Ocena nr 26 – Ślady tajemnic

Adres bloga: Ślady tajemnic
Autorka: Dusia
Oceniająca: Maxine

Adres bloga jest prosty i od razu naprowadza na tematykę opowiadania, co uważam za duży plus.
Szablon cechuje minimalizm i nie ma w nim żadnych zbędnych elementów. Kolorystyka jest jasna, dzięki czemu dobrze czyta się tekst. Dbasz o jego prawidłowe formatowanie, i to ci się chwali. Kolaż na twarzy kobiety wydaje mi się nieco dziwny, ale to raczej kwestia gustu. Poza tym jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to duża ilość pustego miejsca na dole strony.
W kwestii zakładek nie mam uwag. Zawarłaś w nich wszystko, co potrzebne.
Cóż, nie widzę powodu, aby sztucznie przedłużać. Przechodzę do treści — mięska twojego bloga.

Sprawa I „Afrodyta”
Prolog
Podoba mi się. Jest krótki, powiedziałabym nawet króciutki, czyli taki, z którym można szybko się zapoznać i stwierdzić, czy ma się ochotę kontynuować lekturę — według mnie to jego zaleta. Widzę w nim dobry wstęp do czegoś większego.
Masz lekkie pióro i prosty styl, które zachęcają mnie do dalszego zapoznawania się z historią.
Akcję zamknęłaś w jednej scenie, która jednak rzuca nieco światła na główną bohaterkę. Nie wiem, czy imię miało na mnie pozytywny wpływ, ale twoja Basia wydaje się sympatyczną osobą, nawet jeżeli pozbywa się obcego faceta z mieszkania.

Uwagi:
„Wstała z łóżka, zakładając szlafrok, a jej wzrok stanął na mężczyźnie, z którym spędziła dzisiejszą noc”. — Należy zmienić „stanął” na „zatrzymał się” albo „spoczął”.
Że nagle zapragnęła bliskości mężczyzny, a że on pojawił się w barze to jej instynkt to wykorzystał i dała się namówić na przelotny romans?” — Brakuje przecinka przed pierwszym „to”. Drugie „to” można spokojnie usunąć i zamiast tego napisać „wykorzystał okazję”.
„Możliwe, że mężczyzna był casanovą i zmieniał kobiety jak rękawiczki.”, „Alkohol, właściwe słowa w zdaniach, urok osobisty i kobieta była jego.”, „Basi byłoby to nawet na rękę, gdyby okazało się, że mężczyzna jest kobieciarzem”. — Powtórzenia wyrazu „być”. Uważam też, że dopowiedzenie „w zdaniach” nie jest tutaj konieczne.
„Jej zawód nie rokował dobrze na dłuższe związki, sama z doświadczenia wiedziała, jak trudno utrzymać sobie partnera u boku, kiedy wracało się do domu późnym wieczorem”. — Myślę, że powinno być: „jak trudno utrzymać przy sobie partnera”. Ponadto usunęłabym „sama” albo przesunęła je przed „wiedziała” i przed „z doświadczenia” wstawiła średnik.
„Był przystojnym mężczyzną; niebieskie oczy, blond włosy i umięśniona sylwetka, z ledwością powstrzymała się od głośnego westchnięcia, gdy przypomniała sobie o ich wspólnie spędzonej nocy”. — Podmiot w tym zdaniu sugeruje, że to sylwetka „z ledwością powstrzymała się od głośnego westchnięcia”. Czytelnik podświadomie wie, że mowa jest o Basi, ale w takich zdaniach ustalenie podmiotu jest konieczne. Poza tym czy zamiast średnika nie powinno być tam dwukropka? Jeżeli już, średnik mógłby się pojawić przed „z ledwością”. Do tego „z ledwością” można by zamienić na „ledwo”, gdyż lepiej brzmiałoby w tym zdaniu.
„–  Cześć, piękna – uśmiechnął się. Basia musiała doliczyć do niesamowitych cech mężczyzny jeszcze jego zniewalający uśmiech. To przez to namówiła go, by poszli do jej mieszkania. Nie ulegało to wątpliwości”. — O ile można przełknąć powtórzenie „to” w jednym zdaniu, tak w jeszcze kolejnym już nie — można by zamiast „przez to” napisać „dzięki niemu”. Od „Basia” należałoby przejść do nowego akapitu — zawsze, jeżeli pojawia się reakcja innej postaci niż tej, która się wypowiada, trzeba to zrobić. Poza tym, wspominasz o uśmiechu Roberta drugi raz. Nie sądzę, by w tak krótkim tekście było to potrzebne.
- Posłuchaj, Robert, było naprawdę miło, ale kiedy wyjdę z łazienki, ma ciebie tutaj nie być, ok?” — Niepoprawny zapis „OK”. Pojawił się też dywiz zamiast półpauzy.
„Weszła pod prysznic, by otrzeźwieć swój umysł”, „Pozwoliła sobie na chwile przyjemności, ale teraz musiała wziąć się w garść”. — „Chwilę”. Pierwsze „swój” jest zupełnie zbędne, doskonale wiadomo, że chodzi o jej umysł.
„Jej emocje buzowały wewnątrz, gdy przypomniała sobie dotyk Roberta na skórze”, „Ciepła woda ukoiła jej emocje”. — Powtórzenie.
Prolog ma też masę powtórzeń słowa „mężczyzna” — pojawiło się jedenaście razy w tekście składającym się jedynie z czterystu wyrazów. Postaraj się zapanować nad tym, bo choć zdaję sobie sprawę, że trudno jest wspominać o kimś, kogo imienia nie można użyć, bardzo to przeszkadza w czytaniu. Spróbuj tutaj użyć podmiotu domyślnego — w scenie mamy tylko dwie osoby, więc nie powinien to być problem — albo nazwać Roberta „przystojniakiem” bądź innym określeniem, które będzie do niego pasowało.  

Rozdział 1.
Trudno o uwagi do tekstu, w którym niewiele się dzieje, a tak właśnie jest w rozdziale pierwszym. Na dobrą sprawę miało tu miejsce tylko jedno — odnalezienie zwłok tancerza. Niemal wszystko wokół tego było opisem, suchą ekspozycją. Wspominasz trochę o przeszłości Basi, jej bratowej oraz przyszłej pannie młodej, ale na dobrą sprawę mogłoby tego w ogóle nie być i niczego bym nie straciła. Przejdę więc od razu do wydarzeń z klubu.
Starasz się pokazać wieczór panieński, ale nie jest to ani opis, ani scena, tylko raczej coś pomiędzy. Zaczynasz opisem, a potem próbujesz przejść do sceny — pojawiają się dialogi i wydarzenia przystają w pewnym punkcie, z którego wreszcie możemy pooglądać Basię w akcji. Niby wszystko jest w porządku, ale kiedy tworzysz kawałek sceny, a potem nagle rzucasz opisowym „(Basia) Wykonała rozkazy szefa” albo „Oznajmiła koleżankom, że sprawdzi, co się dzieje...”, tekst bardzo traci. O wiele lepiej by wyglądało, gdyby Basia po prostu odpowiedziała koleżankom: „Pójdę sprawdzić, co się dzieje”. Po co kombinować, urywać scenę w połowie i wprowadzać takie zamieszanie? Przecież to zajmuje tyle miejsca ile dialog, a wygląda dość dziwnie.
To tak, jakbyś chciała zjeść przysłowiowe ciastko, a jednocześnie wciąż je mieć. Bo trzeba napisać, co się dzieje — głupio nie wspomnieć, że coś się stało, bo ucierpiałby przez to logiczny ciąg wydarzeń — ale nie uważasz, żeby było to na tyle ważne, aby robić z tego linijkę dialogu. Otóż jest ważne i nie ma sensu wymyślać sposobów na obejście pisania dialogu. To wygląda trochę tak, jakbyś bała się go używać. Ale kiedy piszesz „wykonała rozkazy szefa”, czytelnik włącza pauzę, bo akcja dla niego się zatrzymuje. Basia idzie w próżnię i tam robi to, co szef jej kazał, potem materializuje się z powrotem, a odbiorca cały czas grzecznie siedzi i czeka na powrót bohaterki. Bo nie może wyobrazić sobie, jak kobieta to robi, nie znamy przecież Jończyka ani nie wiemy, co Basia mogłaby powiedzieć do techników. Pojawia się więc brak płynności, szarpnięcie, które wyrywa ze skupienia na tekście.
Właściwie o całym rozdziale można by powiedzieć: Basia zrobiła coś tam, jakoś tam, z kimś tam. Ja nie widzę ani Basi, ani niczego, co ją otacza. Wprowadzasz opisy, ale są one bardzo ogólne i nie pozwalają mi przenieść się na miejsce wydarzeń. Przykładowo piszesz, że Sara jest atrakcyjną blondynką, noszącą proste sukienki. Nawet nie ma na sobie konkretnej w tamtym klubie, tylko po prostu jakąś „sukienkę” bo ona zawsze ubiera sukienki. Nie ma szans, żebym zwizualizowała sobie Sarę z takim zasobem informacji. Mogę co najwyżej zobaczyć mętne wyobrażenie standardowej biurokratki, nic poza tym.
Sypiesz ogólnikami jak z rękawa, ale nic z tego nie wynika. Ostatecznie widzę coś na wzór zdjęć z Instagrama, może jakieś pojedyncze, parominutowe momenty nagrane słabą kamerą przedpotopowej komórki. Nie wiem, ani jak wygląda klub „Afrodyta”, ani Basia, ani jej koleżanki, ich drinki, sukienki, nie widzę, jak się poruszają, mówią i bawią się. Kompletnie nic.
Styl wypowiedzi przypomina ten, w którym koleżanka opowiada znajomej, co działo się na imprezie. Ta przytakuje, ale nie było jej wtedy na miejscu, więc nie ma pojęcia, co naprawdę się tam stało. Po prostu wie, że kumpele dobrze się bawiły. Tyle. Czytelnik musi być na miejscu wydarzeń. Inaczej podczytuje tylko relację z imprezy, w dodatku bez pikantnych szczegółów. Mało to zajmujące. Na pierwszy rzut oka można tego nie zauważyć, bo taki tekst wbrew pozorom bardzo dobrze się czyta — szybko i przyjemnie. Jest łatwy do przetrawienia, ale kompletnie niezapadający w pamięć.

Uwagi:
„Basi rzadko zdarzało się, że znajdowała czas na rozrywkę. Ciągle praca i praca, ale obiecała sobie, że postara się to zmienić. Kiedy przyjechała na Śląsk, nikogo w pracy nie znała, była nowa, więc chciała pokazać się z jak najlepszej strony”. — Fragment  „Ciągle praca i praca” pasuje bardziej jako zapisana kursywą myśl Basi ze względu na jego potoczny charakter, zbytnio różniący się od reszty narracji. Wydaje mi się, że za rzadko używasz tego zabiegu, a masz pełno zdań, które by do niego pasowały. Od zdania „Kiedy...” rozpoczęłabym nowy akapit, gdyż wchodzisz w nowy temat — opowiadanie o przeszłości Basi. Dodatkowo myślę, żeby zamiast „że znajdowała” w pierwszym zdaniu napisać „znajdować” i powinno być „nie znała nikogo w pracy”.
„Myślał, że inspektor Konieczny stroił sobie żarty przydzielając do jego zespołu policjantkę z niecałym dwuletnim stażem w Wydziale Zabójstw”. — Przecinek przed „przydzielając”.
„Nie miała za złe komisarzowi za to, że za szybko wysunął wnioski”. — Trzeba napisać „Nie miała komisarzowi za złe, że za szybko wysunął wnioski” lub „Nie miała za złe komisarzowi tego, że za szybko wysunął wnioski”.
„Jednakże okazało się, że pani podkomisarz świetnie radziła sobie w terenie, jak i podczas przesłuchań.” i „Z czasem współpraca pomiędzy nią i szefem, jak i podkomisarzem Jończykiem, zaczęła owocować, ale to też nie zwalniało jej z obowiązku, że musiała mocno zapracować sobie na zaufanie swoich partnerów”. — Powtórzenie „ jak i”. Trzeba najpierw napisać „zarówno”, żeby dać później „jak i”. To „że” w drugim zdaniu sprawia, że to zdanie jest jakieś koślawe. Lepiej byłoby „ale to też nie zwalniało jej z obowiązku zapracowania na zaufanie swoich kolegów”.
„Minęło już pięć lat odkąd zamieszkała w Katowicach i dopiero teraz po raz pierwszy mogła się całkowicie oderwać od rzeczywistości. Kiedy tydzień temu pojechała na obiad do Darka, jej szwagierka Sara zaprosiła ją na wieczór panieński do ich wspólnej znajomej z Końskich, Magdy Szwed, która przeprowadziła się do Katowic dwa lata temu”. — Od „kiedy” dałabym nowy akapit. Poza tym wydaje się trochę nieprawdopodobne, że Basia nie miała czasu na odpoczynek tak długo. Pięć lat to naprawdę sporo czasu.
Decyzja o przyjeździe zadecydował awans jej narzeczonego, Rafała Dębskiego, który został dyrektorem ds. marketingu”.  — Koszmarna składnia, trzeba to koniecznie przepisać.  „O przyjeździe zadecydował...” — tak chyba będzie najlepiej. Poza tym dyrektorem czego? Firmy ochroniarskiej, banku? Plus, myślę, że lepiej byłoby rozwinąć skrót, w końcu miejsca ci nie brakuje.
„Oprócz Basi były zaproszone jeszcze dwie osoby, Justyna i Beata, koleżanki Magdy z pracy. Impreza była udana - wspaniała muzyka, dobre drinki, a także największa atrakcja wieczoru, zmysłowe tańce niesamowicie przystojnych mężczyzn. — Chwila, co tu się stało? Czy ty właśnie w jednym zdaniu opisałaś całą imprezę? To wprost karygodne. Przecież ten rozdział miał być o wieczorze panieńskim, a ty go tak bezczelnie streściłaś. Tak się nie robi. A, no i zaplątał ci się dywiz zamiast myślnika.
„Wkrótce dołączyły do kobiety, z wielkim zachwytem podążając za jej śladem”. — „Za” jest zbędne. No i kto dołączył do Magdy? Koleżanki z poprzedniego akapitu? Basia z jej szwagierką? Kosmitki?
„Kobieta nabrała szkarłatnych rumieńców, lecz później się już tym nie przejmowała”. — Czy to znaczy, że na początku Magda się nimi przejmowała? Przedstawiasz ją raczej jako kogoś, kto nie zwróciłby na to uwagi.
„Wyobraziła sobie scenę, w której tancerz wciągał ją na scenę, a ona wyrywa mu się i ucieka”. — „Wciąga”, bo reszta jest w czasie teraźniejszym.
„Basia musiała przyznać, że naprawdę spisała się na medal”. — Mimo że wcześniej Magda zwraca się do Sary, myślę, że jednak warto zaakcentować, kogo Basia ma na myśli, bo to trochę brzmi, jakby mówiła o sobie.
„Odkąd pamiętała Sara bardzo lubiła organizować imprezy”. — Brakuje przecinka przed „Sara”.
„Nieważne, czy miał charakter towarzyski, czy służbowy, zawsze umiała trafić w gust, by wszyscy byli zadowoleni”. — Literówka „miały”. Plus ostatnia część czyli „zawsze umiała trafić w gust, by wszyscy byli zadowoleni” brzmi dość koślawo. Wydaje mi się, że za bardzo przekombinowałaś tę część. Wystarczyłoby napisać „zawsze umiała sprawić, by wszyscy byli zadowoleni”. „Trafić w gust” tylko niepotrzebnie wprowadza zamieszanie do zdania.
„Uważała, że Darek miał naprawdę wielkie szczęście, mając tak niesamowitą żonę”.
Wielokrotnie kobieta ratowała imprezy firmowe zorganizowane przez Bank Śląski, w którym pracował jej brat”. — Bardziej pasuje „Kobieta wielokrotnie...”. No i mam problem z tym zdaniem, bo nie wiem, czy masz na myśli brata Sary, czy brata Basi, a męża Sary.
„Sara była bardzo atrakcyjną kobietą. Zawsze zakładała gustowne i proste sukienki, a swoje blond włosy zawsze spinała w mocny kok. Większość uważałoby po takim stylu ubierania się, że ma zimne serce, ale tak nie było. Jej zawód wymagał precyzji, bo prowadziła sklep z biżuterią”. — Jak już „uważałaby”, ale lepiej brzmi „uznałaby”. „Mocny” w sensie „ciasno upięty”? Skopiowałam cały fragment, bo nie do końca wiem, co miałaś na myśli z zimnym sercem i precyzją. Znaczy, w teorii wiem, tylko jakoś nie składa mi się to w całość. Dlaczego prosta sukienka ma się kojarzyć z zimnym sercem? Chodzi o kolory, kroje, sposób noszenia? Sara swoją postawą sprawia wrażenie oziębłej? Dajesz za mało szczegółów, więc nie mogę tego zobaczyć. Co ma precyzja do prowadzenia sklepu? Czy Sara sama robi tę biżuterię, stoi za ladą czy tylko zajmuje się papierami? Jeżeli ją robi, to przecież nie w sukience, jeżeli stoi za ladą, jej ubiór jest zrozumiały — to uniform. Te wszystkie pytania wywodzą się z tego, że wspominasz o czymś, ale urywasz w połowie, nie ma szczegółów i tak naprawdę więcej nie wiem, niż wiem. To frustrujące. No i ogólnie nie widzę powodu, dla którego ten opis miałby pojawić. Ot, uznałaś, że warto powiedzieć, jak wygląda Sara. A można to w bardzo prosty sposób naprawić. Gdyby wrzucić zdanie, że Basia przygląda się Magdzie i Sarze i wtedy opisać wygląd szwagierki, wyszłoby to naturalniej. Można by porównać ją do reszty obecnych w klubie kobiet, mówiąc, że według Basi jest z nich najładniejsza. Wspomnieć, że nawet po pracy nosi ubrania wskazujące na oschłość, ale opisać też to, jak Sara się śmieje i tańczy z koleżankami.
„Wypiły drinki, a po chwili Justyna zaproponowała pójść na parkiet potańczyć”. — Zaproponowała „żeby pójść” albo jeszcze krócej — „pójście”. Zastanawiam się też, czy nie lepiej to zdanie wyglądałoby bez „potańczyć”. Raczej nie poszły tam postać.
„Przez moment patrzyły na dziewczyny, jak w rytm muzyki wyginały swoje ciała”. — To zdanie brzmi dość niezręcznie. Wydaje mi się, że starasz się za bardzo sobie utrudniać. „Patrzyły, jak dziewczyny w rytm muzyki wyginały swoje ciała”.
„Nie miała jeszcze okazji porozmawiać z kobietą o Darku i Kubie, więc wykorzystała chwile, w którym były same”. — „Chwilę, w której”.
„Nie sądziła, że jej drugi brat nie pofatygował się, by zadzwonić do swojej siostry”. — Jeżeli mówisz, że to brat Basi, nie trzeba dopisywać „do swojej siostry”, bo wiadomo, że o nią chodzi. A tak wygląda, jakby Krystian miał jeszcze jedną siostrę. Ostatecznie można napisać „Nie sądziła, że jej drugi brat nie pofatygował się, by do niej zadzwonić”.
„Sara uśmiechnęła się i wzięła ją za rękę. Basia liczyła na to, że dotrzyma słowa”. — Basia liczyła, że Sara dotrzyma słowa, tak? Nie, że ona sama to zrobi, wiadomo. Tyle, że niekoniecznie. Gdy masz dwie kobiety, bardzo łatwo jest sprawić, że czytelnik się pogubi w tym, kogo masz na myśli. Musisz bardziej tego pilnować.
„Tańczące kobiety westchnęły z goryczą, z niepokojem rozglądając się po sali”. — Jak z goryczą, to raczej nie z niepokojem.
„– O jak dobrze – westchnął z ulgą tancerz”. — Brak przecinka przed „jak”.
„Weszli oboje zza zaplecze, szli wąskim korytarzem, który oświetlony był bladym światłem” , „Nie skomentowała już brudu, jaki znajdował się na kafelkach, które wyłożone były na ścianach, jak i na podłodze. Musiała wziąć się w garść, najważniejszy był punkt, do którego miała dojść”. — „Za” zaplecze. Zastanawia mnie, skąd wzięło się to wciskanie „jak i” w każde możliwe miejsce. Zauważyłam, że bardzo upodobałaś sobie ten zwrot, to już trzeci raz w tym rozdziale. Przecież „które były wyłożone na ścianach i podłodze” brzmi prościej.
„To jedynie jej obsesja na punkcie sprzątania odezwała się szybko, gdy tylko spostrzegła bród na drodze”. — „Brud”. Myślę, że „szybko” jest tu zbędne, dalsza część zdania wystarczająco sugeruje, że tak było.
„Poczuła ulgę, gdy weszła do w miarę czystego pomieszczenia, ale jak tylko zobaczyła martwe ciało tancerza, na jej twarzy zagościł smutek i lekka wściekłość”. — Podwójna spacja. O nie, tylko nie „lekka wściekłość”. Chodziło ci pewnie o „złość”. Lepiej jednak byłoby, gdybyś nie wymieniała wprost uczuć Basi, a bardziej zasugerowała je za pomocą mimiki bohaterki, np. grymasu.
„Choć i tak wiedziała, że teraz będą zadawali jedynie wstępne pytania do świadków”. — Kto będzie „zadawać pytania świadkom”.
„Denat siedział na krześle i na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że mężczyzna po prostu spał”. — Powtarzasz dwa zdania dalej „mężczyzna”, więc usunęłabym ten wyraz z jednego z nich.
„Wykluczała to jednak cienka, czerwona linia zadana prosto w serce, skąd krew spływała po jego brzuchu”. — Myślę, że masz na myśli „ranę”, nie „linię”. Najlepiej byłoby przepisać to zdanie, gdyż nie sądzę, aby można z nim zrobić porządek — poprawiając jedno określenie, inne części przestają do siebie pasować.
„Zasmuciła się, widząc go martwego, jeszcze nie czas temu wsunęła temu mężczyźnie do jego czarnych, skórzanych slipów pieniądze. — „Jeszcze jakiś czas temu”. Akapit wcześniej też napisałaś, że Basia się „zasmuciła”. Nie ma potrzeby tego powtarzać. Podzieliłabym też to zdanie na dwa — od „jeszcze” zaczynałoby się drugie.
„– Zaraz będę – powiedział, tym razem lekko przebudzonym głosem”. — Wytłumacz mi, jak brzmi „lekko przebudzony głos”, a powiem ci, że możesz to tak zostawić. Inaczej czas pożegnać się z tak mętnym określeniem.
„Dopilnuj wszystkiego dopóki nie przyjadę”. — Brak przecinka przed „dopóki”. Basia była w klubie w czasie morderstwa, dlatego wydawałoby się, że jest jedną z podejrzanych i nie powinna zajmować się śledztwem. Poza tym jest nietrzeźwa, więc czy w ogóle może prowadzić czynności dochodzeniowe?
„Trzeba było wszystkich spisać, nawet klientki. Zabójca mógł wciąż być w Afrodycie, choć miała co do tego wątpliwości”. — Zapisuj nazwy lokalów w cudzysłowie albo kursywą, żeby było jasne, że masz na myśli miejsce, a nie np. czyjeś imię.
Był nie tylko tancerzem, ale i menedżerem klubu. Oznajmił Florczak, że denat to Daniel Jabłoński. Kiedy wszyscy byli przebrani i gotowi na drugi pokaz, zorientował się, że nie było Daniela. Poszedł do jego garderoby, a tam zobaczył go martwego. Wybiegł, by przekazać chłopakom, że występu nie będzie i kazał przekazać didżejowi, żeby przestał grać. Potem on sam poszedł do ochroniarza, by ten zamknął klub. Chciał zadzwonić po policję, ale w porę przyszła Basia. Dowiedziała się, że właścicielką Afrodyty była Małgorzata Świątczak. Nie zdążył powiadomić jej o zajściu, ale z pewnością się już o tym dowiedziała”. — Brak przecinka przed „i kazał”. Cały akapit piszesz o Adrianie, a nagle wyskakujesz ze zdaniem: „Dowiedziała się, że właścicielką „Afrodyty” była Małgorzata Świątczak”. Jasne, napisałaś wcześniej imię Basi, ale to nic nie zmienia. Podmiotem w tym akapicie cały czas był tancerz, więc nagła wstawka o Basi nie prezentuje się najlepiej. Potem wracasz do niego, ale tylko po to, żeby od następnego akapitu pisać o Basi. Tyle, że nie wspominasz jej z imienia, a ostatnią kobietą była Małgorzata, więc właściwie nie wiadomo, o kim mówisz.
„Kobiety były zaskoczone wiadomością o śmierci tancerza, nie mogły uwierzyć w ten zbieg okoliczności. Oznajmiła dziewczynom, żeby poszły do domu. Magda była trochę smutna z tego powodu, myślała, że dotrwają w klubie aż do rana. Basia pocieszyła ją, mówiąc, że w przyszłości będzie miała co opowiadać swoim dzieciom”. — Nie możesz używać Basi jako podmiotu domyślnego gdziekolwiek, gdzie ci się podoba. Podmiot domyślny wynika najczęściej z poprzedniego zdania lub akapitu, a nie założenia, że jeśli nie wiadomo, o kogo chodzi, to chodzi o główną bohaterkę. Śmierć jest „zbiegiem okoliczności”? Raczej kiepski dobór słów. Tak samo, jak to, że „Magda była trochę smutna”. Kurczę, ktoś umiera parę metrów od niej, a ona jest „trochę smutna”, bo nie może bawić się dalej? Serio?
„Poprosiła ochroniarza, by je wypuścił. Wiedziała, że one nie dokonały zabójstwa, lecz napisała w swoim notesie ich nazwiska, by spisać je do wstępnego raportu. Musiała się trzymać procedur”. — „Zapisała”. Zastanawiam się, czy naprawdę znasz te procedury i wiesz, co Basia powinna robić w takiej sytuacji, czy tylko tak napisałaś.
„Basia z ledwością powstrzymała się od śmiechu, widząc, jak niektóre kobiety mocno się chwiały, zanim usiadły na krześle”. — Ale zabawne, no kupa śmiechu. Nie ma co, profesjonalna ta twoja Basia. Zresztą, zachowuje się jakby sama przed chwilą nie piła w tym klubie.
„Kwadrans później wszyscy byli już na miejscu. (…) Rozmowa z nimi musiała być interesująca. (…) Cios w serce był bezbłędny, czuła, że za tym kryło się coś większego”.
„Jej partnerzy, komisarz Olszak i podkomisarz Jończyk, znaleźli się w klubie pięć minut po przyjechaniu techników”. — Bardzo zastanawia mnie, jak to jest z tymi partnerami, ale jakoś chyba nie umiem szukać. Z amerykańskich filmów (kiepskie źródło, zdaję sobie z tego sprawę) wiem, że tam ma się jednego partnera. W Polsce można mieć więcej?
„Szef Florczak był pięćdziesięcioletnim mężczyzną o niebieskich oczach. Miał czarne włosy, na których można było dostrzec już pierwsze oznaki siwizny, owalną twarz i lekko haczykowaty nos. Basia nigdy nie powiedziałaby, że mógłby mieć tyle lat, spokojnie dałaby mu czterdzieści. Olszak zawsze dbał o swoją sylwetkę. Codziennie biegał i chodził na siłownie, by nie stracić formy – siedzenie za biurkiem było dla niego jak więzienie. Natomiast podkomisarz Tomasz Jończyk to trzydziestoczteroletni mężczyzna o gęstych, czarnych włosach i zielonych oczach. Był wysportowany, wykorzystując każdy wolny czas na siłowni”. — Ojej, ale to jest... złe. Głupio tak mówić, ale to prawda. Brzmi jak notatka z „Trudnych Spraw” czy innych programów tego typu — „Tomasz Jończyk, policjant, 30 l. Często chodzi na siłownię.” I źle się to czyta, i mało to przydatne. Ten superdokładny wiek i wytłumaczenie, co robią w wolnym czasie. Na co to komu, co to wnosi w tej chwili? No i jeszcze na dokładkę przy Jończyku nagle zmieniłaś czas na teraźniejszy.
„– Niezła sukienka – powiedział na powitanie Tomasz, uśmiechając się do niej szeroko. Podkomisarz znany był również z dużego poczucia humoru”. — Zamiast wypisywać jego cechę, sam żart powinien wystarczyć. Masz wykreować bohatera, żeby był zabawny, a nie powiedzieć czytelnikowi: „to Tomasz, jest zabawny”.
„W gruncie rzeczy policjanci po raz pierwszy ujrzeli ją w sukience, bo w pracy zawsze nosiła spodnie. Nigdy nie było okazji, żeby pokazywać się na komisariacie w sukience”. — To raczej zrozumiałe, że Basia nie miała powodu, by paradować w pracy w sukience, więc nie widzę powodu, by to doprecyzowywać.
„– Popsuty wieczór, co? – rzekł Olszak, spoglądając na swoją podwładną ze współczuciem. Basia wzruszyła ramionami”. — Reakcja Basi powinna być w nowym akapicie.
„Nie znalazłem żadnych śladów walki ani żadnych naskórków pod paznokciami”. — Wiem, że to dialog, ale te „naskórki” jakoś kiepsko brzmią. Po prostu „naskórka”.

