, to zwykle zapycha się mu usta słodkościami, ewentualnie robi się z niego śmiejącego się z dowcipów pozostałych przyjaciół ćwierćmózga, który nigdy nie ma nic do powiedzenia. A nie ma co ukrywać, Peter należy do jednych z bardziej interesujących bohaterów w serii; przedstawienie pobudek przystąpienia do zwolenników Voldemorta daje spore pole do popisu. Ale nie, lepiej przytkać go ciastkiem. W końcu i tak mało kto dociera w ogóle do zakończenia szóstego roku; ważniejsze jest przecież pokazanie grupki imprezujących nastolatków. Po co przejmować się jakąś tam wojną?

e) Lily Evans & Co.
Wybranka serca naszego Rogacza przeważnie jest osobą niezrównoważoną psychicznie, wpadającą we wściekłość co najmniej kilkanaście razy dziennie, zwykle za sprawą pana Pottera. W trakcie tego ataku wrzeszczy, rzuca książkami, wyzywa wszystkich wokół i rozdaje szlabany na prawo i lewo. Potem jednak, najpewniej za sprawą jakiegoś amor ex dupa, łaskawie zgadza się pójść razem z Jamesem do Hogsmeade, gdzie pan Rogacz daje się poznać jako pierwszej klasy romantyk, w pół sekundy odgadujący wszystkie życzenia swojej wybranki, a czytelnicy giną pod tonami lukru.
Lily ma również przyjaciółki, zwykle dwie: Ann [wstaw dowolne nazwisko] oraz Dorcas Meadows. Moody ewidentnie nie wiedział, do czego doprowadzi pokazywanie Harry’emu zdjęcia z członkami Zakonu Feniksa.
Ann, przeważnie cicha i spokojna blondynka, jest przeznaczona równie cichemu i spokojnemu Remusowi, by mogli razem w ciszy i spokoju czytać książki, uczyć się i popijać herbatkę. Jednak jako że Lupina trzeba ostatecznie zeswatać z Tonks, to biedna Ann pada ofiarą ataku śmierciożerców, a sam Lunatyk bez mała składa śluby czystości w celu upamiętnienia swojej tragicznej miłości.
Drugą pannę swata się zwykle z Syriuszem. Początkowo oboje się nie znoszą, ale w głębi ducha Dorcas jest mocno zazdrosna o podboje swojego wybranka. Potem albo pod wpływem jakiegoś tragicznego wydarzenia, albo za sprawą wspomnianego wcześniej amor ex dupa zostają parą. O ile opko nie zostaje zawieszone gdzieś wcześniej, to Dorcas ginie, a Syriusz wpada w istne szaleństwo, przez co ostatecznie kończy w Azkabanie.

f) Severus Snape
Nieodłącznym elementem życia każdego szanującego się Huncwota jest nienawiść kierowana w stronę tego oto Ślizgona, aczkolwiek punkt widzenia zależy w absolutnej większości przypadków od stosunku autora opowiadania do tej postaci. O ile po wydaniu piątego tomu Snape’a przedstawiano jako zapatrzonego w czarną magię ucznia, który uwielbiał prowokować Huncwotów, tak po „Insygniach Śmierci” pojawił się wysyp opowiadań, w których Severus był niewinną ofiarą prześladowań ze strony Pottera i jego przyjaciół, a nieszczęśliwa miłość pchnęła go w objęcia śmierciożerców.

g) Kiblujący Ślizgoni
Ostatnim elementem, występującym raczej opcjonalnie, w zależności od tego, w jakim stopniu autor orientuje się w kanonie, jest obecność w Hogwarcie zarówno Huncwotów, jak i Lucjusza Malfoya, Narcyzy i Bellatrix. Wiadomo, główni bohaterowie muszą mieć swoich antagonistów, a jednak czterech na jednego nie wygląda zbyt uczciwie.Tutaj natomiast siły się wyrównują, więc hulaj dusza, piekła nie ma, można wymyślać różne ciente riposty.
No cóż, gdyby może Draco wiedział o niezbyt chlubnej karierze szkolnej swoich magicznie odmłodzonych rodziców, to nie byłby aż tak zarozumiały.