Rozdział 2.
Basię po przyjeździe do pracy czeka niespodzianka — otóż na komisariacie spotyka Roberta, który w dodatku okazuje się być synem Andrzeja. Ciekawy obrót spraw, nie powiem.
Znów pojawia się motyw ekspozycji, czyli tłumaczenia, co, jak i dlaczego, które rzuciło mi się w oczy po zakończonym dialogu Basi z szefem. Nie musisz opowiadać czytelnikom całej historii o tym, dlaczego bohaterka zwraca się do niego na „ty”, szczególnie że twoje wyjaśnienie nie jest ani specjalnie ciekawe, ani odkrywcze.
To samo pojawia się w historii z upominkiem na dzień kobiet. Najpierw powiedzenie w narracji, że Basia nie lubi kwiatów, a potem powtórzenie tego samego w dialogu jest przesadą — zdecydowanie wystarczy to drugie.
Ten motyw wraca, kiedy opowiadasz o prokuratorze. Najpierw mówisz o nim, kiedy policjanci omawiają podejrzanych, a potem na sam koniec rozdziału.
Natomiast cieszę się z faktu, że rozwijasz osobowość swojej protagonistki. To, że denerwuje ją bałagan, nie zostało zapomniane, a wręcz zintensyfikowane. Co prawda brzmi to trochę, jakby cierpiała na OCD, ale może i dobrze? W każdym razie mamy cechę, która Basię wyróżnia; wierzę, że o niej nie zapomnisz i na stałe wpiszesz w reakcje twojej bohaterki, utrudniając jej tym samym życie.

Uwagi:
„Basia wyłączyła go z niesmakiem, przeciągła się i przetarła oczy dłonią, próbując pozbyć się resztek snów”. — „Przeciągnęła się”. Nie bardzo podoba mi się ta metafora z resztkami snów, ale co kto woli.
Zabójcy naprawdę nie odpoczywali, pomyślała podirytowana”. — Wydaje mi się, że o wiele lepiej zabrzmiałoby to w czasie teraźniejszym, czyli „odpoczywają”. To myśli, więc można sobie pozwolić na zmianę.
„W pracy powinna być już dawno temu, lecz ze względu na to, że morderstwa dokonano nocą mogli przyjechać na komisariat później”. — Brakuje przecinka przed „mogli”. Poza tym, kto „mogli”? Basia i kto jeszcze?
Był małomówny, wciąż uciekał wzrokiem na zadawane przez nią pytania i zauważyła, jak mężczyzna podpisywał się na dokumencie lewą ręką, a ze wstępnych badań Długosza wynikało, że zabójca był mańkutem”. — Myślę, że „uciekał wzrokiem, kiedy zadawała mu pytanie” brzmiałoby lepiej. Przydałoby się też pozbyć tego „mężczyzny”, bo tylko wprowadza zamieszanie.
„Choć żaden z jej partnerów nie zdzwonił, więc możliwe było, że wzięli pod uwagę fakt, że dzisiejszej nocy spała o wiele krócej od nich”. — „Zadzwonił”.
„Z początku myślała, że musiał to być zwykły przypadek, przecież mógł zostać świadkiem jakiegoś przestępstwa. Myśl okazała się błędna, ponieważ gdy mężczyzna odsłonił lekko kurtkę, dostrzegła broń i odznakę”.
„Mimo tego, że widziała tylko jego lewy profil, doskonale wiedziała, że to Robert, z którym przespała się tydzień temu. (…) „Wiedziała jedno – musiał być tutaj nowy, bo nie spotykała go na korytarzu czy też w sali konferencyjnej. // Wkrótce Robert napotkał jej spojrzenie. Po wyrazie jego twarzy wywnioskowała, że był zaskoczony widząc ją tutaj. Jednakże po chwili wyluzował i uśmiechnął się do niej szeroko. // – Nie sądziłem, że jeszcze cię spotkam – odezwał się pierwszy, wyraźnie rozbawiony całą sytuacją”. — Brak przecinka przed „widząc” oraz niepotrzebny kolokwializm.
„Pożegnał się z ojcem i wszedł do windy z wielkim uśmiechem na twarzy. Poczuła ulgę, widząc, jak drzwi windy zamknęły się”.
„Zanim jednak dotarła do dzbanka, spostrzegła na jej biurku, które znajdował się obok stanowiska Tomka, fioletowego kwiatka w doniczce owiniętego czerwoną wstążką”. — „Znajdowało się”. Byłabym skłonna uwierzyć, że to doniczka była owinięta wstążką, a nie sam kwiatek, który mógłby się przez to łatwo uszkodzić, ale też trudno mi sobie wyobrazić, co chciałaś dokładnie tutaj opisać, więc może masz na myśli po prostu podwiązane łodyżki tej rośliny. W każdym razie trzeba to jakoś poprawić.
„– Wiemy, że nie lubisz kwiatów, więc od nas na dzień kobiet dostaniesz to – powiedział wesoło Tomek, wyciągając za pleców butelkę czerwonego wina, ozdobioną czerwoną kokardą”. — „Zza”.
„– Och, panowie, dziękuję – rzekła wzruszona, przyjmując podarunek z wielkim zadowoleniem. Ten prezent był o ciekawszy od kwiatka w doniczce”. — „O wiele ciekawszy”?
„– A teraz do rzeczy, trzeba zająć się sprawą Daniela Jabłońskiego – westchnął Olszak, podchodząc do białej tablicy, która stała tuż obok jego biurka, znajdujący się naprzeciwko ich stanowisk”. — Przez źle odmienioną końcówkę trudno się zorientować, czy masz na myśli biurko, czy może tablicę.
„Zawiesił na niej po środku zdjęcie denata”. — „Pośrodku”.
„– Rozmawiałem z Małgorzatą Świątczak, właścicielką klubu – powiedział, pisząc jej nazwisko na tablicy obok zdjęcia ofiary”. — Przez wcześniejszy akapit przez chwilę byłam zdezorientowana tym, kto się odezwał. Przydałoby się zaznaczyć, że wciąż wypowiada się Olszak.
„– Sugeruję na początku zająć się barmanem, ta lewa ręka, trzeba to sprawdzić – rzekł, kreśląc nazwisko podejrzanego w kółko”. — Tutaj sytuacja się powtarza, bo w scenie mamy dwóch mężczyzn. Teoretycznie można by wykluczyć Jończyka, bo wypowiadał się linijkę wcześniej, ale lepiej nie pozostawiać wątpliwości.

Rozdział 3.
W tym rozdziale zaskoczyła mnie dość duża ilość literówek i złej odmiany wyrazów. We wcześniejszych nie występowało to w takim natężeniu.
Wreszcie tak naprawdę przechodzimy do śledztwa i poznajemy pierwszego podejrzanego — Filipa, ale od samego początku nie pasuje on na sprawcę. Uwagę policjantów zwraca za to inna podejrzana i w tym przypadku początkowo rzeczywiście można pomyśleć, że to ona stoi za sprawą morderstwa, ale jak dla mnie wydaje się to za proste na rozwiązanie tej zagadki.
Poza tym nie dzieje się za wiele. Nic specjalnie emocjonującego, głównie rutynowe działania policji, ale wiadomo, że rozdziały spokojniejsze i takie bardziej przejściowe również są potrzebne.
Jak na razie też żaden z bohaterów pobocznych nie wydał mi się charakterystyczny, więc mam nadzieję, że w przyszłości to się zmieni.

Uwagi:
Na środku stał czarny, drewniany stół z dwoma krzesłami ustawionymi równolegle do siebie. Na jednej ze ścian było weneckie lustro, skąd Basia mogła śledzić zachowanie podejrzanego z pokoju obserwacyjnego, a w górnych kątach zostały zainstalowane kamery”. — Zamiast „było” można by użyć bardziej pasującego „wisiało”. No i jakoś nie widzę tego „czarnego, drewnianego stołu”. Może i być czarny, ale z prawdziwym drewnem raczej nie miałby za wiele wspólnego. Chyba że ktoś był bardzo zdesperowany i zamalował stół czarną farbą.
„Filip Sobczyk był trzydziestodwuletnim mężczyzną o niebieskich oczach oraz blond włosach. Był bardzo dobrze zbudowany i przystojny – z pewnością nie odpędzał się od kobiet, pomyślała Florczak”. — Mówi się „opędzać”.
„Wkrótce do pomieszczenia wszedł sierżant Dawid Szymczyk. Mężczyzna miał czarne jak smoła włosy, które były w nieładzie - zastanawiała się, czy on w ogóle wiedział, do czego służyła szczotka do włosów. Ubrany był w czarne, sprane spodnie oraz bawełniany, szary sweter”. — Zaplątał ci się dywiz. Nie wrzucaj nagle spostrzeżeń Basi w środek opisu Szymczyka w ten sposób. Musisz zaznaczyć, że to myśli Basi, zamiast używać podmiotu domyślnego.  
„Z Szymczykiem i tak miała same kłopoty, nie mogła z nim znaleźć nic porozumienia”. — Podzieliłabym to zdanie na dwa, a poza tym „nie mogła z nim nawiązać nici porozumienia”.
„– Sobczyk kręcił Daniela Jabłońskiego podczas występów. Ma z nim sporo nagrań. Ten koleś jest… // – Nie kończ! – przerwała mu stanowczo. Basia domyśliła się, o co mu chodziło. Wszystko wskazywało na to, że barman był homoseksualistą”. — Kurczę, to ja jestem bardzo niedomyślna, bo nie skojarzyłam tego. Myślałam, że Szymczykowi chodzi po prostu o nagrania tańca erotycznego, które przecież mógł mieć w mieszkaniu w różnych celach.
„Florczak nie lubiła osób, którzy nie mali za grosz tolerancji”. — „Które nie miały”, bo „te osoby”.
„Przez chwilę milczała, by uzupełnić formularz z przesłuchania podstawowymi danymi. // Po chwili podejrzany odezwał się”.
„Istniała taka możliwość, jeśli Filipowi zaczęło przeszkadzać to, że wciąż sypiał z bogatymi kobietami, a jego traktował jak ławkę rezerwową”. — Nie bardzo rozumiem, co w tym kontekście znaczy „ławka rezerwowa”. „To” można usunąć.
„Powiedział, że nie może mi na razie zdradzić kim ona jest”. — Brakuje przecinka przed „kim”.
„Oczywiście nie mówię tutaj o orientację, bo z tym się urywał jak ja, tylko o tym, że zmieniał kobiety z bogatszych na bogatsze”. — „Orientacji”, „ukrywał”. Więcej sensu miałoby „z bogatych na bogatsze” albo zwyczajnie „na coraz bogatsze”.
„Ciekawił ją fakt, czy to dobre geny, czy może to jednak dzięki operacją plastycznym tak dobrze wyglądała”. — „Operacjom”. Warto zaznaczyć, że to Basia tak pomyślała, bo wszystkie poprzednie zdania w akapicie mówiły o Małgorzacie.
„Świątczak nie żałowała sobie pieniędzy, skoro prowadziła dobrze zarabiający się klub, a do tego miało się ojca polityka”. — Usunęłabym „się” oraz zmieniła „miało się” na „miała”, bo wciąż Basia mówi o Małgorzacie.
Była jedynaczką, więc pewnie ojciec kobiety zrobiłby wszystko dla swojej córki. Miała nadzieję, że nie będzie żadnych trudności podczas jej przesłuchania”. — Ale pokręciłaś — w jednym zdaniu użyłaś aż trzech różnych określeń na jedną bohaterkę. Wystarczyłoby napisać „Była jedynaczką, więc pewnie ojciec zrobiłby dla niej wszystko”. Jeżeli jednak bardzo zależałoby ci na uniknięciu powtórzenia „jej/niej”, nie widzę innej opcji niż przepisanie obu zdań od nowa.  
„Drogi sprzęt, meble i perfumy, z pewnością nie kupił tego wszystkiego za pensję tancerza – zawdzięczał te rzeczy dzięki sponsorkom”. — Usunęłabym „dzięki”.
„Wiedzieli, że był to teraz najtrudniejszy moment w pracy policjanta: patrzeć na łzy bliskich ich ofiary”. — Usunęłabym „ich”, jakoś przywodzi nieprzyjemne skojarzenia, jakoby ofiara była ich — policjantów, dlatego, że to oni ją zabili.
„Matka Daniela natomiast była drobną kobietą o brązowych oczach i włosach. (…) Dowiedzenie się o śmierci jedynego syna musiało być dla nich wielką katorgą”. — Lepiej brzmiałoby „Informacja o śmierci jedynego syna musiała być dla nich wielką katorgą”.
„Mimo tego, że Florczak od lat była przyzwyczajona chodzić do prosektorium, to i tak za każdym razem czuła to zimno przeszywające jej kręgosłup”.
„Im szybciej Jabłońscy zidentyfikują ciało, tym lepiej. Patolog uniósł materiał do góry, ukazując ciało tancerza”. — To trochę dziwne, że pozwolili policjantom oglądać inne zwłoki w tym samym czasie, kiedy rodzice Daniela mieli zidentyfikować ciało syna.
„Zadzwoń do mnie – poprosił, wkładając do jej dłoni zwinek papieru i patrząc głęboko w oczy”. — „Zwitek”.
„Poczuła przyjemny dreszcz na plecach, gdy ich palce na chwilę się połączyły. (…) Mężczyzna spojrzał na nią tajemniczo”.
„– Najlepiej będzie jeśli Robert sam ci o tym powie – odparła po krótkiej ciszy”. — Brakuje przecinka przed „jeśli”. „Chwili”.
„Nie była wstanie powiedzieć szefowi, że przespała się z jego synem. Dla Roberta opowiedzenie o tym będzie o wiele łatwiej, w końcu bawiła go ta cała sytuacja”. — „Robertowi będzie łatwiej o tym opowiedzieć”.
„Unikał nas po tym jak… – urwał, nie wiedząc jakich użyć słów. Basia domyśliła się, że chodziło tu o jego orientację seksualną”. — Brakuje przecinka przed „jakich”. Wydaje mi się, że za bardzo zwracasz uwagę na orientację Daniela. Najpierw od razu Basia orientuje się, że mógł być gejem, zanim jeszcze Szymczyk cokolwiek powiedział, potem wspomniała o tym w rozmowie z Filipem, a teraz tutaj. Przecież ojciec Daniela mógł mówić o czymś innym, ale Basia uparcie ciągle zakłada, że chodzi akurat o tę kwestię. Brzmi to trochę tak, jakby mówiła akurat o tym dlatego, że ty wiesz, że taka jest prawda. Nawet jeżeli ma brata, który jest homoseksualistą, nie powinna automatycznie łączyć każdej niedopowiedzianej rzeczy z tego typu konkluzjami.
„Chciałam wiedzieć, co u niego, dlatego poprosiłam go, żeby odzywał się od czas do czasu”. — „Czasu”.
„– Dzieci nie powinni umierać przed rodzicami – usłyszeli jeszcze głos pani Jabłońskiej”. — „Powinny”.
„Nie każda sprawa się rozwiązywała, dlatego na tym etapie śledztwa tylko to mógł powiedzieć rodzicom zmarłego”. — Brzmi to trochę tak, jakby sprawy same się rozwiązywały. Zmieniłabym to zdanie na coś w rodzaju „nie każdą sprawę można było rozwiązać”.
„Basia zaczęła rozmyślać nad słowami Daniela, jakie powiedział do matki. Wszystko wskazywało no to, że mężczyzna obawiał się śmierci”. — Znów kombinujesz: „Basia zaczęła rozmyślać nad słowami Daniela skierowanymi do matki”, a poza tym „na”.

Rozdział 4.
Policjanci rozmyślają nad motywem zbrodni i tak oto pani Małgorzata Świątczak znajduje się w świetle reflektorów. Nie jest zbyt interesującą postacią, ale przynajmniej podsuwa śledczym nowy trop.
Za to kolacja Basi u Roberta już wzbudziła moje zainteresowanie. Ciekawie to rozegrałaś, opowiadając ich historie o dołączeniu do policji, i ucięłaś w takim momencie, że na pewno wszyscy chcieliby dowiedzieć się, co było dalej.

Uwagi:
„– Może pani Świątczak będzie wiedziała – podsunęła myśl Basia”. — Usuń „myśl”.
„Jeśli kobieta źle przyjęła zerwanie, mogła dowiedzieć się z kim spotykał się Daniel”. — Brakuje przecinka przed „z kim”.
„Z szuflady wyjął zapakowany w folę sweter”. — „Folię”.
„Widnieje na niej krew Jabłońskiego”. — „Na nim”, bo „na swetrze”.
­”– Wie pani z kim ostatnio spotykał się Daniel?” — Brakuje przecinka przed „z kim”, bo wprowadza zdanie złożone podrzędnie.
„To był też pretekst do tego, by dowiedzieć się, czy kobieta była leworęczna”.
„Świątczak jednak złapała długopis do prawej ręki”. — „W prawą rękę”.
„– A Daniel nigdy by z panią nie był  – oznajmił Olszak na koniec. – Był gejem. Sypiał z bogatymi kobietami, żeby tylko zarobić. // Andrzej opuścił pomieszczenie, zostawiając Świątczak całkowicie wyprowadzoną z równowagi”. — To było celowe działanie? Powiedz mi, że tak, bo inaczej uznam Olszaka za bardzo nieprofesjonalnego policjanta. Takie wyrażenie było zupełnie nie na miejscu.
„– Paweł Kwiatkowski, tancerz, z którym wcześniej rozmawiał Tomek, został rany w brzuch – oznajmił”. — „Ranny”.
„Pół godziny później znaleźli się przy ulicy Mikołowskiej. Na miejscu znaleźli się także technicy, którzy zabezpieczali ślady w mieszkaniu Pawła Kwiatkowskiego”.
„Mężczyzna jednak nie chciał niczego mówić przez komórkę – chciał powiedzieć policjantowi co widział tamtego wieczora osobiście”. — Brakuje przecinka przed „co” i „osobiście” — to wtrącenie.
„Policjanci postanowili, że poczekają na wiadomość o stanie zdrowia Kwiatkowskiego na komisariacie”.
„Tomek nie chciał odebrać, więc uczyniła to Basia”. — „Uczyniła” wydaje się nie pasować do reszty, jest zbyt podniosłe.
Zabójstwo Daniela dokonano tuż pod moim nosem”. — „Zabójstwa”.
„Florczak wiedziała, że w głębi duszy i tak będzie miał do siebie wyrzuty sumienia za to co się stało”. — Brakuje przecinka przed „co”.
„Zrobiło się chłodno, wiał wiatr, więc zasunęła kurtkę pod samą szyję”. — „Zasunęła zamek kurtki” albo też „zapięła kurtkę”.
„Chciała zadzwonić do Roberta, spytać się, czy też miał wolny wieczór, ale zauważyła go przy samochodzie Andrzeja”. — „Spytać”. Nie pytała w końcu siebie, tylko Roberta.
„Dzisiaj w ogóle zapomniała o jedzeniu, zjadła tylko porcję słonych paluszków i wypiła dwie kawy.” — Rozdzieliłabym to na dwa zdania.
„Blok znajdował się parę ulic dalej, w pobliżu znajdowała się szkoła średnia imienia Mikołaja Kopernika”. — Naprawdę nie mam pojęcia, po co mi ta informacja. Może być użyteczna dla osób znających Katowice, ale dla całej reszty już nie. Plus nie rozumiem, dlaczego uznałaś, że pisanie tego wszystkiego w jednym zdaniu to dobry pomysł: od „w pobliżu” z powodzeniem mogłoby się zaczynać drugie.
„Mieszkanie mężczyzny było skromnie urządzone, ponieważ wprowadził się tutaj niedawno. Kuchnia była połączona z pokojem, w którym znajdowała się tylko mała komoda i materac, nic więcej”.
„Basia ucieszyła się, że chociaż w kuchni znajdował się stół ze czterema krzesłami po bokach”. — „Z”. Wydaje mi się, że można pozbyć się „po bokach” bez żadnej szkody.
„Chciała pomóc mężczyźnie przy daniu, lecz Robert kazał jej siedzieć i pić herbatę, którą zrobił od razu, kiedy weszli do mieszkania. Basia z wielkim zainteresowaniem przyglądała się mu, jak buszował po kuchni – widok mężczyzny robiącego kolację był bezcenne. // Basia od razu chwyciła za widelec i nóż. Przez chwilę delektowała się daniem”. — „Bezcenny”.
„– Od dziecka lubiłem spędzać w kuchni”. — Spędzać „czas”?
„Bo widzisz, policjant, który prowadzi śledztwo, jest konsystencją postawy właściwego rodzaju ludzkiemu”. — Pomijając już kwestię złej odmiany końcówek, nie bardzo rozumiem, co ma znaczyć to zdanie. Znaczy się, mam mgliste pojęcie, co chciałaś tutaj osiągnąć, jednak efekt końcowy jest straszny: bardzo przekombinowany i, w głównej mierze, zwyczajnie niezrozumiały. Zdanie leci do całkowitej poprawki, bo nie wygląda na to, żebyś w zamierzeniu stworzyła takiego potworka. Robert nie pasuje na kogoś, kto nie wie, co mówi.
„Zresztą, ledwo się znali – jedna spontaniczna noc niczego nie zmieni”. — „Zmieniała”.
„– Masz ochotę na wino? – spytał się, gdy położył puste talerze do zlewu”. — „Spytał”, „włożył”.
„Robert usiadł po jej prawej stronie, od razu poczuła, że się czerwieni”. — Zrobiłabym z tego osobne zdania.
„Jego uśmiech wciąż nie schodził z twarzy”. — „Uśmiech wciąż nie schodził mu z twarzy.”

Rozdział 5.
Zaczyna się w tym samym miejscu, gdzie kończył poprzedni. Muszę przyznać, że chyba już zawsze, gdy pojawi się Robert, będę go sobie wyobrażać z przyklejonym na stałe szerokim uśmiechem — tak często się szczerzy.
Sama scena erotyczna utrzymuje poziom reszty narracji, bez szału, ale nie jest źle. Zdziwiłam się za to tym, że Basia tak szybko po wszystkim przerzuciła się na sprawy służbowe. To chyba niezbyt nastrojowe.
Po tym, jak Basia przypadkowo słyszy znajome nazwisko w radiu, wpada na nowe powiązanie w jej sprawie. Okazuje się, że w grę może wchodzić mafia. Podoba mi się, że postanowiłaś zamotać i dodać nowych podejrzanych. To o wiele bardziej komplikuje śledztwo i sprawia, że czytelnicy mają więcej możliwości do rozważenia. Napięcie podnoszą też tajemnicze zdjęcia. Zaczyna robić się ciekawie.

Uwagi:
Na jego wargach wyczuła jeszcze posmak winogronowego trunku. Usiadła mu okrakiem na kolanach i ujęła jego ramiona, a dłonie mężczyzny powędrowały pod jej bluzkę – westchnęła, gdy poczuła na plecach jego dotyk, przez jej kręgosłup przeszły przyjemne dreszcze”.
„Po chwili wstał z krzesła, objęła mężczyznę nogami w pasie, po czym zaniósł ją do pokoju”. — Ale się to podziało. Najpierw za podmiot miałaś Roberta, potem przeskoczyłaś do Basi i skończyłaś znowu na Robercie.
„Ułożył wygodnie na materacu i jednym ruchem ciągnął jej spodnie, zostawiając Basię w samej bieliźnie”. — „Ściągnął”.
„Jego wargi wędrowały po jej szyi, obojczyku, a potem piersiach, gdy tylko zdjął biustonosz”. — Nie mogę przestać widzieć, jak Robert ściąga z siebie biustonosz.
„Nie mogąc się powstrzymać, dotknęła dłońmi jego nagich pleców, by później zniżyć się coraz niżej, docierając do jego pośladków. (…) Usta Roberta zniżały się, docierając do brzucha oraz ud, wtedy pozbył się jej fig”. — „Zniżać się coraz niżej” — to nie brzmi zbyt dobrze, wręcz jak pleonazm. Zmieniłaś podmioty: najpierw są to „usta”, a potem „on”. A tak w ogóle, co to za moda na części ciała przejmujące kontrolę nad bohaterami? To usta się „zniżają”, to wargi „wędrują” i tak do znudzenia.
„Przez chwilę wpatrywali sobie w oczy, nie wypowiadając żadnego słowa. // Po chwili Basia przerwała ciszę, pytając go nad jaką sprawą pracował jego zespół. Z tego co się dowiedziała, oprócz Marka Białeckiego, pracował jeszcze z podkomisarz Adą Rogowską. Przez godzinę zaczęli rozmawiać o swojej pracy”. — „Wpatrywali się sobie”. Brakuje przecinka przed „nad” i „co”.
„Potem zaczęli rozmawiać już na inne tematy, o wiele bardziej przyjemniejsze, przy których śmiali się do rozpuku. Basia nie mogła uwierzyć w to, że znalazła z młodym Olszakiem tyle wspólnych tematów i że mieli podobne upodobania”. — Albo jest „przyjemniejsze”, albo „bardziej przyjemne”. Zdecydowanie wolałabym w tym miejscu dialog, a nie suche streszczenie, bo na razie trudno mi uwierzyć w to, o czym zapewnia mnie narrator. Robert jest dla czytelnika praktycznie obcy, więc aż żal omijać taką okazję do przybliżenia jego postać.
„Weszli pod prysznic, a po chwili ciepła woda spływała po ich nagich ciałach. Robert zaczął namiętnie ją całować, dotykając dłońmi jej ciała”.
„Ich pocałunki stały się coraz to bardziej natarczywe, chcąc jak najszybciej dostać to, czego pragnęli obydwoje”. — „Stawały się”. Upersonifikowane pocałunki, tego jeszcze nie widziałam.
„Niebawem krzyknęli rozkosznie...” — Przepraszam, ale okropnie mnie to bawi, bo słowo „rozkosznie” zawsze kojarzyło mi się z niemowlakami. Nie mówię, że nie można go używać w tym kontekście, ale w moim przypadku dało skutek odwrotny od zamierzonego. „Z rozkoszy” natomiast już dziwnych skojarzeń nie przywodzi, więc polecałabym używać go w zastępstwie.
„Po chwili jej nogi z powrotem znalazły się na kafelkach. Wciąż patrzyli na siebie intensywnie, wsłuchując się w dźwięk kapiącej wody, która głaskała ich nagie ciała. Wzrok Basi stanął na bliźnie. (…) Czuła, jak dłonie mężczyzny głaskały jej włosy”. — Lepiej byłoby „spoczął”.
„Nie mogąc się powstrzymać, dotknęła dłonią w to miejsce”. — „Tego miejsca”.
„Odebrał połączenie, przez chwilę słuchając rozmówcę z uwagą”. — „Rozmówcy”.
„Klucze od domu są w misce. – Mężczyzna wskazał na komodę, na której znajdowała się wspomniana wcześniej rzecz”. — Ojć, taki opis brzmi okropnie. Lepiej po prostu uciąć zdanie po „komodę”, czytelnik bez przeszkód zrozumie, dlaczego Robert wskazał na tamto miejsce.
„Chciała, by w końcu coś ruszyło miejsca, chociażby w sprawie laptopa Daniela lub bilingów jego rozmów telefonicznych”. — „Z miejsca”.
Za niedługo miała być ósma, wiec liczyła na jakieś wiadomości. // Wkrótce piosenka przestała grać, a redaktor zapraszał na poranne wiadomości”. — „Więc”. Po prostu „niedługo”.
„Po chwili usłyszała znajome nazwisko, więc podeszła do radia i zgłośniła regulator”. — Obawiam się, że regulatora się nie „zgłaśnia”, co najwyżej sam odbiornik.
„Basia wyłączyła radio i położyła mokre talerze do suszarki”. — „Położyła na suszarkę” albo „włożyła do suszarki”.
„Wiedziała, że nazwisko Spychała coś jej mówiło i nie przesłyszała się. Miała nadzieję, że to nie był przypadek z nazwiskami i kryło się jakieś powiązanie z tym, że Małgorzata Świątczak podejrzewała niejaką Elżbietę Spychałę. (…) A może to jednak tylko zbieżność nazwisk?” — Mówi się „istniało powiązanie” albo „krył się związek”.
„Musiała to jak najszybciej sprawdzić, nie chciała niczego pominąć, skoro znalazła trop. // Kiedy znalazła się na komisariacie, w drodze do biura spotkała sierżanta Szymczyka”.
Czy naprawdę był na tyle zapracowanym policjantem, że nie miał czasu nawet na szybki prysznic? – pomyślała krzywo”. — A da się myśleć krzywo?
„Chciała udzielić mu kilka wskazówek o higienie osobistej, lecz ten nie dał jej dojść do słowa”. — W ogóle tego nie odczułam. Szymczyk przed tym cytatem nic nie mówi, a po nim tylko jedno zdanie. Basia i tak przekazuje mu bez większych przeszkód to, co chciała.
„W biurze nie było ani Olszaka, ani Jończyka. Doszła do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli najpierw sprawdzi, czy Elżbieta Spychała rzeczywiście była jakąś rodziną dla pana prokuratora, a dopiero potem zadzwoni do komisarza, gdyby ten nie zjawił się jeszcze na komisariacie”.
„Więc jaką odgrywał tutaj rolę w tym wszystkim Daniel?” — „Więc jaką rolę odgrywał w tym wszystkim Daniel?” brzmiałoby mniej poplątanie.
„Żona prokuratora chodziła do nocnego klubu ze striptizem i prawdopodobnie miała romans z tancerzem, a jej mąż sprzedawał akta mafii, których rzekomo chciał zamknąć. (…) Wszystkie nitki prowadziły do mafii, tylko co by tancerz miał wspólnego z gangsterami? Przecież nigdy nie był notowany. Musiała jednak wziąć pod uwagę fakt, że Daniel obawiał się śmierci, a cios w serce był bezbłędny, zatem osoba z mafii wchodziła tutaj w grę”. —  „Mafia”, więc „którą”. Możesz też dodać przed „mafii” wyraz „członkowi”.
„– W coś ty się wpakował, Danielu Jabłoński? – wypowiedziała słowa na głos, starając się jeszcze coś wymyśleć, znaleźć jakiś nowy trop”. — „Wymyślić”.
„– Tak, sprawdziłam i okazuje się, że Elżbieta była jego żoną”. — A nie powinno być „jest”? Nigdzie nie wspominałaś, żeby byli po rozwodzie.
„Basia powiedziała Olszakowi o swoich przypuszczeniach, że prawdopodobnie ich ofiara wplątała się w porachunki mafioskie”. — „Mafijne”.
Ciesz się tymi czterema tysiącami póki możesz”. — Brakuje przecinka przed „póki”.

Rozdział 6.
Rozdział zaczynasz opisaniem kawałka przeszłości Basi, racząc czytelnika bardzo dosłownym backstory. Nie jest tak źle, bo znajdujesz do tego nawet pasujący pretekst, ale o wiele bardziej wolałabym, gdybyś przekazała te informacje w inny, mniej oczywisty sposób — posługując się dialogiem bądź tylko sugerując pewne rzeczy tym, co robi albo myśli Basia.
Opis posiadłości Spychałów mógłby być bardziej rozbudowany — szczególnie ogrodu, o którym wspominała protagonistka, bo trudno wyobrazić sobie tamto miejsce. Zastanawiające jest jednak to, że bohaterka przecież nie lubi kwiatów, a stwierdziła, że ogród wyglądałby pięknie latem. Kwestia niewystarczającego opisu tyczy się samej Elżbiety oraz wnętrza salonu — co prawda wymieniasz umeblowanie, ale jest bardzo ogólne przedstawienie — każdy czytelnik może zobaczyć je inaczej, a i tak będzie to raczej puste miejsce.
Często piszesz w liczbie mnogiej — „omijali”, „postanowili” itd., mówiąc o Basi i jej partnerach. Z tym, że nie zawsze wiadomo, kto tak naprawdę jest wtedy obecny. Nieco to mylące.
Co do samego przesłuchania, nie dzieje się tu za wiele — dziwi mnie jednak to, że Elżbieta tak łatwo przyznaje się do romansu z Danielem. Ale może obecność policji tak na nią zadziałała.
Zastanawiam się, po co cała trójka była obecna w rozmowie z Filipem, jeżeli cały czas rozmawiał tylko z Basią. To wydaje się niepotrzebne.
Dość męczący jest sposób, w jaki przedstawiasz kolejnych bohaterów. Ciągle powtarzasz ten sam schemat — ktoś pojawia się na horyzoncie, a ty od razu rzucasz regułkę z dokładnym wiekiem, kolorem włosów, oczu i rodzajem noszonego ubrania, czasem dorzucając zdanie o zajęciu danej osoby. Coś takiego bardzo szybko nudzi się czytelnikowi, który może mieć dodatkowo uznać, że chcesz jak najszybciej załatwić deskrypcję i przejść z fabułą dalej. Wbrew pozorom warto poświęcić na to więcej czasu, jeżeli akcja nie wymaga szybkości. Opisywanie nie polega na tworzeniu streszczeń ani tym bardziej reportaży. Masz zaciekawić odbiorcę, wręcz przenieść go prosto do swoich bohaterów i miejsc, w których przebywają. Masz sprawić, by doświadczył tego wszystkimi zmysłami, dlatego powinnaś przestać opierać się jedynie na wrażeniach wizualnych i postawić na większą różnorodność.

Uwagi:
„Elżbieta Spychała mieszkała na Podlesiu - jednej z południowych dzielnic Katowic, gdzie znajdowały się domy jednorodzinne. Niedaleko też mieszkał brat Basi. (…) Od razu wróciła pamięcią do czasów, kiedy mieszkała jeszcze w Końskich. (…) Artur Florczak był najmłodszy z trójki rodzeństwa – ciotka Anna mieszkała w Niemczech, a wuj Krzysztof w Warszawie, więc dom został całkowicie przepisany na niego. — Zaplątany dywiz zamiast myślnika. Uważam też, że opis Podlesia jest nieco zbyt reportażowy — brak w nim odniesienia do czegokolwiek i właściwie jest, bo jest, bez większego powodu.
„Florczak uśmiechnęła się lekko, gdy w ciszy omijali zabudowania, bez żadnego hałasu na drogach”. — „Mijali”, bo „omijali” sugeruje, jakby musieli te zabudowania, no cóż, omijać, a nie przejeżdżać zwyczajnie obok. Ostatnia część zdania jest niepotrzebna, bo powtarza informację ze środka.
„Wciąż pamiętała to rześkie powietrze, kołyszące się drzewa, które otaczały dom, a nawet dźwięk maszyny, który ciął drewna z pobliskiego tartaku”. — „Maszyna”, więc „która cięła” i „drewno”.
„Jak pomagała mu ciąć drewno na opał lub ogniska, na których znajdowała się cała jej rodzina, wówczas wszyscy wydawali jej się tacy szczęśliwi”. — Co prawda, z kontekstu można domyślić się, że chodzi o ogniska jako przyjęcia, ale brzmi to jednak dość niefortunnie — jakby cała rodzina Basi usiadła na ognisku. Przepisałabym to tak: „na które przyjeżdżała cała jej rodzina”, wtedy nie będzie wątpliwości.
„Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy jej ojciec popadł w alkoholizm. Pracował jako patolog, więc zawsze nosił do prosektorium piersiówkę”. — Ja rozumiem, że to może być trudna praca, ale tym zdaniem sugerujesz, że jeżeli ktoś jest patologiem, to po prostu tę piersiówkę ma, a to przecież nie jest standardowe wyposażenie fartucha. Ale, żeby nie było, że tylko się czepiam, podoba mi się, że wspomnienie o alkoholu w tym kontekście pojawiło się już w prologu.
„Basia kochała swojego ojca i nie wstydziła się, mówiąc, że była jego oczkiem w głowie. // Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy jej ojciec popadł w alkoholizm. (…) Basia nie umiała patrzeć, jak ojciec staczał się na dno. (…) Trzymała się twardo, by wysłuchiwać od osób kondolencje, w których wychwyciła tyle fałszywych zdań – przecież jej ojciec nie był porządnym człowiekiem, omal przez niego nie zginęła kobieta”. — Bardziej pasowałoby „wiele”.
„– Jesteśmy na miejscu – wyrwał ją z rozmyśleń głos Olszaka”. —  Na końcu zdania powinna być kropka i reakcja po myślniku dużą literą. Poza tym, zdanie lepiej brzmiałoby napisane odwrotnie: „Głos Olszaka wyrwał ją z rozmyślań”.
„Basia zorientowała się, że po jej policzku spłynęła łza, kiedy nawiedziły ją wspomnienia o ojcu. Szybko starła łzę, żeby Andrzej i Tomek nie spostrzegli jej smutku”.
„Budynek został wykonany z marmuru, pomalowany jasnym beżem i wyłożony ciemnobrązowymi dachówkami”. — Mam poważne wątpliwości, czy dom buduje się z marmuru, potem maluje farbą, a na koniec obkłada się całość dachówkami.
„Olszak chciał zadzwonić na domofon, lecz właścicielka posiadłości wyszła na zewnątrz i przywołała do siebie psa”. — Zadzwonić „domofonem”. W tym zdaniu pojawił się zbyt mocny skrót — lepiej byłoby jego treść rozpisać na dwa.
„– Chcemy porozmawiać o tym zdarzeniu, który miało miejsce w niedzielę”. — „Które”, „tym” jest zbędne.
„Zaprosiła ich do środka, od razu kierując ich do salonu”. — Możesz pierwsze „ich” zastąpić „policjantami” albo „funkcjonariuszami”.
„Jedno było zrobione podczas ślubu, a drugie na jakiejś wycieczce, możliwie, że na miesiącu miodowym. (…) Był starszy niż sobie to z początku wyobrażała, bo pani Spychała była jakieś dziesięć lat od niego młodsza. // Domyślała się, dlaczego kobieta wdała się w romans z młodszym mężczyzną. (…) Kiedy kobieta zaparzyła im herbatę, w końcu mogli porozmawiać o sprawie, która była dla nich istotna”. — Wydaje mi się, że Basia powinna zrobić rozpoznanie, zanim pojechała do Spychałów, i dowiedzieć się, jak wyglądają.
„– Byłam w tym klubie tylko raz – zaczęła opowiadać. Basia z ledwością powstrzymała się od westchnięcia. Pierwsze zdanie, a już kłamała”. — Kiedy pojawiają się spostrzeżenia Basi po wypowiedzi kogoś innego, trzeba przenieść je do nowego akapitu.
„– Proszę nam powiedzieć co łączyło panią z Danielem – odezwał się po krótkiej ciszy Tomek”. — Brak przecinka przed „co”.
„Olszak podał Sobczykowi dokument, by przeczytał obie wiadomości. Westchnął, lekko marszcząc dłonią brew, gdy tylko je przeczytał. Był całkowicie zaskoczony”. — Po pierwsze, „marszczenie dłonią brwi” brzmi dość dziwnie, może mogłabyś to zmienić na „pocierając w zamyśleniu czoło”, a po drugie, oczywiście, że musiał zrobić to „lekko”, jakżeby inaczej. Poza tym w pierwszym zdaniu podmiotem jest Olszak, więc decydowanie się na podmiot domyślny dalej nie jest dobrym rozwiązaniem, jeżeli chcesz powiedzieć, jak zareagował Filip.
„– A jak się spotkaliście, to wydawał się czymś zmartwionym?” – zapytał go Tomek. — „Zmartwiony”.
„– Nie – zaprzeczył. – Tryskał radością. Miałem przed sobą typowego Daniela. // Filip oparł łokcie na biurku i dłoniom przeczesał swoje włosy”. — „Dłonią” albo „dłońmi”. Cały czas wypowiadał się Filip, więc nie ma potrzeby, aby drugie zdanie było w nowym akapicie.
„– Wszystko w porządku? – spytała Basia. Filip potrząsnął głową”. — Tutaj natomiast reakcja Filipa musi być w nowym akapicie.
„– A Paweł? – zapytał się”. — „Zapytał”.
„– Gdybyś chciał z kimś porozmawiać, to… – urwała, wyjmując z kieszeni kurtki swoją wizytówkę. – Zadzwoń. – Filip wziął kartkę z jej numerem i uśmiechnął się. – Mogę nie zawsze odebrać, widzisz jaką mam pracę, ale oddzwonię – zapewniła go”. — Tutaj też to, co robi Filip, musi być w nowym akapicie. Do tego przed „jaką” powinien znaleźć się przecinek.
„Kiedy zjawiła się na piątym piętrze, zauważyła na korytarzu Roberta”. — Żeby uniknąć powtórzenia, mogłabyś napisać coś w rodzaju: „zauważyła przechadzającego się po korytarzu Roberta”.
„Wspomnienia z ich upojnej noc sprawiło, że miała ochotę pocałować go przy wszystkich, lecz powstrzymała się w ostatnim momencie”. — „Nocy”, „sprawiły”.
Nie mogła na to poradzić, że wciąż czuła jego dotyk na skórze, jak jego wargi błądziły po jej nagim ciele”. — „Nic nie mogła na to poradzić”, „wargi błądzące”.
„Nigdy jeszcze nie doznała takich dreszczy, przy nim czuła się całkowicie odprężona i bezpieczna”. — To miała dreszcze, czy była odprężona?
„– Skąd taka pewność, czy zrobiłbyś mi wstyd? – zapytała wesoło, zwracając jego rzecz”. — „Że”, „narobiłabyś mi wstydu”.
„– Przyniosłem z sądu akta Rudego, by was zaznajomić w sprawę jaką prowadził Jan Spychała – uśmiechnął się Michał w stronę Florczak”. — Brakuje przecinka przed „jaką”. „Zaznajomić się ze sprawą” albo „wprowadzić w sprawę”.
„– Coś jest miedzy wami, że tak szepczecie sobie do ucha? – zapytał Broll, nie kryjąc przy tym cwanego uśmiechu. Florczak zignorowała pytanie Michała i zaczęła kierować się do biura. – Milczysz, więc z pewnością tak – zaśmiał się”. — „Między”, „skierowała”. Reakcja Basi powinna być w nowym akapicie.
„Nie zdziwiło to, że tak reagował na związki, bo sam był mężem Anny i ojcem dwuletniej Amelki, i raz miała okazję widzieć ich razem”. — „Jej”.
„Basia czasami zazdrościła mężczyźnie, że posiadał rodzinę, lecz nie mogła na to poradzić, że nie chciała wychodzić za mąż”. — Znów pojawia się ten sam błąd, to wyrażenie brzmi: „nie można nic na coś poradzić”.