10. Ekipa z Hogwartu
Dla „podgrzania atmosfery” albo też próby pozbycia się oklepanego motywu balu bożonarodzeniowego autorzy próbują zorganizować swoją własną imprezę w pokoju wspólnym – bo przecież kto tak naprawdę potrzebuje wymyślnych ozdób czy długich sukien, skoro wszyscy wiedzą, że najlepsze są domówki, a zabawa w dormitoriach to prawie to samo. Poza tym, skoro nauczyciele nie widzą, można przemycać Ognistą, mugolskie fajki i wiele innych mniej lub bardziej legalnych substancji (bez względu na to, czy specyfik pasuje do świata magii, czy też nie). Przecież jak czarodzieje mogliby wymyślić coś, co daje kopa bardziej niż stara dobra kokaina, lol, co oni, mistrzowie eliksirów?). W efekcie bohaterzy wymykają się spod kontroli, zupełnie jakby autor sam uczestniczył w popijawie, a opowiadanie zaczyna niebezpiecznie zbaczać w kierunku Ekipy z Warszawy, czego, koniec końców, żałują zarówno bohaterowie, jak i czytelnicy.  
W czym problem? Po pierwsze Hogwart znajduje się na terenie Wielkiej Brytanii, gdzie zwykle poszanowanie zasad, zwłaszcza w konserwatywnych szkołach (a Hogwart raczej takową jest), jest bardzo ważne. Po drugie przeważnie okazuje się, że ci piętnastolatkowie to zwykle weterani picia wysokoprocentowego alkoholu: nie zaczynają od czarodziejskiego odpowiednika Reddsa, lecz od razu kosztują Ognistej i są w stanie wypić jej bardzo dużo. Wówczas, w następnym rozdziale z Ekipy z Warszawy przenosimy się na Kac Vegas, tylko, rzecz jasna, w hogwarckim klimacie. Szkoda tylko, że większość z nas już ten film widziała i wie, czego się spodziewać.
Tak też pryska czar Hogwartu. Zamiast historii o czarodziejach, magicznych stworzeniach i niebezpiecznych, mrocznych przedmiotach, otrzymujemy to, co można spotkać na innych blogach – opowieść o pijanych nastolatkach, którym w głowie jedynie dobra imprezka i seks. Dlaczego zatem autorzy zdecydowali się na świat Pottera? To pytanie trzeba zadać tylko im samym.
d72b17a7051a1ed85116bd6b3859a6cf.jpg

11. Fenomen Dramione

harry potter hermione granger draco malfoy charleston swing dance

Malfoy i Granger to para idealna. I koniec.
No dobra... Może kiedyś troszkę się posprzeczali. I mieli kilka nieprzyjemnych momentów. Tak, nazwał ją „szlamą”, ale przecież wcale nie miał tego na myśli...! Może odrobinkę różnią się poglądami, charakterami i w gruncie rzeczy trzeba przyznać, że kiedyś tak naprawdę wcale się nie lubili.
Ale już się kochają! I koniec.
A teraz tak na poważnie. Hermiona i Draco od samego początku byli całkiem różnymi postaciami, których nic a nic nie łączyło. Wątpię, aby samej pani Rowling przez myśl przeszło, żeby kiedykolwiek uczynić z nich pairing. Z jakiegoś dziwnego powodu właśnie kompletny brak chemii pomiędzy bohaterami spowodował, że ogromna część fandomu postanowiła walczyć o stwierdzenie ich niezaprzeczalnej i niepodważalnej miłości do samej śmierci. Lecz dokonanie tego nie jest proste. Pani Rowling rzuciła Dramione wiele kłód pod nogi, które trzeba zgrabnie ominąć. W tym celu stosuje się takie niezawodne środki jak:
– Puszczenie w niepamięć wstydliwą przeszłość zakochanych. Ich dawne utarczki przeszkadzają w budowaniu idealnej relacji tru loff, więc najlepiej całkiem je pominąć. W końcu amnezja wśród nastolatków jest wyjątkowo częstym zjawiskiem, a skoro można zapomnieć o pracy domowej, to o szlamach i przekonaniach także.
– Uczynienie z Malfoya bad boya o wrażliwym wnętrzu. Tak! To na pewno przyciągnie do niego zarówno Hermionę (oczywiście tylko ona będzie mogła dostrzec ukryte piękno w głębi jego serca), jak i rzesze czytelniczek. Draco musi być odważny. Koniecznie. W szóstej części bał się jak słodziutki króliczek w klatce z wilkami, ale przecież każdy może mieć gorszy dzień! Najlepiej o tym nie wspominać, bo jeszcze się popsuje jego boski wręcz wizerunek. W dodatku może pić i palić, jego jakże bogata w różnorakie doświadczenia przeszłość go usprawiedliwia. A jak już potraktuje swoją ukochaną przedmiotowo, bo tak robią wszyscy rasowi bad boye, to będzie wisienka na torcie! Hermiona i tak pozostanie zachwycona, skoro w końcu i tak mają skończyć na ślubnym kobiercu. Albo w łóżku, jak kto woli.
– Zero tła. Plączący się pod nogami Harry bądź Ron tylko utrudnialiby proces łączenia Draco i Hermiony. Mogą mieć coś przeciwko, ale i tak nikt o to nie dba. Przecież prawdziwa miłość nie zwraca uwagi na opinie innych. Wszelkie lekcje czy szkolne wydarzenia są wykreowane tylko po to, aby jeszcze bardziej zbliżyć naszych tru loffów ku sobie. Dokładnie tak, jakby samo uniwersum Harrego Pottera trzymało kciuki za ich romans.
– Zmiana charakteru bohaterów. Niech Hermiona stanie się imprezującą ślicznotką nagle przejmującą się swoim wyglądem, a Draco rycerzem na białym koniu. Zawsze działa.
Stosowanie się do tych utartych schematów, by pozbyć się przeszkód zagrażających parze Hermiona i Draco, sprawia, że wiele opowiadań Dramione staje się równie wiarygodne co Dumbledore grający w koszykówkę z Voldemortem.