Rozdział 7.
Nie bardzo wiem, co powiedzieć o tym rozdziale. Skupiał się w większości na rozmowach i stały się w nim tylko dwie rzeczy — odkrycie możliwego powiązania Daniela z mafią i wiadomość o ciąży. O ile to pierwsze ma związek ze śledztwem i cieszę się, że sprawa cały czas posuwa się do przodu, tak drugie to po prostu... dialog. Nieszczególnie porywający, ale i niespecjalnie zły.
Przy tej okazji przybliżasz kolejnego członka rodziny Florczaków — Kubę — który mało przypomina piętnastolatka. Swoim zachowaniem przywodzi na myśl bardziej dziesięciolatka, a słowami osobę dorosłą. Myślę, że warto byłoby do jego wypowiedzi wprowadzić więcej slangowych określeń.

Uwagi:
„Spychała to najlepszych prokurator jakiego miałem okazję poznać”. — Brak przecinka przed „jakiego”. „Najlepszy”.
„Zamykał sprawy jeden za drugim, nie popełniał błędów”. — „Jedna za drugą”.
„Nie sądzę, by i tym razem coś takiego zrobił”. — Jakim „i tym razem”? To sugeruje, jakby Spychała już wcześniej robił coś nielegalnego, ale nic takiego nie mówiłaś.
„Słowa Brolla potwierdziły fakt, że Spychała został w to wszystko wrobiony”. — Wyrzuciłabym z tego zdania słowo „fakt”, nikt jeszcze nie uniewinnił Spychały.
Domyśleli się, że mógł w tym wszystkim odgrywać kluczową rolę Daniel”. — „Domyślili się”. Tego „Daniela” przerzuciłabym najlepiej przed „mógł”.
„Niech cię szlag trafi Boże za tę awarię – dodał, wypowiadając te słowa bardziej do siebie niż do nich”. — Brak przecinka przed „Boże” i „za”. „Cię” powinno być dużą literą.
„Reszta także się zbliżyła, by zobaczyć, co udało się Czarneckiemu odzyskać za pliki”. — „(...)by zobaczyć, jakie pliki udało się odzyskać Czarneckiemu”.
„– Zastanawiałem się jakie hasło mógł wymyślić Daniel, ale okazało się to bardzo proste”. — Brak przecinka przed „jakie”.
„Łukasz poklikał na klawiszach kilkakrotnie i włączył na cały ekran slajdy zeskanowanych obrazów”. — „Kilkukrotnie”.
„– To teraz już wiemy, o jakie zdjęcia chodziło – westchnął Tomek. – Raczej do słodkich one nie należą”. — Obawiam się, że nie do końca rozumiem, co oznacza drugie zdanie. Chodzi o zdjęcie Adamczyka, które wcześniej oglądali, czy o jakieś zupełnie inne?
„Musieli poczekać na zgodę sędziego do rana, więc Basia postanowiła, że wykorzysta ten wolny czas na zobaczenie się z rodziną. (…) Zadzwoniła najpierw na ich domowy numer, żeby sprawdzić, czy był ktoś w domu, bo nie chciała jechać na ślepo. // (…) Powiedziała jej, że Darka nie było jeszcze w domu, ale to nie stawało na przeszkodzie Basi, by nie zjawić się w domu Florczaków. Była chrzestną Kuby, więc w drodze do ich domu wypłaciła z bankomatu sto złotych. Nigdy nie lubiła kupować prezentów, a nie chciała podarować chłopakowi niechcianego podarunku, skoro mógł sobie sam coś kupić”. — „Musieli poczekać do rana na zgodę sędziego” brzmiałoby lepiej. Przyznam, że ilość zaprzeczeń w trzecim zdaniu nieźle mi namieszała w głowie. Lepiej pasowałoby też „nie stanęło Basi na przeszkodzie”.
„Kusiło ją, by zadzwonić do Roberta, ale nie chciała ponownie zawieść brata, tym bardziej, że miała się z nim spotkać w niedziele”. — „Niedzielę”.
„Dom Florczaków został zbudowany z marmuru, pomalowany kremową farbą, a dach wyłożony czerwonymi dachówkami. (…) Chodnik wyłożony został jasną kostką, która prowadziła aż do schodów”. — Znów pojawia się marmurowy dom, więc zastanawiam się, czy wiesz, jak on wygląda. W żadnym razie nie jest to popularny materiał budowlany i używa się go do wykończeń.
„Drzwi otworzyła jej Sara, która uśmiechnęła się do niej i przytuliła na powitanie. Po chwili z dołu zszedł Kuba, który promieniał na twarzy, kiedy zobaczył ciotkę. (…) // Umiał oderwać się od komputera i nie siedział na nim długo, jak przeciętny nastolatek w jego wieku. Wolał wyjść na zewnątrz, by poświęcić czas swojej pasji. Pomimo tego, że Basia nie lubiła koszykówki (wolała tenis i paintball), to z wielką radością chodziła na mecze siostrzeńca”. — A Kuba to nie czasem jej „bratanek”, a nie „siostrzeniec”? I raczej zszedł z „góry”, a nie z „dołu”. No i wyrzuć ten nawias, naprawdę nie wygląda to zbyt dobrze.
„– Miło było cię zobaczyć, ciociu, lecz muszę iść – oznajmił smutno”. — Trudno mi wyobrazić sobie piętnastolatka, który mówi „lecz”.
„– To powodzenia – uśmiechnęła się. Chłopak odwzajemnił uśmiech, po czym pocałował ją w policzek na pożegnanie”. — Reakcja Kuby powinna być w kolejnym akapicie.
„Kiedy chłopak opuścił mieszkanie, Sara zaprosiła Basię do kuchni. Usiadła przy drewnianym stole i patrzyła, jak jej szwagierka wstawia wodę na herbatę. Wkrótce popijali gorący napój, rozmawiając przez chwile o Kubie”. — To Sara jest podmiotem, więc według zdania to Basia robiła herbatę. „Chwilę” i „popijały”.
„– Czasami tak bywa, że robisz coś spontanicznego, nie ma się na to wpływu – oznajmiła, uśmiechając się do niej lekko. Niespodziewanie w jej myślach pojawił się Robert. Sądziła, że to będzie tylko jednorazowa przygoda z mężczyzną, a potoczyło się to w zupełnie innym kierunku. – Darek z pewnością się ucieszy – uspokoiła ją. Kobieta posłała jej szeroki uśmiech. – Skoro powiedziałaś mi o ciąży jako pierwszej, to ja też ci coś wyznam – odezwała się po krótkim czasie. Sara spojrzała na Basię badawczo. – Spotykam się z kimś”. — Nowe akapity w miejscach, gdzie jest reakcja Basi. Nie nazywaj Roberta „mężczyzną” w takich przypadkach, dobrze? Inaczej można mieć wrażenie, że Basia zaliczyła skok w bok z jakimś bliżej nieokreślonym mężczyzną, o którym do tej pory nikomu się nie pochwaliła.
„– Naprawdę? Nic nie mówiłaś, kiedy byliśmy w klubie?” — „Byłyśmy”: zawsze tak się pisze, jeżeli jest mowa tylko o kobietach.
„– Pamiętasz jak ci w sobotę mówiłam o tej spontanicznej nocy z mężczyzną z baru?” — Brak przecinka przed „jak”.
„Tylko problem polega na tym, że mi przy nim jest dobrze – rzekła, chcąc się w jakimś stopniu usprawiedliwić”. — Często używasz słowa „rzec” w zastępstwie „powiedzieć”, jednak to słowo ma znaczenie bardziej podniosłe i nie bardzo pasuje do kontekstów, w których pada.
„Rzuciła mu się w ramiona, nie przejmując się tym, że pogniecie mu czarny garnitur”. — Myślę, że najprościej byłoby wyrzucić stąd drugie „mu”.
„Odkąd zmarł ich ojciec, to właśnie w nim odnalazła poparcie, zbliżyli się do siebie i mogli całkowicie sobie zaufać”. — „Oparcie”.
„Sara poszła do kuchni przygotowywać obiad, a Basia i Darek usiedli przy stoliku, by porozmawiać. Mówili o pracy i życiu prywatnym. Wspomniała bratu o Robercie, zareagował podobnie jak jego żona, lecz mniej entuzjastycznie – miał tylko nadzieję, że wiedziała, co robi”. — Do przepisania na dialog albo do wyrzucenia. Okropne streszczenie.
„– Darek, jest coś o czym chcę ci powiedzieć – rzekła Sara. Wyczuła w jej głosie lekkie zmartwienie”. — Brak przecinka przed „o”. Kto w czyim głosie wyczuł zmartwienie? Basia w Sarze, ale zdanie nic o tym nie mówi. Musisz bardziej pilnować podmiotów.
„Teraz przyszła kolej na Krystiana, który z pewnością się ucieszy, kiedy dowie się, że zostanie ojcem chrzestnym. U Kuby został brat Sary, Sebastian, więc Darek wziął Basię na matkę chrzestną. Na myśl o Krystianie przypomniała sobie, że miał przyjechać w piątek. Zasmucił fakt, że brat nie pofatygował się, by do niej zadzwonić. Powiedziała o tym wszystkim Darkowi, który uspokoił , mówiąc, że przyjazd Krystiana nie był pewny, więc z pewnością nie chciał niepotrzebnie niepokoić. // U brata siedziała długo. // Na wieść o tym, że będzie miał brata lub siostrę bardzo się ucieszył i od razu chwycił komórkę, by powiadomić swoich kolegów, że nie będzie już jedynakiem”. — W drugim zdaniu brakuje „nim” między „został” a „brat”, poza tym, lepiej brzmiałoby „wybrał” zamiast „wziął”. W trzecim pomiędzy „na” a „myśl” mogłoby pojawić się „samą”. W piątym zdaniu zamiast „ją” powinno być „jej”. W ostatnim brakuje przecinka przed „bardzo”.

Rozdział 8.
Czytanie streszczeń o postaciach pobocznych mnie nudzi — zapominam o ich treści praktycznie od razu. Pewnie nawet nigdy nie poznamy Agnieszki albo zobaczymy ją tylko przelotnie, więc nie rozumiem, po co wykładasz mi jej związek z Tomkiem. Jeżeli ma to na celu rozwinąć jego postać, muszę powiedzieć ci, że to nie działa — wrzucasz zapychacz i tak krótkiego już rozdziału. A takimi właśnie zapychaczami raczysz czytelników przynajmniej raz na dwa rozdziały.
Za to wygląda na to, że sprawa morderstwa zaczyna zbliżać się do końca. Ciekawe, że wszystko tak łatwo dało się złożyć do kupy, a wszystko dzięki czerwonej bejsbolówce. Zazwyczaj to małe błędy doprowadzają do odnalezienia sprawcy, więc nie dziwię się, że mogło stać się tak także i tutaj.
Co do miłosnych zawirowań Basi, w przeciwieństwie do komentujących czytelników, wcale nie jestem zła na bohaterkę za traktowanie relacji z Robertem powierzchownie. Nie każdy związek może i powinien być miłością aż po grób. Jeżeli protagonistka uważa taki układ za najlepiej pasujący do jej pracy, nie mam z tym żadnych problemów. Chociaż nie wydaje mi się, aby miało tak pozostać — rozmowa z Tomaszem na pewno da Basi do myślenia.

Uwagi:
„Nie rozumiała tego, jak Jończyk mógł odnaleźć się w tym bałaganie”. — „Tego” jest zbędne.
„Zgodę na widzenie miał tylko Olszak, dlatego Jończyk i Florczak siedzieli w samochodzie, cierpliwie czekając na powrót komisarza”. — Nie rozumiem, dlaczego więc pojechali tam w trójkę. Mogli zostać na komendzie i badać inne szczegóły sprawy, a nie siedzieć na tyłkach w aucie.
„Kiedy dwa lata późnej przyszedł na świat Patryk, zmienili mieszkanie na większe, by w przyszłości zapewnić pełny komfort dla ich syna, ale nie zastanawiali się poważnie nad małżeństwem”. — „Swojemu synowi” oraz „później”.
„– Tomku, tak się zastanawiam… czy ty w ogóle obawiasz się, że może coś się stać”. — Na końcu powinien stać znak zapytania.
„W słowach Jończyka kryła się prawda, lecz nie mogła na to poradzić, że ona była innego zdania”. — Znów ten błąd. Na co Basia nie mogła poradzić, że ma inne zdanie?
„– Oto będziemy musieli zapytać panią Elżbietę – odparł”. — „O to”.
„– Spychała oznajmił, że raz zabrał je do domu, by popracować. Niewolno im zabierać dokumentów do siebie, ale większość prokuratorów i tak łamało ten zakaz”. — „Nie wolno” „łamała”.
„Tym razem podziękowali za kawę, chcieli jak najszybciej dowiedzieć się o istotnych dla nich informacji i zająć się sprawą Rudego”. — „Informacjach”. „Dowiedzieć się” można o faktach, informacje raczej się „zdobywa”.
„Jeśli okażę się, że Daniel tutaj był, trzeba będzie sprawdzić każdego, kto współpracował z Krzysztofem Rudkowskim”. — „Okaże się”.
„– A wie pani jak wyglądał? – zapytał Jończyk”. — Brak przecinka przed „jak”.

Rozdział 9.
Streszczenie życia Kornela, tak samo jak wcześniejsze o związku Tomka, uważam za kompletne nieporozumienie. Na co mi to wiedzieć? Żebym współczuła Kornelowi, zrozumiała go? To nie człowiek, to na dobrą sprawę nawet nie antagonista. Pełni po prostu określoną funkcję w opowiadaniu i tak właśnie go traktuję — jako narzędzie popychające fabułę, nie osobę. Nigdy nie poznałam Flashy, więc nie ma szans, żeby parę linijek mówiących o jego smutnym dzieciństwie na mnie podziałało.
Sprawa morderstwa zakończyła zadziwiająco szybko. Nie spodziewałam się, że stanie się to rozdział po wytypowaniu sprawcy. Myślałam tylko, że odbędzie się to z większą „pompą”, a ty nawet nie pokazałaś czytelnikowi winnego, tylko wspomniałaś paroma zdaniami, że został złapany. Mało to satysfakcjonujące.
Zostałam za to pozytywnie zaskoczona tym, że do Basi odezwał się Filip. Tak samo ich rozmową — była taka ciepła i przyjemnie się ją czytało. Wolałabym jednak, gdybyś zrezygnowała ze streszczeniowego przerywnika w ich dialogu. Bez niego tekst czytałoby się dokładnie tak samo, a nawet lepiej.
Oczywiście nie dało się też nie zauważyć w pytaniu Roberta o pomoc w kupnie mebli nadziei na coś więcej niż tylko seks.

Uwagi:
„Po śmierci żony stał się o wiele bardziej agresywniejszy i zaczął po pijaku bić swoje dzieci”. — Albo „bardziej agresywny”, albo „agresywniejszy”.
„Sąsiedzi to zauważyli, więc zgłosili to na policję oraz na pogotowie opiekuńcze”.
„Przez ten okres czasu podejrzewany był za dwa morderstwa, lecz nigdy mu tego nie udowodniono”. — „Czas”.
„– Dziękuję doktorze za informację”. — Brak przecinka przed „doktorze” — wyrazy w wołaczu zawsze należy oddzielać przecinkiem od reszty — i „za”.
„Kiedy odłożyła słuchawkę, wzięła akta Flaszyńskiego, kluczyki od samochodu i wyszła z biura jak poparzona, przez co nieumyślnie potrąciła umundurowanego policjanta, który akurat wyciągał z automatu kawę i cała zawartość ciepłego napoju wylała się mężczyźnie na służbowe ubranie. Policjant spojrzał na Basię posępnie, lecz ta oznajmiła mu szybkie przepraszam i pobiegła dalej. Chciała jak najszybciej dostać się na miejsce, bo zeznania Kwiatkowskiego spowodują, że zatrzymają zabójcę”. — „Rzuciła”. Na miejscu tego policjanta pewnie popatrzyłabym na Basię bardziej niż „posępnie”. Do tego to pierwsze zdanie jest horrendalnie długie.
„Po drodze kobieta spytała się, jak postępy w śledztwie, ponieważ martwiła się o Tomka – bardzo przejął się tą sprawą”. — „Spytała”. To, co jest po myślniku, usunęłabym — wystarczająco dużo razy wspominałaś o tym we wcześniejszych rozdziałach.
„– Gdy tylko porozmawiam z Pawłem, z pewnością wszystko się wyjaśni – rzekła, unosząc kąciki ust do góry. // – To dobrze. – Na jej twarzy pojawił się blady uśmiech”. — Zaznacz, kto odzywa się w jakim momencie. Plus, nie można niczego unieść w dół, więc dopisywanie „do góry” nie ma sensu.
„Agnieszka była drobną blondynką o miodowych oczach. Włosy miała upięte w mocny kok, a na sobie miała biały strój pielęgniarki. Basia musiała przyznać, że podkomisarz miał naprawdę wielkie szczęście, że spotkał ją na swojej drodze. Kobieta była bardzo uprzejma i miła, od razu było widać, jak bardzo martwi się o Tomka. Teraz rozumiała, dlaczego chciał się jej oświadczyć –  w duchu kibicowała im z całej siły. // Basia weszła do pomieszczenia. Naprzeciwko wejścia stały obok siebie dwa łóżka, lecz tylko Paweł Kwiatkowski leżał w sali. Mężczyzna miał jasne kędzierzawe włosy oraz niebieskie oczy. Jego brzuch został owinięty bandażem, a na klatce piersiowej były przyczepione kabelki, które monitorowały prace serca”. — „Do klatki piersiowej”, „pracę”. Nie możesz dawać podmiotu domyślnego, kiedy w scenie jest inna kobieta — to wprowadza okropne zamieszanie, bo nie wiadomo, kogo masz na myśli.
„Florczak zauważyła, że miał do siebie wyrzuty sumienia o to, że nie powiedział im o tym wcześniej, wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej”. — Od „wtedy” zaczęłabym drugie zdanie. „Miał wyrzuty sumienia” albo „miał do siebie żal”.
„Nie przyznał się do winny, lecz był zdenerwowany, pomimo tego, że starał się to ukryć, chcąc pokazać policjantom, kto tu tak naprawdę rządził”. — „Winy”.
„Raczej wątpiła w to. Pewnie nie będą chcieli się wychylać, zważywszy na to, że ich szef nie miał już szans na wydostanie się z wiezienia”. — „Więzienia”. „Na to” jest tutaj zbędne.
„Po co mieliby ryzykować dla zwykłego przestępcy”. — Na końcu powinien być znak zapytania.
„Podziękował im za świetną robotę i obiecał im, że mordercę spotka sprawiedliwość”. — Drugie „im” jest zbędne.
„– Ok. – rzekł z lekkim rozbawieniem”. — Zły zapis wyrazu „OK”.
„Florczak zauważyła, że tancerze spoglądali na nią z wielkim zainteresowaniem, a na ich twarzach pojawił się figlarny uśmiech”.
„Musisz iść naprzód, nabrać życiu jakiś sens”. — „Nadać”.

Rozdział 10.
Jestem zaskoczona, że Basia zaczęła zastanawiać się nad swoim związkiem z Robertem. Choć z drugiej strony wcześniejsza rozmowa z Filipem mogła popchnąć ją w te rejony.
Wprowadzasz też nowego bohatera — Krystiana, drugiego brata Basi. Na tyle, na ile go poznałam, wydaje się całkiem sympatyczny, jestem więc za tym, żeby przeprowadził się do Katowic i częściej pojawiał w opowiadaniu.
A teraz trochę o całej pierwszej „sprawie”:
Myślę, że poradziłaś sobie całkiem dobrze, ale mam parę zastrzeżeń. Jak na dziesięć rozdziałów opowiadania, wydarzyło się zaskakująco mało. Ma to oczywiście związek z ich długością, ale często miałam wrażenie, że stosunek akcji do opisów i ekspozycji był za niski. Tak samo z pracą policjantów — głównie przeprowadzali niezbyt szczegółowe przesłuchania, a zawsze wydawało mi się, że praca śledczego wymaga jednak większego zaangażowania.
Co do samego morderstwa. Jak na moje oko, wszystko wyjaśniło się zwyczajnie za łatwo. Rozumiem, że mogłaś nie chcieć z początku wprowadzać zbyt zawiłej intrygi po to, by móc na spokojnie przedstawić bohaterów, ale wydaje mi się, że dla Basi i jej kolegów sprawa morderstwa nie okazała się żadnym wyzwaniem. Po prostu szli jak po sznurku do wyjaśnienia — czytelnicy nie znajdą tu fałszywych tropów, porywających dialogów z podejrzanymi, zarywania nocek nad dowodami; można powiedzieć, że jest odwrotnie niż w porządnym kryminale. Brakowało mi w tym wszystkim emocji związanych z chęcią złapania mordercy.
Jeżeli zaś chodzi o część obyczajową, to główny wątek zajął pączkujący związek Basi i Roberta. Uważam, że wyszedł ci całkiem naturalnie i miło się czytało ich wspólne sceny. Nie spieszysz się ze sparowaniem ich, nie robisz niczego na siłę, a twoi bohaterowie nie wyrzucają z siebie podniosłych monologów o miłości, co bardzo mnie cieszy. Według mnie, ta dwójka pasuje do siebie, toteż będę im kibicować.
Brakowało mi natomiast lepszego zarysowania bohaterów pobocznych — rodziny Basi oraz jej partnerów — i mam nadzieję, że nadrobisz te braki w przyszłości.

Uwagi:
„Znała go parę tygodni, a ona miała wrażenie, że przez całe życie - jeden wspólny wieczór przy kolacji i całkowicie się przed nim otworzyła, dlatego chciała się dowiedzieć, co myślał o ich związku”. — Dywiz zamiast myślnika, usunęłabym też wyraz „ona” — nie wnosi niczego do zdania.
„Specjalnie nie podała adresu, sprawdzając, czy mężczyzna nadal pamiętał gdzie mieszka”. — Brak przecinka przed „gdzie”. Ze zdania wynika, że Robert ma pamiętać, gdzie on sam mieszka.
„Postanowiła więc szybko zabrać się za robienie kolacji. Położyła wszystkie potrzebne składniki na risotto na blacie, po czym wstawiła wodę na ryż. Potem zabrała się za obieranie pieczarek i krojenie warzyw. Cieszyła się, że nie będzie spędzała tego wieczoru sama i będzie miała towarzystwo”. — Kiedy robi się risotto, nie gotuje się ryżu w wodzie, tylko podsmaża na patelni, a potem podlewa bulionem.
„– Jak tu pachnie – powiedział wesoło, kładąc trunek na stoliku w kuchni. – Pomogę ci z kolacją. // Basia nie miała nawet najdrobniejszych szans na to, by odsunąć go od kuchni, od razu podszedł do garnka z ryżem. Widziała u niego radosne ogniki, kiedy mógł razem z nią przygotowywać danie. // Wkrótce gotowe risotto znalazło się na talerzach. (...) Znajdowała się tam tylko beżowa kanapa, jeden fotel i regał, na którym stał niewielki telewizor, ramki ze zdjęciami jej rodziny oraz srebrna porcelana. Zauważyła, że Robert spojrzał ukradkiem na jedno ze zdjęć, zanim usiadł obok niej na sofie - dość długo spoglądał na fotografię, na której była z tatą. Z niewiadomych przyczyn poczuła ukłucie w sercu, gdy i ona na chwilę zatraciła się w szarych oczach ojca”. — Dywiz i „najmniejszych”.
„Zdecydowała się nie mówić mu o swoich obawach i to, czy podjęła słuszną decyzję”. — Druga część zdania nie pasuje do drugiej — powinno być „i o tym, czy”.
„– Nie przywitasz się z bratem – uśmiechnął się szeroko, trzymając w rękach bukiet sztucznych goździków”. — Po „bratem” powinien być znak zapytania.
„– Nie przeszkodziłem w czymś – uśmiechnął się figlarnie”. — Tutaj też powinien być znak zapytania.
To pewnie z tego powodu dobrze rozumiała sytuację Filipa. Wiedziała, z czym borykał się na co dzień, bo sama miała to na porządku dziennym z Krystianem”.
„Choć uprzedził, że jeśli byłby powiadomienie o kolejnym zabójstwie, będzie musiała wstawić się na miejsce”. — „Byłoby”, „stawić się nie miejscu”.

Sprawa II „Łowcy dusz”
Rozdział 11.
Można by pomyśleć, że nową część zaczniesz od kolejnej sprawy kryminalnej, a tu niespodzianka — idziemy razem z Basią na wesele, na które została zaproszona w pierwszym rozdziale opowiadania. Super, że nie zapomniałaś o tym wątku, tylko konsekwentnie go realizujesz.
Celowo pominęłam napisanie „ślub”, bo ty również to zrobiłaś, choć mogłoby się zdawać, że jest inaczej. Najpierw bowiem byliśmy przed kościołem, potem w czarnej dziurze z Basią, a na koniec znów pod kościołem, już po ceremonii.
Jakoś nawet nie interesują mnie miłosne zawirowania Basi — zwróciłam na nie uwagę dopiero, jak zaczęłam czytać komentarze pod rozdziałem.
Coraz bardziej jestem zadziwiona, jak udaje ci się pisać całe rozdziały — krótkie, bo krótkie, ale zawsze — tak, że mogłabym je streścić w maksymalnie pięciu zdaniach. Tam się kompletnie nic nie dzieje, mimo tego że bohaterowie cały czas coś robią. Normalnie magia. Nie wiem nawet, jak to skomentować. Bo tego nie czyta się wcale źle, nie wieje też nudą, po prostu... Mam na myśli to, że brakuje konkretów, jakiejś szczegółowej akcji, opisu, cokolwiek, bo wszystko u ciebie jest takie bezpłciowe, rozmyte — twoi bohaterowie plączą się pod nogami, coś tam robią, coś tam mówią, opisujesz jakieś nieważne postacie przez pół rozdziału, a ja na koniec wychodzę z papką zamiast mózgu, bo mam dysonans poznawczy — przecież tyle się działo, a ja, cholercia, nic z tego nie pamiętam.

Uwagi:
„Andrzej obiecał jej, że nie będzie zawracał jej głowy, gdyby pojawiło się kolejne dochodzenie”.
„Chciał tym sposobem wynagrodzić kobiecie za pracę jaką włożyła przy sprawie Daniela Jabłońskiego(...)”. — Brakuje przecinka przed „jaką”.
„Uśmiechnęła się szeroko, kiedy zauważyła w progu Roberta, który ubrany był w czarny garnitur i białą koszulę. W ręku trzymał bukiet czerwonych róż oraz ozdobną torbę, w której znajdował się prezent dla nowożeńców. Postanowili, że razem złożą się na podarunek, więc w trakcie zakupu mebli do mieszkania podkomisarza, kupili Magdzie i Rafałowi zestaw sztućców”. — Zbędny przecinek przed „kupili”. Super wybrali ten prezent, naprawdę. Para mieszkająca ze sobą od lat na pewno je palcami.
„Mężczyzna doskonale wiedział, że nie lubiła żywych kwiatów”. — Ja też już doskonale o tym wiem, bo powtarzasz tę informację już chyba czwarty raz.
„– Chętnie zdarłbym z ciebie te ubrania, lecz wiem, że jeszcze przyjdzie na to czas”. — Nie wiem jak ty, ale nigdy nie słyszałam, żeby ktoś mówił „lecz” w luźnej rozmowie.
„Nagle zdała sobie sprawę, że ogarnął ją strach - za parę minut miała przedstawić Roberta rodzinie”. — Wkradł się dywiz.
„Było jednak za późno na przygotowanie mowy powitalnej, bowiem zauważyła Darka, jak szedł pod rękę z Sarą, która miała na sobie niebieską, prostą sukienkę z lekkim wycięciem po prawej stronie, a swoje blond włosy spięła w mocnego koka. Tuż za nimi kroczył Kuba, który miał na sobie szary garnitur, podobny do stroju swojego ojca. Potem zauważyła Krystiana, który szedł pod rękę z ich mamą”. — Przedstawiłaś Sarę identycznie jak poprzednio, dodając tylko, że jej sukienka była niebieska i miała wycięcie. Wolałabym dostać o niej jakieś nowe informacje, no wiesz, może ma haczykowaty nos albo wystające kości policzkowe, coś, co pozwoliłoby mi ją zapamiętać, bo niestety wciąż pozostaje „blondynką w prostej sukience”. Zastanawiam się, czy wiesz, jak wyglądają twoi bohaterowie, bo opisujesz ich najbardziej ogólnie, jak tylko można. Chociaż powinnam się cieszyć, że Sarę przynajmniej opisałaś, bo jej syn dostał tylko „szary garnitur”, a o mężu w ogóle można zapomnieć.
„Małgorzata Florczak była pięćdziesięciosiedmioletnią kobietą o brązowych włosach i oczach. Miała pociągłą twarz i mały nos, który Basia po niej odziedziczyła. Na ślub włożyła ciemnozieloną garsonkę, a po lewej stronie znajdowała się srebrna brożka w kształcie różyczki. Uśmiechnęła się szeroko, widząc mamę szczęśliwą”. — Czy ta „broszka” znajdowała się po lewej stronie garsonki, lewitując w powietrzu? Tak przynajmniej interpretuję to zdanie. No i kurczę, będzie wrednie, ale nie mogę się powstrzymać. Na co ci ten wiek? Czy uważasz, że kogokolwiek obchodzi dokładny wiek wszystkich bohaterów? Czy on cokolwiek mówi czytelnikowi? Poza tym sam opis matki Basi jest jak zwykle sztywny i ogólny. Choć przynajmniej po ponad dziesięciu rozdziałach dowiedziałam się, jaki Basia ma nos. Zawsze to coś.
„– Mogę z tobą porozmawiać na chwilę na osobności? – zapytał ją Krystian, kiedy przywitał się z Olszakiem”. — Lepiej brzmiałoby „przez chwilę” i dzięki temu wypadłoby to powtórzenie.
„– O co chodzi, Krystian? - spytała z troską, widząc na twarzy brata niepokój”. — Znów dywiz w miejscu myślnika. No i czy nie lepiej byłoby pokazać, jak wyglądał u niego ten niepokój, zamiast streścić jego stan emocjonalny w jednym wyrazie? Masz ogromne pole do popisu — zmarszczone brwi, nieobecny wzrok, trzęsące się dłonie i wiele innych zachowań, które mogłyby o wiele lepiej pokazać czytelnikowi, jak czuł się w tamtej chwili Krystian. Basia jest policjantką, powinna dostrzegać szczegóły i drobne zmiany — nie odbieraj jej szansy na wykazanie się.  
„Wiesz jak się nastawiłem na to spotkanie z nim”. — Brakuje przecinka przed „jak”.
„Nie dziwiła się, że Krystian tak się zachowywał, ponieważ był ateistą. Dlaczego miał wierzyć w kogoś, kto sprawił, że urodził się gejem, by potem Jego wyznawcy go piętnowali?” — Ale łopatologia. W sensie, po co w ogóle o tym pisać? Można się tego domyślić już z dialogu i z wiedzy, którą mamy o Krystianie. To trochę jak tłumaczenie, dlaczego ktoś wziął parasolkę, wychodząc na deszcz.
„Basia również tego nie rozumiała, jej wiara także była słaba. Choć wierzyła, że coś musiało istnieć, ale nie wiedziała do końca, czy był to Bóg, Mahomet, Budda. W dzieciństwie musiała przetrwać chodzenie do kościoła, ponieważ mieszkali w małej miejscowości, w której starsze panie plotkowały na prawo i lewo”. — Wartoby dodać drugie „czy” między Mahometem a Buddą zamiast samego przecinka. To miał być taki zakamuflowany wstępniak do sprawy, nie? Te informacje są mi tak bardzo niepotrzebne, że nie widzę innej opcji. Nie wiem, po co ciągle mówisz o bohaterach pobocznych bohaterów pobocznych, żadne z tego tło, tylko masa nudnych informacji o osobach, które nawet mnie nie obchodzą. Poza tym średnio wytłumaczyłaś, dlaczego Basia koniecznie musiała chodzić do kościoła. Przez stare baby plotkujące pod kościołem, serio? Wierzyć mi się nie chce.
„Magda nie miała łatwego życia z tak pobożnymi rodzicami. Pamiętała, jak trudno było zabrać ją na jakiekolwiek imprezę do znajomych”. — Podmiotem domyślnym w drugim zdaniu jest Magda, wiesz? Zawsze podmiotem domyślnym jest ta sama osoba, która była nim w poprzednim zdaniu, a nie, tak jak może ci się wydawać, Basia, która jest główną bohaterką — nawet nie narratorką, bo twój narrator to wszechwiedzący, nieokreślony byt — opowiadania. Zbyt często zdajesz się polegać na założeniu, że czytelnik automatycznie przypisze bliżej nieokreślone zdania Basi i tworzysz tym masę pomyłek i chaosu.
Rodzice dziewczyny trzymali pod kloszem, sugerując, że tym samym chronią przed chłopakami. (…) Magda wyrwała się spod łańcucha rodziców, kiedy miała siedemnaście lat, wymykała się z domu, żeby spędzać ten czas z przyjaciółmi. Basia wielokrotnie ją kryła, by jak każda nastolatka mogła przeżyć swoją pierwszą miłość. Potem Magda zapisała się na studia do Krakowa, na architekturę, i tam przeprowadziła się do akademika, by być jak najdalej od rodziców. Od tamtej pory żyła ze swoimi rodzicami w zimnych stosunkach”. — Raczej „chłodnych”. „Zerwała się z łańcucha” albo „wyrwała się spod opieki”. Koniecznie powiedz mi, kim jest Magda. Bo ona musi być kimś super hiper ważnym, skoro piszesz o niej więcej niż o samej Basi. Myślisz może o zmianie głównej bohaterki? Ale już tak na serio, jeżeli okaże się, że Magda będzie statystką, tak jak przez pierwsze dziewięć rozdziałów, to się obrażę, że muszę marnować swój czas na czytanie o niej.
„Basia nawet sobie nie wyobrażała, co by to było, gdyby państwo Szwed dowiedzieli się, że syn Małgorzaty Florczak był gejem. (…) W gruncie rzeczy to był też mocny powód, dla którego jej brat wciąż ukrywał swoją orientację przed matką. Choć zastanawiała się, czy nie była już pora na to, by jednak powiedział o tym rodzicielce, skoro i tak zdecydował się przeprowadzić do Katowic, z czego akurat była zadowolona - będzie miała swoich braci koło siebie”. — „Jednak” jest zbędne. Dywiz zamiast myślnika. No i do ostatniego zdania wrzuciłaś wszystko, co się dało — przeszłaś od ujawnienia się Krystiana przed matką, przez jego przeprowadzkę, do tego, że Basia się ucieszyła, że będzie miała blisko obu braci. To strasznie chaotyczne.
„Gorset miała bez ramiączek, ozdobiony gdzieniegdzie srebrnymi cekinami, od pasa w dół suknia rozkloszowała się, a przy jej bokach były doczepione błękitne różyczki. Jej rude włosy były podkręcone, na nich spoczywał biały welon, który zakrywał ramiona kobiety, i ciągnął się aż do końca sukni. Pan młody stał naprzeciwko swojej narzeczonej uśmiechnięty od ucha do ucha. Miał na sobie czarny smoking, srebrną kamizelę, do której przyczepiona była biała róża. Rafał był wysokim mężczyzną o ciemnoblond włosach, szarych oczach i prostym nosie”. — Smokingów nie nosi się na ślubach. Lepsza byłaby „kamizelka”. Bardzo chciałabym przestać wklejać coraz to nowsze cytaty z powtórzeniami, ale to silniejsze ode mnie. Za każdym razem, gdy je widzę, nie mogę się powstrzymać. Dusiu, jeżeli się nimi nie zajmiesz po tej ocenie, oszaleję. Potrafią się pojawiać w każdym zdaniu danego akapitu. To naprawdę duży problem związany z brakiem słownictwa i konstruowaniem zdań, który bardzo mocno obniża jakość tego, co piszesz.
Patrzyła z wielkim uśmiechem na przyjaciółkę, bo wiedziała, że to był jej najszczęśliwszy moment w życiu. Magda patrzyła radośnie prosto na swojego narzeczonego, przysięgając mu miłość. Gdzieś w głębi duszy poczuła zazdrość, że nie była na miejscu przyjaciółki, pomimo tego, że jeszcze nie czas temu o tym by nawet nie pomyślała. Miała obrany cel, w którym chciała poświęcić się całkowicie pracy, a wszystko zaczęło się zmieniać, odkąd pozwoliła Robertowi zaistnieć w jej życiu. Pozwoliła na to, by mógł powoli niewidzialnym kluczem otworzyć jej serce – a był blisko otwarcia go całkowicie. Ta świadomość zżerała od środka, bo z dnia na dzień zdawała sobie sprawę, że mężczyzna nie był dla niej obojętny”. — Ale zaszalałaś tu z podmiotami. Najpierw jest Basia, potem Magda, a potem znów Basia — wszystko to bez określenia ich w żaden sposób, przez co można się kompletnie zgubić, co kto o kim myślał. No i co dokładnie oznacza „nie czas temu”? „Niedawno”? W czwartym zdaniu można zmienić „jej” na „swoim” — zawsze to jedno powtórzenie mniej.
„Basia nie zwracała uwagi na słowa księdza.”, „Z rozmyślenia wyrwał ją głos księdza, który w końcu zakończył ceremonię”. — „Z zamyślenia” albo „z rozmyślań”. To w końcu Basia go nie słyszała czy jednak tak?
„Nieświadomie mocno zacisnęła mocno dłoń Roberta – spojrzał na nią z lekkim uśmiechem na twarzy”. — Mamy tu o jedno „mocno” za dużo.
Basia poczekała aż tłum się zwęzi, nie lubiła tłoku, więc cierpliwie odczekała z Robertem na boku”. — „Rozejdzie”. Brakuje przecinka przed „aż”. Dwa razy powiedziałaś to samo.
„Choć przypuszczała, że musiało to sporo kosztować Magdzie nerwów, żeby przekonać swoich rodziców do swoich racji”. — „Magdę”. To zdanie mogłoby brzmieć: „Choć Basia przypuszczała, że przekonanie rodziców do swoich racji musiało kosztować Magdę sporo nerwów”.
„Basia zdała sobie sprawę, że i ona denerwowała się tym, czy zeswatanie jej brata z dawnym podejrzanym (który okazał się później jej dobrym znajomym) okaże się dobrym posunięciem”. — Uwierzę, jak to zobaczę. Poza tym wolałabym, żebyś nie używała nawiasów w opowiadaniu. To tak rzadki widok, że aż się zdziwiłam, i całkiem nie pasuje do reszty twojego stylu.
„Uśmiechnęła się do mężczyzny i bez słów przytuliła go na przywitanie, chcąc tym samym podziękować mu za to, że się nie rozmyślił i zgodził się tutaj przyjść. // – Czyżby się rozmyślił?// – Nie rozmyślił się – potrząsnęła głową”. — Naprawdę nie ma już na to żadnych innych określeń? Np.: „zmienił zdanie”, „stchórzył”, „odpuścił” i masa innych o podobnym znaczeniu.
„Wkrótce Krystian spojrzał na swoją siostrę, uśmiechnął się szeroko, kiedy zobaczył, że nie towarzyszyła tylko z Robertem”. — Co?
„Basia odruchowo spojrzała na Filipa - patrzył na jej brata zafascynowany”. — Dywiz po raz trzeci.

Rozdział 12.
To chyba pierwszy rozdział, na temat którego nie jestem w stanie wykrzesać z siebie żadnej, naprawdę żadnej porządnej reakcji. Jedna trzecia notki to nudny opis sali weselnej, której ostatecznie i tak nie potrafię sobie wyobrazić. Potem jest lepiej — dialog z matką był w porządku, choć zdecydowanie za krótki. Natomiast scena łóżkowa nie powaliła, będąc bardzo podobną do poprzedniej. Rozterki Basi, cóż, nie porywają mnie.