12. Z drogi śledzie, pairing jedzie!

Skoro już jesteśmy przy Dramione i innych niekanonicznych pairingach, które jakoś trzeba spiknąć, ale to co napisała pani Rowling nam nie pasuje: moi drodzy, robienie z postaci karykaturalnie złych lub głupich osób, tylko po to, by dać pretekst głównej bohaterce/bohaterowi na porzucenie go/jej, nie jest najlepszym (ani też najbardziej oryginalnym) pomysłem. Niestety, chyba najczęściej obrywa się Ronowi, który w Dramione staje się alkoholikiem, bucem, chorobliwym zazdrośnikiem, agresorem, niedbającym o siebie mężczyzną, czy po prostu idiotą. Nic dziwnego, że taka mądra, roztropna, piękna i ambitna Hermiona nie chce z nim być, prawda? A ty, Weasley, idź być sobą gdzie indziej.
tumblr_inline_o03eckTroG1scs53u_500.gif

13. ♪ Love is in the air ♪

Uwaga, uwaga! Ogłaszamy natychmiastową ewakuację. Jakiś żartowniś rozpylił eliksir miłosny po całym Hogwarcie. Powoduje on niezwykle silną obsesję na punkcie pierwszej osoby, którą zobaczycie, niezależnie od płci i wieku, więc zalecamy poruszanie się do punktu zbiórki z zasłoniętymi oczami. Tym, którym nie uda się uciec, cóż... życzymy szczęścia w nowym związku.
Chyba domyślacie się, kto jest tym żartownisiem. Oczywiście, że jakiś niezwykle kreatywny autor, który za punkt honoru wziął sobie łączenie w pary najmniej odpowiednich dla siebie bohaterów. Czasami coś z tego wychodzi, ale przeważnie... eh, spuśćmy na to zasłonę milczenia.
Nie do końca wiadomo, skąd tendencja na pairingi, które nie mają absolutnie żadnego podparcia w oryginale, możemy jednak zaobserwować, że trzymają się całkiem nieźle w społeczności twórców. Różnorodność par i podejścia do budowania ich związków jest ogromna. I tak otrzymujemy przykładowo Snarry, czyli coś, co stale wymyka się zarówno prawom logiki, jak i charakterystyce postaci. A to i tak tylko wierzchołek góry lodowej. Przykłady można mnożyć w nieskończoność. No wiecie, seksi Voldemort chwalący się swoim wężem przed... właściwie nie ma znaczenia przed kim. To Voldemort, ludzie!
Parszywa Trzynastka 4 - kissu smol.png

Cóż, to tyle na dziś. Mamy nadzieję, że dobrze się bawiliście. A teraz tańczymy!
portrait