Uwagi:
„Mężczyźni podali sobie dłonie na przywitanie. Basia ucieszyła się z tego momentu, wiedząc, że mogła bez problemu przedstawić ich na oczach matki, u której dostrzegła radość na twarzy, gdy spojrzała na obu panów”.
„Nie mogli przecież pozwolić na to, by państwo Szwed dowiedzieli się o tym, że właśnie w tej chwili poznała swojego brata z mężczyzną”. — Użyłaś w tym zdaniu takich słów, że państwo Szwed nie mają szansy być źli. Mężczyźni „poznają się” cały czas bez żadnych kontekstów.
„Było elegancko, nowocześnie, jak i przestronnie, bowiem miejsce składało się z trzech części – sali dla gości, otwartego baru oraz parkietu do tańczenia”. — Jak na mój gust to zdanie w ogóle nie powinno istnieć. A przynajmniej jego część, bo rozwijając je później, po prostu się powtarzasz.
„Większą część pomieszczenia zajmowała sala dla gości, ponieważ z tego co się dowiedziała od Magdy, na swojej liście miała sto dwadzieścia osób, więc musieli mieć odpowiednią ilość miejsc”. — „Z tego, czego”. Magda musiała się nieźle dogadać z tą salą, że upchnęły w niej tyle osób. Ach, te podmioty.
„Choć Basia przypuszczała, że niektórzy mogli nie przyjechać na wesele z powodu niespodziewanego wydarzenia”. — Basia ma coś konkretnego na myśli czy to takie bezsensowne gadanie?
„Cieszył ją fakt, że ona nie należała do tych osób. Nie musiała nagle wyjść do pracy i mogła w pełni bawić się na weselu przyjaciółki do samego rana”.
„Sala wypełniona była okrągłymi stołami, które zostały ozdobione białymi obrusami z wyhaftowanymi, pomarańczowymi kwiatami przy zakończeniach, a na środku były ustawione małe wazony ze różnorodnymi, świeżymi kwiatami”. — Odpuściłabym ten przecinek po „wyhaftowanymi”. Żeby uniknąć powtórzenia, mogłabyś użyć gatunków kwiatów.
„Wokół stały dosunięte gustowne krzesła, obite pomarańczowym materiałem”. — Powiedz mi, jakie to są „gustowne” krzesła. Nie, nie chodzi mi o definicję tego słowa, tylko o to, jak je sobie wyobraziłaś. Jeśli nie masz ochoty opisywać w rozdziale krzeseł tak, żeby czytelnik je zobaczył, pomiń je. To standard, że przy stołach stoją krzesła, i nie ma sensu rzucać tak niepotrzebną informacją, jeżeli nie ma w niej niczego, co byłoby godne zapamiętania.
„Para młoda siedziała po lewej stronie przy kwadratowym stole wraz ze swoimi rodzicami. Jako że Sara była druhną Magdy, ich ośmioosobowy stolik znajdował się tuż obok stolika nowożeńców. Oczywiście dwa miejsca przy ich stole były wolne, bo Krystian i Filip obecnie znajdowali się w innej części hotelu. Choć Basia i tak spodziewała się, że Sobczyk raczej nie pojawi się przy stole – zadawaliby mu pytania, a mężczyzna raczej chciał ich całkowicie uniknąć”. — To chciał ich uniknąć „raczej” czy „całkowicie”?
„Basię uradował fakt z drugiej części sali – otwarty bar”. — Bar był faktem?
„W prawym kącie stał didżej ze swoim sprzętem, muzyk aktualnie puścił spokojną, nastrojową melodię, by wszyscy goście mogli zająć swoje miejsca. W chwili obecnej na środku parkietu był stolik, na którym prezentował się czteropiętrowy tort z białą, czekoladową polewą, a na czubku wypieku stała figurka pary młodej”. — Naprawdę starasz się mnie przekonać, że to się dzieje teraz, co? Spokojnie, wiem. Od „muzyk” mogłoby się zaczynać nowe zdanie.
„– Powiedział, żebym chwile pobył na weselu, by nie zrobić przykrości Magdzie”. — „Chwilę”, bo chwila jest jedna, nie ma ich kilka. Zauważyłam, że dość często powtarzasz ten błąd.
„– Och, biedy – westchnęła kobieta”. — „Biedny”?
„– W tym klubie, gdzie prowadziłaś to dochodzenie w sprawie tego biednego tancerza, Basiu? – spytała zmartwiona”. — Usuń „to”. Zastanawiam się, czy specjalnie powtórzyłaś słowo „biedny” w ustach mamy Basi jako sposób jej kreacji, czy to tylko przypadek.
„Basia skrzywiła się lekko, kiedy wypiła duszkiem musujący napój. Strasznie nie lubiła tego alkoholu, więc szybko popiła wodą, żeby zmniejszyć kwasowość trunku”. — Może zamiast, „kiedy wypiła” napisać „wypijając” — raczej skrzywiła się już w trakcie picia. Kolokwializm na początku drugiego zdania niezbyt tutaj pasuje. „Popiła go wodą”? Nie sądzę też, żebyś musiała pisać o tym dwa razy. Gdybym miała wybierać, wyrzuciłabym to wcześniejsze wspomnienie o guście Basi, bo tu lepiej pasuje do sytuacji.
„Objął ją w pasie, czuła jego dłonie w tali, a ich ciała przyległy do siebie, całkowicie oddając się w rytm piosenki”. — „Na talii”.
„Nagle to miejsce wokół nich stało się dla niej szarą rzeczywistością  liczyli się tylko oni, jej bajka, tylko we dwoje”. — Podwójna spacja. Określenie „szara rzeczywistość” zupełnie tu nie pasuje, tak samo, jak powinna być „ich bajka”, jeżeli liczyli się „oni”.
To uczucie, jakie darzyła Roberta było nad wyraz niebezpieczne, bała się tego, że zbyt mocno zaangażowała się w ten związek”. — „To” jest zbędne, „jakim” i brak przecinka przed „było”.
„Znajdowały się tam gustowne meble, miękki dywan, a zamiast okien zostały wsławione szyby, stąd było widać piękny krajobraz Katowic”. — „Wstawione”. Albo „skąd”, albo od tego miejsca dać nowe zdanie.
„Żadnych dźwięków robotów drogowych czy też klaksonów”. — „Robót”.
„Odwróciła się do niego i musnęła delikatnie jego wargi, które miały posmak soku pomarańczowego”. — Oficjalnie uznaję „pomarańcz” motywem dzisiejszego rozdziału.
„Chwilę trwali w długim, namiętnym pocałunku. Olszak przyciągnął do siebie bliżej, obejmując w pasie”. — To drugie „ją” można zupełnie wyrzucić bez szkody dla reszty zdania.
„Popchnął kobietę lekko w stronę łóżka i opadli na miękkie posłanie, zdejmując z siebie resztę swoich ubrań”. — Przez nazwanie nagle Basi „kobietą” przez chwilę miałam wrażenie, że była tam jeszcze jedna osoba. Po prostu nazywanie nagle osób, które dobrze znamy „kobietą” bądź „mężczyzną”, wydaje się nie na miejscu, gdyż to od razu kojarzy się z kimś obcym.
„Robert spojrzał na nią z czułością, splótł swoje dłonie z jej dłońmi, a po chwili poczuła go w sobie –  jęknęła rozkosznie w jego wargi, by później wbić się w nie z wielką zachłannością, kiedy zaczął się w niej poruszać”. — Nadprogramowa spacja. Poza tym, trochę niżej powtarzasz „rozkosznie”.
„Odwzajemniła gest, zwilżając swoje usta – cieszyła się, że mogła podziwiać nagie ciało mężczyzny, podziwiając jego wysportowaną sylwetkę”. — Siriusly?

Rozdział 13.
No, wreszcie mamy zbrodnię! To brzmi niewłaściwie bez kontekstu, prawda? Jestem trochę zawiedziona, że rozdział skupiał się więcej na przysłowiowych pierdołach niż na samym morderstwie, ale przynajmniej na końcu coś się zaczęło dziać. Wątek sekty wydaje się obiecujący. Zobaczymy, dokąd nas zaprowadzi.

Uwagi:
„Florczak sięgnęła po komórkę i odebrała połączenie, nie patrząc nawet na wyświetlacz ekranu”. — Wyświetlacz jest ekranem, więc mamy tutaj pleonazm.
„– Ok., będziemy po ciebie z Tomkiem za pięć minut”. — Niepoprawna pisownia „OK”.
„Florczak westchnęła niezadowolona na wieść o tym, że musiała wracać do pracy. Tak bardzo chciała jeszcze jeden dzień wolnego”. — Na moje oko z powodzeniem można pozbyć się podkreślonej części zdania. Czytelnik bez problemu zrozumie, dlaczego Basia wzdycha. Pozostaw nieco niuansów i staraj się nie pisać takich oczywistości, bo to zwyczajnie irytujące dublowanie informacji, którą najpierw czytelnik wywnioskuje ze sceny, by potem czytać dokładnie taką samą konkluzję wyłożoną kawa na ławę.
„– Kto dzwonił? – zapytał cicho Robert, kiedy Basia powoli się ubierała. Spędzili dzisiejszą noc aż do czwartej nad ranem, dlatego uśmiechnęła się na widok zaspanego mężczyzny. Wypili także wczoraj trzy butelki wina, więc i poranny kac dawał o sobie znać - zdecydowanie przesadzili z alkoholem”. — Zdecydowanie to po pierwszym zdaniu reszta powinna przejść do nowego akapitu. Na pytanie „Jak spędzili tę noc?” odpowiedzią zdecydowanie nie powinno być „aż do czwartej nad ranem”, a tak sugeruje to zdanie.
„– Twój ojciec – oznajmiła, po czym podeszła do lodówki, by wziąć z niej butelkę wody mineralnej. Upiła łyk, żeby zwilżyć suche usta i postanowiła zabrać ze sobą te źródlane zbawienie dla jej obecnego stanu”. — Brak przecinka przed „i”. „To zbawienie”. Raczej nie chciałaby zwilżać mokrych ust, nie? Muszę przyznać, że dość zabawnie przeskoczyłaś od podejścia do lodówki z zamiarem wzięcia butelki wody do wypicia jej zawartości. Na ogół spodziewałabym się zdania w stylu: „Podeszła do lodówki, wyciągnęła butelkę wody, po czym upiła łyk...” a tutaj tej środkowej części, czyli samego brania wody, brakuje. Niby nic takiego, można oczywiście zrozumieć, co się dzieje, ale jednak ciąg przyczynowo-skutkowy zostaje trochę zaburzony. Nie mówię, że powinnaś wszędzie pisać o wszystkim, co postacie robią, po prostu w tej sytuacji wydało się to posunięte o krok za daleko.
„Przeciągnął się i ziewnął niczym lew, po czym wziął z komody swój zegarek, żeby sprawdzić godzinę. – Dochodzi ósma - westchnął”. — Wkradł ci się dywiz. Ach, wyjdzie na to, że nie mogę się zdecydować, czy masz pokazywać mniej czy więcej, ale niestety takie rzeczy są bardzo intuicyjne i nie ma konkretnej zasady, co pisać, a czego nie. Tutaj wyrzuciłabym zaznaczoną część ze względu, że Robert mówi, która jest godzina. Zaskakująco dla mnie używasz zwrotów typu „z zamiarem” czy pojawiającego się tutaj „żeby”, zamiast pisać „sprawdził godzinę”, „otworzyła lodówkę” itp. Zamiar nie równa się wykonaniu danej czynności — jest tylko myślą bohatera, która prowadzi do jej wykonania, ale nie gwarantuje, że tak się stanie. Dlatego, aby nie pozostawić wątpliwości, lepiej pisać, że postać coś robi, zamiast, że chce coś zrobić. Zamiarem można posłużyć się w sytuacjach, kiedy bohater chce coś zrobić, ale np. coś mu przeszkodzi albo się rozmyśli. Nie widzę powodu, aby w innych sytuacjach, kiedy jest pewne, że coś ma się stać, mieszać czytelnikom w głowach.
„Jej głowa pulsowała, miała wrażenie, że na jej czaszce słonie zrobiły sobie potańcówki”. — Mam nieodparte wrażenie, że to głowa Basi, a nie sama Basia miała to wrażenie. No i każdy słoń miał osobną „potańcówkę”? Nie mogły bawić się razem na jednej?
„Nawet na wieczorze panieńskim nie było aż tak źle, niż wieczór, jaki sobie urządzili w domu Roberta zaraz po pożegnaniu się z jej rodziną oraz parą młodą”. — „Wieczór panieński” to wciąż „wieczór”. No i druga część zdania jest wyjątkowo paskudna pod względem gramatyki.
„Wyraźnie czuła jeszcze ciepło jego ciała, wargi błądzące ślepo po jej skórze – zadrżała na te wspomnienia. — Wydaje mi się, że Basia powinna zajmować się raczej aktualnym pocałunkiem, a nie rozpamiętywać wczorajsze. Bo ten akapit daje mi do zrozumienia, że Basia myśli o tym w trakcie całowania się z Robertem.
„ – Mam nadzieję, że pójdziemy na strzelnicę w wolnym czasie? Pamiętasz, obiecałaś wczoraj, że się ze mną zmierzysz?” — Lepiej by wyglądało, gdybyś podzieliła drugie zdanie. Pierwszą część — złożoną z samego „pamiętasz” — zakończyła pytajnikiem, a drugą kropką.
„Po chwili skrzywiła się lekko, bo usłyszała dudniącą w radiu piosenkę, która, jej zdaniem, leciała zbyt głośno”. — Oczywistości ciąg dalszy. Nie wiem, czy nie zwracałam na to jakimś cudem wcześniej uwagi, czy takie nagromadzenie pojawiło się dopiero teraz. Jeżeli Basia się krzywi, bo muzyka dudni w aucie, to raczej nie przez to, że nie podoba jej się lecący kawałek, tylko właśnie dlatego, że dudni. Raczej można domyślić się, że skacowana Basia nie będzie fanką przesadnej głośności. Zresztą, w końcu mówi o tym dosłownie zdanie dalej. No, a co do „lecący” — ten kolokwializm pojawił się nagle, bo zazwyczaj ich nie używasz i jakoś nie pasuje stylistycznie do reszty zdania.
„– Panowie, proszę, czy możecie przyciszyć radio? – Basia chwyciła się za głowę, po czym upiła łyk wody mineralnej - tym razem bardzo duży łyk”. — Znów dywiz.
„– Widać wesele się udało – uśmiechnął się szeroko komisarz, spełniając prośbę Basi i pokręcił pokrętłem przy radiu, by ściszyć muzykę”. — A to już jest dla mnie niezrozumiałe. Spełniając wolę Basi masz na myśli to, że ściszył radio, nie? To czemu zdanie dalej robi to drugi raz? Nie mówiąc już o tym, że przecież wiadomo, że go nie podgłośnił, więc taki truizm też nie jest tu wcale potrzebny. No i właściwie ile Basia wczoraj wypiła? Trzy wina na pół z Robertem, kieliszek szampana i wódkę, tak? Czy to znaczy, że ona wciąż ma alkohol we krwi? Tak przynajmniej by się wydawało. Przychodzić do pracy w takim stanie nie wydaje się dobrym pomysłem. Szczególnie, że jest policjantką.
„Basia dała mu mocnego kuksańca w ramię. Jończyk zaśmiał się głośniej”. — Jakoś tego nie widzę. Basia siedziała z tyłu, a Jończyk z przodu (wcześniej piszesz, czy „mogą” ściszyć radio), więc to byłoby dość trudne do wykonania.
„– Wszystko wydarzyło się w domu mieszkalnym, ulica Mieczyków piętnaście, na Podlesiu”. — Czy istnieją domy „niemieszkalne”? Jeśli już, to w  „budynku mieszkalnym”, ale w samo  „domu” zupełnie wystarczy.
„Basia lekko oprzytomniała, kiedy usłyszała nazwę ulicy. Jej brat też tam mieszkał, i to nawet niedaleko, bo numer domu Darka to osiemnaście. Czuła, że dzisiejszego dnia zadzwoni do niej Sara, żeby dowiedzieć się więcej o sprawie, bo z pewnością kobieta zauważy pod domem sąsiadów radiowozy”. — A tutaj zaczęłaś szaleć z czasami. W połowie przeszłaś na przyszły, co nie jest takie złe, biorąc pod uwagę, że to przemyślenia Basi, ale wtedy zgrzyta nieco czas przeszły użyty w drugim zdaniu, bo nasuwa się wtedy, że brat Basi już tam nie mieszka. I tak źle, i tak niedobrze. Którego byś nie wybrała, postaraj się trzymać jednego, okej?
„Dojechali do Podlesia spokojnie, bez żadnych trudności na drodze. Była poranna godzina, zatem katowickie drogi były puste. Ale wiedziała, że jak tylko wybije na zegarze trzecia popołudniu, zacznie się godzina szczytu”. — „Po południu”. Jestem szczerze ciekawa, po co właściwie o tym piszesz, skoro oni już tam dojechali. To trochę tak, jakby działo się morderstwo, a tu nagle narrator wyskakuje o tym, że dwa dni temu w tym miejscu była tu kobieta z psem albo że wczoraj padał tam deszcz. Pomyśl o tym tak — czytelnik widzi scenę dokładnie w tym samym czasie, w którym ty ją piszesz. Wtedy oni najpierw dojeżdżają do Podlesia, a potem jakby jadą tam jeszcze raz. Rozumiesz, co mam na myśli?
„Wkrótce Basia zauważyła, jak przejeżdżali obok szkoły podstawowej, do której chodził kiedyś Kuba. Wtedy miał naprawdę blisko do szkoły, dziesięć minut i był już przy budynku. W obecnej sytuacji dojeżdżał do gimnazjum autobusem. Nie wybrał żadnej w pobliżu, bo nie mieli aż tak dobrego programu jak szkoła przy ulicy Głowackiego w centrum Katowic. Szkoła była dwujęzyczna, a Kuba bardzo interesował się językami obcymi, co zadowalało Krystiana, bo jej brat jako jedyny w ich rodzinie władał perfekcyjnie angielskim i niemieckim, a francuskiego zaczął się uczyć – chciał pojechać do Francji w lipcu, więc nauka języka była tutaj wskazana”. — A sąsiadka brata Basi lubi szydełkować — dokładnie tak samo dużo wartości ma ta zmyślona informacja, co ten akapit. Wow, stara szkoła bratanka Basi, wow teraz chłopak ma daleko, wow lubi języki, wow brat Basi pojedzie do Francji na wakacje. PO. CO. MI. TO. WIEDZIEĆ. TERAZ?
„Z rozmyśleń wyrwał ją dźwięk dzwonka w telefonie. Spojrzała na wyświetlacz - tak jak przypuszczała, dzwoniła jej szwagierka. Odebrała połączenie w momencie, gdy Andrzej zaparkował przed domem, w którym dokonano zabójstwa. // – Basiu, czy wiesz może coś na temat policji znajdującej się u Mikulskich? – zapytała od razu na wstępie. A gdzie słowo cześć lub dzień dobry? Choć i tak nie zdziwiła się jej zachowaniem, ona postąpiłaby podobnie, a nawet poszłaby zobaczyć, co się stało. // – Właśnie dojechałam na miejsce, porozmawiamy później – oznajmiła krótko. // – Jesteś z Wydziału Zabójstw, więc oni… – urwała. // – Saro, muszę kończyć – powiedziała szybko, przeklinając siebie, że powiedziała kobiecie o swojej obecności tutaj. – Zobaczymy się później. – I rozłączyła się, miała nadzieję, że to zrozumie. Liczyła też, że nie przejęła się aż tak bardzo. – Nasi denaci to pewnie państwo Mikulscy – oznajmiła, kiedy weszli do środka. Mężczyźni spojrzeli na nią zdezorientowani. – Mój brat mieszka niedaleko, szwagierka zadzwoniła, bo zauważyła radiowozy – wyjaśniła”. — „Rozmyślań”. Zdajesz sobie sprawę, że rozmawiają tu dwie kobiety, więc „urwała”, „zapytała” itd. nie pomagają w identyfikacji? Przez twoje częste posługiwanie się podmiotem domyślnym w przypadku Basi to się robi jeszcze trudniejsze do odszyfrowania. Pi razy oko da się zrozumieć, kiedy mówi szwagierka, a kiedy Basia, ale po co tak utrudniać czytelnikowi?
„Mężczyzna miał siwe włosy, orli nos oraz mocne rysy twarzy, natomiast jego żona posiadała mały, zgrabny nos, pieprzyk na lewym policzku oraz brązowe włosy, z ledwością dostrzegając siwe kosmyki”. — Słowa „posiadać” nie używa się w kontekście wyglądu. Myślę, że mogło chodzić o „dostrzegalne”. Pani Mikulska raczej już niczego nie zobaczy.
„Długosz klęczał pomiędzy ofiarami i spisywał dane na dokument”. — Na jaki dokument?
„Niebawem sierżant Szymczyk zjawił się przy nich ubrany w czarny mundur i od razu zaczął zdawać pierwsze relacje”. — Zdawał kilka osobnych relacji? Mógł po prostu opowiedzieć wszystko naraz.
„Bardzo mocno to przeżyła, więc dostała środek uspokajający, za chwilę będzie można ją przesłuchać, jest w kuchni”. — Dziwny ten Szymczyk. No bo kto tak wypluwa z siebie wszystko jednym ciągiem? Zrobiłabym z tego trzy osobne zdania. Niech biedny policjant złapie trochę oddechu.
„Jeden precyzyjny cios nożem w serce u mężczyzny, jak i kobiety”. — Ten patolog jest prawie jak medium — powtórzył wcześniejszą myśl narratora niemal jeden do jednego. Teraz pozostaje pytanie, którego z tych zdań się pozbyć, bo przecież podawanie tej samej informacji prawie tak samo jest zdecydowaną przesadą. Na twoim miejscu wyrzuciłabym to z konkluzji narratora — patolog ma jednak większy sens.
„– Zakładam więc, że sprawca wiedział, gdzie znajduje się serce. // Policjanci zaśmiali się głośno. // – Wiesz, Bartku, to jest naprawdę zbrodnia, że z takim poczuciem humoru marnujesz się w swojej branży – powiedział rozbawiony Tomek. Patolog wzruszył jedynie ramionami”. — Kompletnie nie jestem w stanie stwierdzić, co w tym zabawnego. Czy ktoś może mnie oświecić? Do tego reakcja Bartka powinna się znaleźć już w nowym wierszu.
„– Resztę powiem, jak ci państwo się przede mną otworzą – uśmiechnął się, wstając z klęczek”. — No, to już było w jakiś makabryczny sposób zabawniejsze niż tamto wcześniej. Muszę przyznać, niezły tekst.
„– A czy pomiędzy małżonkami dochodziło do kłótni?” — To raczej dość dziwne pytanie, zważywszy, że oboje nie żyją. To wysoce nieprawdopodobne, żeby jedno zadźgało drugiego, a potem siebie „precyzyjnym ciosem”.

Rozdział 14.
Jak to się dzieje, że potrafisz pisać rozdziały, w których prawie nic się nie dzieje? Tak naprawdę policjanci przesłuchali tu tylko Cichonia (który poza końcową kwestią nie powiedział nic interesującego), a reszta to takie „pierdółki” — zapełniacze, istniejące tylko po to, żeby nie było, że policjanci się obijają i śledztwo stoi w miejscu (rozwieszanie trzech zdjęć na tablicy zajęło ci jedną trzecią rozdziału. Serio?) Wydaje mi się, że to może być po części kwestia krótkich rozdziałów — kiedy połowę czasu antenowego zajmuje dojazd z miejsca na miejsce, opisy tychże miejsc i spotkanych bohaterów, niewiele zostaje na akcję.
Co prawda zostały tu porozrzucane nowe tropy — motyw możliwej zemsty syna i pieniędzy firmy, ale to nieco za mało. Czasem są potrzebne spokojniejsze rozdziały, tylko że tutaj śledztwo dopiero ruszyło, więc nie widzę powodu, żeby spowalniać akcję.

Uwagi:
„Biała tablica była już przygotowana – zdjęcie denatów znalazło się na środku, a na lewej stronie Andrzej przyczepił zdjęcie Damiana, które dała im Teresa Woźniak”. — Lepiej brzmiałoby tutaj „po lewej”, no i uniknęłabyś w ten sposób powtórzenia.
„Kobieta sprawiała wrażenie bardzo wstrząśniętej, ale istniało prawdopodobieństwo, że mogła udawać poruszoną śmiercią pracodawców, żeby tylko ich zmylić”. — Zmylić tych martwych pracodawców, ma się rozumieć?
„Dopiero śledztwo przekona policjantów, czy jakiś dowód doprowadzi ich do pani Woźniak”. — Nie bardzo wiem, co chciałaś tym przekazać. Dlaczego śledztwo ma przekonywać policjantów do czegokolwiek? I dlaczego jest spersonifikowane?
„Przyszedł osobiście dowiedzieć się czegoś więcej na temat zabójstw, co Basię nie zdziwiło, bo z tego co się dowiedziała, firma Mikulskich od lat sponsorowała wiele fundacji, sądy, jak i policję”. — Brak przecinka przed „co”. „Basi”, „sądów”.
„Nie mógł pogodzić się z jej śmiercią i całkowicie się załamał, nie mieli dzieci, więc został w zupełności sam. Siedział głównie w swoim gabinecie, nie wychodząc w ogóle do swoich podwładnych, a co dopiero pojechać na jakąś akcję”. — „Zupełnie”. Ostatnia część tego zdania nijak nie pasuje do reszty z tym bezokolicznikiem.
„Pojawiał się jedynie wtedy, gdy było to naprawdę koniecznie”. — Komisarz Konieczny pojawiał się tylko, kiedy to było naprawdę konieczne. I see what you did there.
„Zadzwoniłem do żony, żeby sprawdziła, czy nie pisali na ich temat w gazecie, ostatnio takie sprawy są głośne”. — Dlaczego właściwie żona Andrzeja ma wykonywać za niego policyjną robotę? Sam nie może wziąć do ręki gazety i tego sprawdzić? Albo zlecić to jakiemuś świeżakowi?
„Olszak postanowił, że się rozdzielą – Tomka wysłał na halę produkcyjną, żeby pogadał z pracownikami i kierownikiem wydziału, a Andrzej i Basia poszli do dyrektora finansowego, Wiktora Cichonia, który, jak dowiedzieli się na portierni, zastępował prezesa Mikulskiego w czasie jego nieobecności w firmie”. — Znikąd rzucony kolokwializm tu nie pasuje.
„Kobieta miała na sobie czarną garsonkę, białą bluzkę oraz apaszkę, dopasowaną idealnie pod kolor jej oczu”. — A teraz powiedz mi, co to był za kolor, bo będę potrzebowała prawdopodobnie kilkunastu (albo i więcej) prób, żeby zgadnąć. Wcześniej napisałaś, że sekretarka miała „ciemne oczy”, ale jak to ma korelować z tym, że apaszka była do nich idealnie dopasowana? Też była „ciemna”? Czy pasowała pod jakimś innym względem? No i drugi przecinek jest tu zbędny.
„– O, panie dyrektorze, policja do pana”. — Nie wiem czemu, ale mnie to rozbawiło.
„– Komisarz Andrzej Olszak, a to podkomisarz Barbara Florczak – rzekł stanowczym głosem, po czym pokazali Cichoniowi odznaki. – Jesteśmy z Wydziału Zabójstw”. — Pisownia dużymi literami jest tutaj raczej zbędna.
„Cichoń zaprowadził ich do swojego gabinetu. Pomieszczenie było średniej wielkości, ściany pomalowane zostały na błękitny kolor, a podłoga wyłożona jasnymi panelami. Naprzeciwko stało biurko, czarny skórzany fotel oraz dwa krzesła dla gości, z tyłu miał widok na miasto z trzeciego piętra”. — Naprzeciwko pomieszczenia stało biurko? I właściwie kto miał ten widok na miasto? Bo nie wygląda mi to na Cichonia.
„Andrzej i Basia usiedli naprzeciwko dyrektora. Florczak zauważyła na biurku zamknięty laptop, przybory do pisania w pojemniku, lampkę oraz zdjęcie. Zobaczyła na nim uśmiechniętą dziewczynkę o blond kosmykach, dałaby jej cztery lata, starszego o parę lat czarnowłosego chłopca oraz kobietę, która obejmowała ramionami dzieci – miała błękitne oczy i krótkie, jasne włosy. Domyślała się, że to zapewne rodzina mężczyzny. — Trzecie zdanie jest zdecydowanie za długie i zahacza o zbyt wiele rzeczy. Ta kobieta się domyślała? No i Cichoń trzymałby na biurku zdjęcie odwrócone w stronę gości, a nie swoją? Bo jak inaczej, siedząc naprzeciwko niego Basia, mogłaby zobaczyć fotografię i to jeszcze tak dobrze, by opisać nawet kolor oczu jego żony?
„– Napijecie się państwo kawy? – zaproponował policjantom”. — A ja myślałam, że kanalarzom. Ale tak na serio, komu innemu miałby ją proponować, jak nie było w pomieszczeniu nikogo innego?
„– A kto odziedzicza tę fortunę? – zapytała zbita z pantałyku Basia”. — Dlaczego nagle Basia została zbita z tropu? Nie rozumiem. Wcześniej tylko zapytali, czy firma dużo zarabia i Cichoń to potwierdził.
„– Z tego co wiem Roman nie sporządzał testamentu, więc wszystko będzie należeć do ich syna Damiana”. — Brakuje przecinka przed „co” i „Roman”.
„Kiedy jechali na komisariat, Tomek powiedział im, że pracownicy i kierownik produkcji bardzo szanowali prezesa. Był surowy, ale wiedzieli, że to właśnie dzięki niemu mieli tę robotę. Uczciwy i porządny człowiek – tak opisywali swojego szefa. Zastanawiali się więc, kto mógł zabić Mikulskich, skoro wszyscy uważali ich za dobrych ludzi. Nie mniej jednak musieli sprawdzić każde alibi pracowników, dlatego do tego zadania wyznaczył sierżanta Szymczyka, aby wraz z kolegami przesłuchali świadków. Była spora lista, lecz nie mieli wyboru, musieli sprawdzić każdego”. — „Niemniej”, „alibi każdego z pracowników”. Proszę cię, pilnuj lepiej podmiotów, bo tutaj i pracownicy i policjanci to „oni”, więc może się przez to łatwo pogubić.

Rozdział 15.
Wciąż nie bardzo rozumiem, dlaczego żona Olszaka miałaby zbierać informacje za policjantów, choć mam pewne podejrzenia, że to dlatego, iż chciałaś ją jakoś umieścić na komendzie. Do tego można by użyć innej wymówki, mogła mu przywieźć zapomniane śniadanie, papiery albo coś z tej kategorii. Na razie wygląda to dość nieprofesjonalnie. Tak samo jak to, że Andrzej będzie jej w domu opowiadał o śledztwie. Raczej nie powinno się robić takich rzeczy, więc gdyby Olszak relacjonował jej śledztwo, razem z Gabrielą nie powinni się tym chwalić przy innych policjantach.
Oficjalnie jestem też zawiedziona, że nie pokazałaś sceny w strzelnicy. Miała potencjał na coś, co pokazałoby naszych gołąbeczków z nieco innej strony — może bardziej rywalizujących ze sobą, droczących się? Odnoszę wrażenie, że ta dwójka albo rozmawia o ich związku, albo je, albo się całuje. To byłby powiew świeżego powietrza, takie zwyczajne bycie ze sobą w przyjemnej atmosferze. Liczę na coś takiego w przyszłości.
Poza tym rozdział był bardziej obyczajowy niż kryminalny, ale zdążyłam już zaobserwować u siebie pewną zależność, mianowicie wątek romantyczny interesuje mnie bardziej niż śledztwo (i widząc po komentarzach, nie tylko mnie), więc nie mam nic przeciwko takiemu obrotowi spraw.

Uwagi:
„– A ty pewnie jesteś Basia – rzekła pani Olszak, patrząc na nią pogodnie. – W końcu mogę cię poznać, Robert tyle mi o tobie opowiadał. // – Naprawdę? – odezwała się lekko speszona. Dałaby sobie rękę uciąć, że jej dłoń była spocona i kobieta z pewnością to wyczuła. – Podkomisarz Barbara Florczak”. — Wydaje mi się to dziwne, że Basia po tym, jak Gabriela ją poznaje, przedstawia się jeszcze raz.
„Gabriela usiadła przy biurku Andrzeja, wyjęła ze swojej torebki białą teczkę i podała je mężowi”. — „Ją”. Zauważyłam, że u ciebie ma wszyscy mają wszystko „swoje”. Naprawdę nie musisz tego za każdym podkreślać; to logiczne, że ludzie używają „swoich” przedmiotów, a nie cudzych.
„Od tamtej pory gromadzi wokół siebie wiele wiernych, było o nim głośno przez długi czas”. — „Wielu”.
„Liczę, że po zakończeniu sprawy przyjedziecie z Robertem do nas na kolacje i poznamy się lepiej – uśmiechnęła się w stronę Basi, która, nie wiedząc co powiedzieć, kiwnęła jedynie głową. — Brak przecinka przed „co”. „Kolację”. Jeżeli coś jest jedno, to końcówka zawsze będzie „ę”, jeżeli chodzi o liczbę mnogą, wtedy może być „e”.
„– To ja może dowiem się czegoś więcej o tym Soboniu – przerwała to narastające napięcie, które wisiało w powietrzu. — Wyrzuciłabym drugie „to”.
„Kiedy Jończyk wyszedł, Olszak usiadł przy swoim biurku, przez chwilę przeglądając się wycinkom z gazet, które przyniosła jego żona”. — „Przyglądając się”.
„Pomimo tego, że jego małżonka powiedziała policjantom o obecności męża w domu w czasie, kiedy dokonano zabójstwa, to i tak było to za mało, by całkowicie potwierdzić alibi mężczyzny, przynajmniej za mało dla prokuratury i sądu”. — Pozbyłabym się też powtórzenia „za mało”, bo niczego na dobrą sprawę nie wnosi.
O prawdomówności Cichonia zależały bilingi rozmów, bo jeżeli okaże się, że mężczyzna rzeczywiście dzwonił do Mikulskiego przed dziesiątą, to raczej dojechanie z Rybnika do Katowic w półgodziny graniczyło z cudem – wtedy będą mogli go skreślić z listy podejrzanych”. — Podkreślona część zdania ma niewiele sensu — billingi nie mogą być zależne o prawdomówności, myślę, że zrobiłaś literówkę „o(d)”, ale to nadal nie do końca pasuje, mogło być co najmniej odwrotnie — prawdomówność zależała od tego, czy billingi pokrywały się z tym, co zeznał Cichoń. Usunęłabym też „raczej”, które niepotrzebnie osłabia określenie „graniczyło z cudem”. „W pół godziny”. Najlepiej byłoby, gdybyś podzieliła to zdanie na kilka krótszych; teraz można się w nim nieco pogubić.
„Basia dałaby sobie rękę uciąć, że w tym momencie komisarz zastanawiał się nad powiązaniami tych wszystkich ludzi”. — To dość charakterystyczne określenie pojawiło się już wcześniej, przy podawaniu ręki pani Olszak, więc zastanowiłabym się nad jego zmianą na coś innego. Nie przypominam sobie, żebyś wcześniej go używała, więc tym bardziej rzuca się to w oczy. Zważywszy też na to, że dla czytelnika wszystko, co czyta jest „w tym momencie”, pozbyłabym się określeń tego typu, czyli „teraz”, „w tej chwili” itd.
„– Basiu, porozmawiajmy – usłyszała. Zerknęła ponownie na Olszaka, oparty był o swoje biurko, a ręce miał skrzyżowane na piersi. Przełknęła głośno ślinę. – Zwykle nie poruszam kwestii prywatnych, lecz… tu chodzi o mojego syna. Chciałbym wiedzieć, co jest pomiędzy wami. Czy wasz związek jest poważny?” — Wydaje mi się, że w tej sytuacji lepiej przenieść reakcję Basi do nowego akapitu. Samo „usłyszała” jeszcze by przeszło, ale w środku zdążasz zmienić podmiot na Olszaka, a potem znowu wracasz do Basi, co wprowadza zbyt duże zamieszanie.
„Westchnęła lekko, czując, jak ciężar na jej sercu lekko złagodniał. // Komisarz uśmiechnął się lekko. (…) // Basia speszyła się lekko, nie miała pojęcia co mu odpowiedzieć. (…) // Florczak westchnęła bezradna, kręcąc lekko głową”. — Brak przecinka przed „co”. Ach, ta „lekkość”.
„– Te pytanie raczej musisz zadać jemu – wzruszyła ramionami”. — „To pytanie”, bo „pytanie” jest rodzaju nijakiego.
„– Z jednej strony masz racje, ale chciałem wiedzieć, czy rozmawiacie o tym. Czy poruszacie kwestię, co będzie dalej”. — „Rację”.
„– Nie przeszkadzam? – zapytał, bowiem zauważył między nimi napięcie”. — Jeżeli akapit wcześniej masz inny podmiot, to nie polegaj na domyślnym. Można się na tym łatwo przejechać, szczególnie jeżeli czytelnik nie wczyta się wystarczająco i mylnie uzna, że napięcie było między Robertem a Basią.
„Andrzej odwzajemnił gest, a po chwili spojrzał na Basię, prostując się na krześle”. — Gdzieś już o tym pisałem, ale żebyś nie musiała potem szukać tego zdania, to powtórzę, że uśmiech nie za bardzo zalicza się do gestów.
„Jego uśmiech nie schodził z twarz”. — „Twarzy”.
„Basia uwielbiała niespodzianki, więc spojrzała na Roberta z wielkim uśmiechem na ustach. Nie pamiętała, kiedy ostatnio ktoś ją porwał na tak ekscytującą wycieczkę”. — Jakoś mi to nie pasuje do Basi, która kojarzy mi się raczej z przewidywalnością i planowaniem. No i co to za „ekscytująca wycieczka”, jak do tamtej pory mogli najwyżej zdążyć dojść do windy. Chyba że zrobiłaś tu jakiś przeskok czasowy, ale nic na to nie wskazuje.
„Musiała przyznać, że tuż po tym, jak Andrzej zaczął bombardować pytaniami na temat jej związku z Robertem oraz wliczając dodatkowo spotkanie z Gabrielą Olszak, spędzenie wolnego czasu na strzelnicy bardzo poprawił jej nastrój”. — Brak przecinka przed „oraz”. „Poprawiło”.
„Doradziła mu też, by kupił sobie szafę, bo w komodzie nie mieścił większość swoich ubrań i musiał je zostawić w podróżnej torbie”. — Zmienić na „większości”.
„Ostatnie słowa Olszaka trochę ją przeraziły, aż tak daleko nie wybiegała w przyszłość. // – Nie chcę, żeby nas związek wybiegał aż tak daleko – powiedział Robert, patrząc na nią z wielką uwagą”.

Rozdział 16.
Basia poczekała na Roberta i przyjechali do pracy razem — to było urocze. Nowi bohaterowie — współpracownicy Olszaka Juniora — na razie nie przykuli mojej uwagi, bo pojawili się tylko w opisach, więc właściwie wcale.
Za to Damian wydaje się ciekawą postacią — nie wygląda co prawda na winnego, bardziej stawiałabym na tego goryla Mistrza, coby guru zgarnął kasę po rodzicach Damiana, ale na razie nie chcę wysnuwać pochopnych wniosków.
Jedyne, co mi się w tym rozdziale nie podobało, to zachowanie policjantów. Cała trójka zachowywała się okropnie. Rozumiem jeszcze jedną osobę, ale wszyscy? To było bardzo nieprofesjonalne z ich strony. Zdecydowanie dostali za to ode mnie dużego minusa.

Uwagi:
„Dowiedziała się o Soboniu na chwilę obecną tylko tyle, że urodził się w Gdyni”. — W kolejnych zdaniach piszesz o przeszłości Sobonia, więc to, że urodził się w Gdyni, nie było jedynym faktem, który Basia wiedziała o nim.
„I jak na razie to tyle dowiedziała o podejrzanym, zanim młody Olszak nie porwał na strzelnicę, nie wspomniawszy również o krótkiej pogawędce z szefem”. — To zdanie jest dość podobne do tego wyżej, jak na mój gust, zbyt podobne, dlatego zmieniłabym to pierwsze. „Jej”. Uważam, że podkreśloną część zdania powinnaś usunąć, bo wprowadza jedynie niepotrzebne zamieszanie.
„– Wychodzisz już? – zapytał ją zaspanym głosem Robert, kiedy ubierała na siebie spodnie”. — Raczej nie ubierałaby ich na Roberta, nie?
„– Wybacz, ale muszę wracać na komisariat, by przyjrzeć jeszcze notatki ze sprawy, nim pojedziemy do Lędzin”. — „Przejrzeć”.
„Basia zbliżyła się do niego i pocałowała go w usta”. — „Go” bym usunęła, bo to praktycznie powtórzenie, do tego całkiem zbędne.
„Chciała mu powiedzieć, że się zrewanżuje, ale w danym momencie zadzwonił telefon mężczyzny”. — To brzmi dość kiepsko, pozbyłabym się tego, bo to logiczne, że to się działo wtedy.
„Marek Białecki i Andrzej Olszak przyjaźnili się jeszcze za czasów Akademii Policyjnej i pracowali ze sobą przez dziesięć lat”. — Nie mogłam się powstrzymać od skojarzeń z tą starą komedią.
„Potem, gdy dostali awans, rozdzielono ich, by prowadzili własny zespół w Wydziale Zabójstw”. — Własne zespoły.
„Choć ostatnio dowiedziała się od Roberta – który również był zdumiony tym, że czegoś się dowiedział o koleżance z pracy – że miała narzeczonego, Marcina”. — To brzmi, jakby Ada się dowiedziała, że jeszcze jakaś inna „koleżanka z pracy” miała narzeczonego.
„W międzyczasie gdy zapoznawała się z życiorysem Mistrza, Jończyk oznajmił Basi, że informatyk niczego nie znalazł na laptopach Mikulskich – żadnych ukrytych tożsamości, co bardzo zasmuciło Tomasza”. — Brak przecinka przed „gdy” i zamiast przecinka oddzielającego wtrącenie, powinien być myślnik.
„Uważał to za zbyt idealne, że po tylu latach wspólnego życia – i to nie byle jakiego życia, skoro w grę wchodził duży majątek rodzinny – nie ma żadnych spięć”. — „Nie dochodziło”. W prosektorium raczej już nie będą się kłócić.
„Niebawem zauważyli jadącego na rowerze mężczyznę, który jechał w ich stronę”. — Eh...
„Tomasz zatrzymał się, by mogli zapytać miejscowego o drogę”. — A może on był tylko przejazdem? Ale tak na serio, to trochę sugeruje, jakby chodziło nagle o jakiegoś innego mężczyznę.
„Rowerzysta stanął i popatrzył na nich z zaciekawieniem. // Rowerzysta pochylił się lekko i zdjął czapkę, chcąc tym sposobem przywitać policjantów”. — To raczej zbędne.
„Koło domu i obory kręciło się wiele osób ubranych w brązowe szaty – kobiety plotły koszyki i doiły kozy, a mężczyźni robali drewno”. — „Rąbali”.
„Cała posiadłość ogrodzona była grubymi, kolczystymi drutami, a na starej, zardzewiałej bramie widniał czarny napis: EDEN. // Kiedy Andrzej zbliżył się do bramy, jeden z mężczyzn przerwał prace przy drewnie i podszedł powoli w ich stronę, mocno trzymając w prawej ręce siekierę. —„Pracę” i druty „kolczaste”.
„Mężczyzna był chudej postury o siwych włosach oraz miał kilkumiesięczną brodę”. — To brzmi, jakby ta chuda postura miała miała siwe włosy. Dodatkowo powinno być „wątłej postury”.
„– Tak się składa, że jesteśmy z policji – powiedział komisarz Olszak, pokazując mu odznakę. – I odłóż tę siekierę, bo zrobisz sobie krzywdę – dodał. // (…) – Posłuchaj – rzekł Andrzej, który był już lekko zdenerwowany zachowaniem członka tej sekty. – To świecidełko ma magiczną moc – pokazał mu znów swoją odznakę, lecz tym razem z bardzo bliska – i brat Damian musi z nami porozmawiać. // (…) Basia zauważyła, że w Andrzeju gotowała się złość. Dobrze, że ten mężczyzna był za bramą, bo z pewnością nie skończyłoby się to dobrze – bądź co bądź, w tym momencie ten człowiek obraził policjantów”. — Przecinek przed „w tym” zbędny. Nie podejrzewałam Andrzeja o bycie bucem. Zadziwiająco szybko się zdenerwował na tego sekciarza, praktycznie za jedno zdanie. Określenie „w tym momencie” jest zupełnie niepotrzebne, a nawet przeszkadza, bo wcale nie daje czytelnikowi wrażenie, że to się dzieje teraz, a jedynie denerwuje.
„Basia od razu rozpoznała Sobonia, zważywszy na to, że ostatnio poświęciła czas na to, żeby dokładnie przyjrzeć się jego życiorysowi”. — Nie widzę sensu, żeby to tłumaczyć, czytelnik będzie wiedział, dlaczego Basia go rozpoznała i bez tego, w końcu przeglądała wcześniej jego akta, a jego zdjęcie wisiało na tablicy.
„Komisarz Olszak, a to moi partnerzy, podkomisarz Jończyk i podkomisarz Florczak – wskazał na nich, którzy również pokazali swoje odznaki”. — „Wskazał” dużą literą i po kropce oraz „a ci pokazali odznaki”.
„– Amen! – zadrwiła Basia, nie mogąc się powstrzymać. Tomek prysnął ze śmiechu, natomiast Andrzej wygiął kąciki ust do góry”. — „Parsknął”. Matulu, jacy ci policjanci są nieprofesjonalni. Nie spodziewałabym się tego, szczególnie po Basi.
„– Co ty pieprzyć?! – wściekł się Tomek”. — „Pieprzysz”.
„Basia podeszła do Tomka, by go uspokoić, bo zauważyła w oczach podkomisarza, że po tych słowach miał zamiar potrząsnąć chłopaka, by przywrócić go do rzeczywistości”. — „Chłopakiem”.
„– Mistrz nie dba o pieniądze, a ja od rodziców nic nie chcę, więc dajcie mi święty spokój. Ta rozmowa dobiegła końca. // Damian wstał i zaczął kierować się do wyjścia”. — To mogłoby być w tym samym akapicie.

Rozdział 17.
Zauważyłam, że lubisz opisywać to, jak policjanci przemieszczają się z miejsca na miejsce i warunki panujące na drogach. Szczerze powiedziawszy, to jedna z najmniej interesujących mnie rzeczy w tym opowiadaniu. Uważam, że to strata czasu i miejsca, które mogłabyś poświęcić na coś bardziej zajmującego.
Nie widzę również powodu, dla którego oddzieliłaś przedostatni fragment od ostatniego — działy się dosłownie minutę od siebie i drugi bezpośrednio kontynuował zaczęty w pierwszym wątek rozmowy z księdzem. Do tego był bardzo krótki. Chodziło o coś w rodzaju „nastrojowej pauzy”?
Jak sama wspomniałaś, rozdział był nieco przegadany. Co prawda policjanci dostali numer do jednej z byłych członkiń sekty Sobonia i pojawił się motyw naskórka, ale jednak to trochę za mało, żeby podtrzymać zainteresowanie sprawą.
Można by więc powiedzieć, że rozdział uratował patolog, choć w moim odczuciu ten występ nie zaliczał się do jego najlepszych — wydał mi się zbyt przekombinowany z tymi kanapkami i końcową wypowiedzią Bartka do Tomasza. No cóż, wszyscy mamy wzloty i upadki.

Uwagi:
„Do osiemnastego roku życia mieszkał z babcią, która, po wyprowadzeniu się wnuka z domu, sprzedała mieszkanie w Sosnowcu i wprowadziła się do domu starości”. — Spotkałam się z nazwą „dom spokojnej starości”, „dom starców” i „dom seniora”, ale „domu starości” nie znalazłam.
„Nie otrzymał nawet głupiego mandatu za złe parkowanie – czysty jak łza pod względem prawa”. — „Czysty jak łza, jeśli chodziło o przestrzeganie prawa”.
„Czuli, że mężczyzna był na tyle inteligentnym człowiekiem, że mógł spokojnie zawładnąć umysłem wielu osób”. — Mieli wspólny umysł, a to ci dopiero.
„No bo jak można wytłumaczyć to, że stąd ni zowąd oznajmia ludziom o swoim darze uzdrawiania przez dotyk i zbiera wokół siebie tłumy wiernych?” — „Ni stąd, ni zowąd”. „Oznajmił” i „zebrał” — nie ma potrzeby zmieniać czasu na teraźniejszy.
„Dlatego postanowili, że porozmawiają z księdzem, który zajmował się osobami wyrwanych spod władzy manipulacji fałszywych proroków”. — Wyrwanymi.
„Liczyli na to, że ta wizyta u duchownego będzie owocna – że będą mogli porozmawiać z kimś, kto mieszkał w Edenie, i opowie im, co się tam naprawdę działo”. — Bez przecinka przed „i”.
„Do tego zadania przydzieleni zostali Basia i Tomek, a sam Andrzej postanowił bliżej przyjrzeć się Damianowi. Chciał sprawdzić jego przeszłość – o tym jaki był, zanim trafił do sekty. Teresa Woźniak wspomniała, że chłopak był raz zatrzymany przez policję, więc Olszak postanowił sprawdzić, za co go aresztowali i jak sprawa się zakończyła”. — „To, jaki” zamiast „o tym jaki”.
„Basia od razu nalała do plastikowego kubka wodę i podała Mikulskiemu, który podziękował jej skinieniem głowy. Drżącymi dłońmi upił łyk wody”. — W pierwszym miejscu „wody”, a potem całkowicie pominąć.
„Przez moment słuchał swojego rozmówce, a po chwili rozłączył się i spojrzał na podwładnych”. — Rozmówcy.
„Wchodząc do środka, od razu zauważyli na dwóch stołach ich ofiary”. — „Ich ofiary” brzmią dość niefortunnie, jakby to policjanci ich zamordowali.
„Odrywając się pracy, wstał z krzesła”. — „Oderwał się od pracy, wstając z krzesła”.
„– Co z wami! – oburzył się, patrząc na policjantów zdezorientowany”. — Przydałoby się tu jeszcze do wykrzyknika dodać znak zapytania.
„Co do naszych denatów, pan Roman Mikulski jest czysty jak łza, nawet kawałek tuńczyka, który znalazłem w jego żołądku był w bardzo dobrym stanie – zaśmiał się po cichu”. — Brakuje przecinka przed „był”, który zamykał by wtrącenie. Niedawno użyłaś tego określenia jako narrator. Jest na tyle charakterystyczne, że nieco się gryzie, kiedy wypowiada je patolog.
„Usiadł z powrotem przy biurku, wracając do klejenia małych sreberek na małe prostokątne pudełko”. — Brak przecinka przed „prostokątne”. „Naklejania”.
„– Ty się lepiej módl, żebyś przypadkiem nie znalazł się na moim stole – pogroził Jończykowi palcem patolog”. — To zabrzmiało dość... niepokojąco. Bardziej niż reszta dotychczasowego śmieszkowania patologa.
„Szli powoli małą alejką, a po chwili zauważyli przed sobą mały, marmurowy kościół z jedną niewielką wieżyczką, gdzie na jej czubku widniał mały krzyż”. — Alejka z definicji jest mała, bo to zdrobnienie, tak samo jak wieżyczka. No i w ogóle wszystko tu jakieś małe. Plus, to kolejny marmurowy budynek do kolekcji, choć na twoje szczęście marmurowe elewacje na kościołach się trafiają.
„Weszli do środka; Basia zauważyła po lewej i prawej stronie drewniane ławy, w witrażowych oknach, jak i na jasnych ścianach znajdowały się święte obrazy, a na suficie zobaczyła złote żyrandole przypominające Basi gwiazdę. Na wprost był Ołtarz – małe mównice po lewej i prawej stronie oraz jedna duża na samym środku. Dalej dostrzegła czerwony, ozdoby fotel, a po jego bokach znajdowały się trzy małe, przeznaczone dla ministrantów. Zauważyła również złoty krzyż z wizerunkiem Jezusa oraz dwa posągi – jeden przedstawiał Maryję, a drugi apostoła Jana”. — Skaczesz od narratorki-Basi do narratora bezosobowego, więc czuć tu nieco pomieszanie. Raz jest „zobaczyła”, raz „było”. Drewniane ławy „po lewej i prawej stronie” można zamienić na „po obu stronach” dla zaoszczędzenia nieco miejsca, powraca też niechlubna konstrukcja „jak i” bez uprzedzającego je „zarówno”. Witraż to „obraz” ze szkła, więc sugerujesz, jakoby na tych witrażach wisiały dodatkowo drugie obrazy, a na pewno nie o to ci chodziło. Wszystkie żyrandole przypominały jedną „gwiazdę”, nie „gwiazdy”, tak jak powinny. Zamiast drugiej „Basi”, bardziej pasowałoby „jej”. Dlaczego „ołtarz” zapisałaś dużą literą? Masz też aż trzy „mównice” i żadnego stołu liturgicznego, co jest bardzo dziwne. „Dalej” — w rozumieniu za mównicami? To nieco niezrozumiałe. „Ozdobny”. Wreszcie, opisujesz ten kościół jakby dla kogoś, kto nigdy w takim miejscu się nie znalazł. Jest zbyt ogólnie dla zaznajomionych osób — dało się wywnioskować jedynie, że był to po prostu zwyczajny kościół, jakich wiele, więc właściwie „kościelnemu świeżakowi” za dużo nie powie. Ostatecznie nie wiem, czemu to mocno rozbudowane przedstawienie miało służyć, bo równie dobrze mogłoby tu być jedno, dwa krótkie zdania. Kościół jak kościół. Jeżeli zrobił na Basi jakieś wrażenie, to nie dało się tego odczuć.
„Miał czarne włosy, orli nos, pociągłą twarz, a za kwadratowych okularów dostrzegła jasne tęczówki”. — Zza.
„– Państwo zapewne z policji? – odparł pewnie”. — „Odparł” używa się w kontekście „odpowiedział”, nie „zadał pytanie”.
„Bardzo przejął się tym, co usłyszał, więc kapłan chciał im pomóc”. — To trochę brzmi, jakby tam był jeszcze jakiś drugi kapłan oprócz Fabiana.
„Pięć minut później ksiądz dał im karteczkę z adresem Pauliny Majewskiej, która kiedyś przynależała do sekty Sobonia”. — Myślę, że doprecyzowanie do czyjej sekty należała Paulina nie ma sensu — cały czas przecież rozmawiali o Soboniu i nikim więcej.

Rozdział 18.
Nie wiem, jaki ma sens opisywanie miejsca zamieszkania Pauliny, skoro nawet jej w nim nie było. To strata czasu. W dodatku zawsze przedstawiasz domy bardzo podobnie — marmur i kostka brukowa na ziemi pozostają nieodłącznym elementem spostrzeżeń Basi. To jakiś przekaz podprogowy?
Rozmowa z Pauliną, a raczej jej końcówka, była przyjemna, ciepła, ale odnoszę wrażenie, że policjanci nie dowiedzieli się od dziewczyny zbyt wiele. Do podobnych wniosków mogliby dojść i bez pomocy Majewskiej, przez co jej postać wydaje się niepotrzebna. Jedyna informacja, która byłaby trudniejsza do wyłowienia, to to, że goryl Sobonia zwerbował Damiana, ale na to też śledczy mogliby wpaść innymi kanałami.
Zaskoczyło mnie kontynuowanie wątku związku Tomka i cała rozmowa o pierścionku zaręczynowym. Do tej pory los Jończyka niespecjalnie mnie interesował, teraz trochę się to poprawiło, ale zastanawiam się, dokąd to prowadzi. Czyżby kolejny ślub? No i widziałam, że kilka osób w komentarzach zwróciło uwagę na jego „nieprofesjonalność” i ja też dołączam się do tej listy. Zauważyłam, że Jończyk jest najbardziej wyluzowanym policjantem z trójki, ale przydałoby się go nieco utemperować, kiedy jest w pracy albo, jeżeli taka kreacja jest zamierzona, pozwolić innym bohaterom skrytykować takie zachowanie, bo na razie wydaje się, że to zwyczajnie twoje niedopatrzenie.
I tak, Basia wreszcie przyznała się głośno i przy kimś, że traktuje związek z Robertem na poważnie. Trzeba było się trochę naczekać i cieszę się, że mamy już ten etap za sobą. Nie widziałam innego rozwiązania niż to, które nam zaserwowałaś, więc trochę mnie już to męczyło.
No cóż, miałam nadzieję, że uda mi się doczekać do końca tej sprawy, żeby móc ją szerzej skomentować, ale zrobiłaś mi psikusa i postanowiłaś poczekać na tę ocenę, więc mogę wyrazić swoją opinię tylko o tym, co jest.
Mam wrażenie, że do tej pory nic nazbyt ciekawego się nie stało — ciągle są ci sami podejrzani, a policjanci wciąż zbierają informacje o sekcie. Chciałabym zwrotu akcji, bo pomału zaczyna robić się nudno i od sprawy bardziej interesujące są problemy miłosne Basi, a ona przecież też właściwie więcej myśli o związku z Robertem, niż praktycznie z nim jest.
Dreszczyku emocji — tego mi brakuje najbardziej, bo dzieją się tu rzeczy równie ekscytujące jak na grzybobraniu. Wydarzenia po prostu się toczą, leniwie i wolno jak ślimaki, nic na dobrą sprawę nie wzbudziło mojego zainteresowania na dłużej, a bohaterowie są jak placki ziemniaczane — dobre, ale ile można ich zjeść, gdy każdy smakuje tak samo: ziemniakiem i tłuszczem — bo poskąpiono cukru i śmietany?
Twoje opowiadanie dobrze się czyta, niestety równie dobrze się o nim zapomina, a nie jest to zbyt pomyślny znak na przyszłość. Potrzeba tu pieprzu, i to takiego siarczystego, żeby rozbudzić całe to towarzystwo. Może nowy policjant tchnąłby nieco życia w ten senny klimat? Może nowy kandydat do ręki Basi? Decyzję zostawiam tobie, ale błagam, niech w końcu coś zacznie się dziać, bo inaczej czytelnicy w końcu pozasypiają z nudów.

Uwagi:
„– A bo byłeś taki niezadowolony z tego, że państwo Mikulscy byli takim idealnym małżeństwem?” — To trochę nie pasuje na pytanie.
„Odkąd jesteś wy związku z Robertem, tryskasz radościom”. — „W” i „radością”.
„Kiedy przyjechali na miejsce, Basia zobaczyła przed sobą biały marmurowy dom z czerwonymi dachówkami”. — No i znów ten marmur. To jakiś spisek? A może przez cały czas chodziło o „murowany”?
„Chodnik, który prowadził pod same betonowe schody przy wejściu, został wyłożony jasną kostką, a cała posiadłość była otoczona płotem z kutego żelaza. Podeszła z Tomkiem do domofonu, by zadzwonić, ale zauważyli, jak z tyłu domu wyłoniła się kobieta o jasnych włosach, które miała spięte w delikatnego koka”. — O matulu, to posiadłości potrafią chodzić? Bo tak właśnie wynika ze zdań. Dodatkowo nagle zmieniłaś w podmiocie liczbę z pojedynczej na mnogą: „podeszła” — „zauważyli”. No i do tej pory nie wiem, jak to jest z tymi kokami, „delikatny” — w sensie „słabo spięty”, „luźny”?
„– A czy na pewno nikt nas nie śledzi – zapytała nerwowo pani Majewska, która siedziała z tyłu samochodu”. — Jeśli zapytała, to brakuje znaku zapytania na końcu zdania.
„Państwo nie wiedzą, jak to jest odzyskać dziecko, a potem bez przerwy martwiąc się, że któregoś dnia znów mogą mi je zabrać. — „Martwić się”.
„Powiedziała, że najpierw ona porozmawia z córką –  chciała zapytać, czy będzie w stanie opowiadać o tym, co jej się przytrafiło”. — Podwójna spacja.
„Piętnaście minut później pani Majewska wyszła z młodą kobietą, która ubrana była w szary dres oraz białe adidasy. Miała czarne włosy, splecione w luźnego warkocza, mały nos oraz brązowe oczy, które jako jedyne utwierdziły Basię w przekonaniu, że kobieta była córką pani Majewskiej”.
„Basia zauważyła tam liczne sosny oraz wrzosy, które powoli puszczały swoje pąki, a po lewej stronie był mały ogródek. Starsza kobieta w niebieskich ogrodniczkach i czarnych gumiakach sadziła w rzędach gałązki do ziemi. Kiedy zobaczyła Paulinę, uśmiechnęła się do niej pogodnie”. — Możesz usunąć „był” bez żadnej szkody. Ten opis jest całkiem niezły — podajesz dokładnie, że były tam sosny i wrzosy, a wygląd kobiety — ogrodniczki i gumiaki — są dość charakterystyczne, tak samo dokładnie podałaś, co kobieta robiła, więc łatwo było to sobie wyobrazić. Tak trzymać.
„– Żeby łowić kolejne dusze? – zapytała dla pewności Basia, no co Majewska kiwnęła głową”. — „Na”.
„W tak na poważnie?” — „Wy”.
„Florczak poczuła gule w gardle, kiedy usłyszała pytanie kolegi”. — Gulę, bo zakładam, że jedną.
„– Tak, Tomku – rzekła z uśmiechem. – My na poważnie”. — To drugie zdanie, choć jest niemal kalką wcześniejszej wypowiedzi Tomasza, brzmi po prostu źle. Lepiej już całkiem ściągnąć jego wypowiedź i dodać „tak” między „my” i „na”, wtedy będzie bardziej naturalnie.

Podsumowanie:
Treść opowiadania:
Narracja:
Zanim zacznę się rozpisywać, chciałabym tylko zaznaczyć, że nie mam zbyt dużego doświadczenia z historiami blogowymi pisanymi z perspektywy narratora wszechwiedzącego. W związku z tym, przez większość czasu nie zauważyłam, że używasz tego typu narratora (głównie uznawałam opisowe części za denerwującą ekspozycję) i byłam zdziwiona, że czasem odłączałaś się od Basi-narratorki. Właściwie to miałam wrażenie, że masz dwóch narratorów — Basię i jeszcze jakąś bliżej niezidentyfikowaną personę. Skąd mi się to wzięło? Sama chciałabym wiedzieć.
Chwila, może to dlatego, że jako podmiot domyślny „ustawiłaś” permanentnie Basię. W żadnym wypadku nie można tak robić. Nie wolno zakładać, iż czytelnik uzna, że, jeśli pomijasz określenia kogoś, jest mowa o głównej bohaterce. To absurdalne założenie i nie ma żadnego pokrycia z rzeczywistością i zasadami pisania.  
Podmiot domyślny nie jest czymś, co można sobie wybrać na stałe. Najczęściej jest to ta sama osoba, która była podmiotem w poprzednim zdaniu. Jeżeli przez cały akapit mówiłaś o Robercie, nie możesz nagle wrzucić zdania zaczynającego się od „pomyślała, widziała, myślała” itd. a potem kontynuować, wracając do Roberta jako podmiotu. Przez coś takiego twoi czytelnicy będą bardzo zdezorientowani, a co ważniejsze, często nie będą mogli stwierdzić, o kim mówisz, szczególnie, jeśli w scenie pojawi się druga kobieta.
Ale wracając do głównej myśli, brak zrozumienia w kwestii narratora doprowadził mnie do wniosku, że piszesz naprawdę wiele niepotrzebnych rzeczy z niewyjaśnionego dla mnie powodu. Co prawda wciąż myślę, że piszesz naprawdę wiele niepotrzebnych rzeczy, ale teraz przynajmniej wiem, skąd ci się to wzięło. Potraktowałaś okazję, jaką daje narrator wszechwiedzący, do dzielenia się swoją wszechwiedzą na temat bohaterów. I to mnie okropnie boli. Już wyjaśniam dlaczego.
W moich oczach narrator wszystkowiedzący nie powinien być narratorem wszystkomówiącym. Zupełnie tak jak z ludźmi — to, że wiesz coś wstydliwego o sąsiadce z naprzeciwka, nie znaczy, że opowiesz o tym swojej koleżance, szczególnie że ta koleżanka nawet nie zna sąsiadki. Czytając twoje opowiadanie, poczułam się jak koleżanka słuchająca o sąsiadce. Na początku śledziłam, co się dzieje, a potem zaczęłam się zastanawiać, po co mi o tym opowiadasz. Nie masz nic ciekawszego do powiedzenia, chcesz zabić czas, przedstawić mi kogoś?
Prawdopodobnie chodzi o to trzecie, ale ja zupełnie tego nie czuję. Poznanie zupełnie przypadkowego zbioru faktów o bohaterze wcale nie sprawi, że nawiążę z nim więź, zacznę go rozumieć i tak dalej. Nie, ja po prostu coraz bardziej się znudzę, powtórzę zdawkowe „aha, aha”, w duchu prosząc, żebyś dotarła wreszcie do świeżych ploteczek o ludziach, którzy mnie obchodzą, gdyż bohaterowie, których dopiero co poznaję, są daleko od kręgu mojego zainteresowania. Dlaczego mieliby być? Nie wiem, czy będą tu tylko chwilowo, czy zostaną na dłużej. A jeśli to drugie, to tym bardziej nie chcę dowiadywać się o ich życiu z ploteczek, bo to takie niepewne źródło — nigdy nie wiadomo, czy można mu wierzyć. Wolałabym zobaczyć na własne oczy, co tamta sąsiadka tak naprawdę robiła, i wtedy mogłabym wyrobić sobie o niej opinię, a nie opierać się na subiektywnej relacji znajomej.
Odchodząc już od tematu jakości twojej narracji, chciałabym zahaczyć na moment o to, czy ma ona w ogóle sens, jeżeli chodzi o to konkretne opowiadanie kryminalne. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że potencjał takiego narratora zwyczajnie się tutaj marnuje, a historia skorzystałaby, gdybyś oddała pałeczkę Basi — zastosowała narrację personalną z jej perspektywy. No bo na chłopski rozum, lepiej chyba mieć ograniczoną, stopniowo zdobywaną wiedzę przez bohatera niż narratora, który gdyby tylko chciał, mógłby wskazać winnego palcem. Nie sądzę, żebyś to zrobiła, po prostu wydaje mi się, że ta narracja i tak w połowie jest już basiowa i możliwości wszechwiedzenia używasz właściwie tylko po to, żeby coś streścić albo kogoś „przedstawić”. Taki bezosobowy narrator odbiera też historii charakter, pozostawiając ją nudną, bo „obiektywną” w swoich spostrzeżeniach. Basia mogłaby postrzegać inne osoby jakoś, narrator powie, jacy są. Basia mogłaby się domyślać, dlaczego ktoś jest jakiś, narrator powie: „bo umarła mu żona”. Basia mogłaby stwierdzić, że dom, który odwiedza, kojarzy jej się z tym, w którym imprezowała na studiach i przy okazji przywołać miłe wspomnienia, narrator stwierdzi, że dom miał dwa piętra, ogródek i ściany odmalowane na biało. A twoja Basia i tak ma swoje zdanie na wszystkie te tematy, po co więc dokładać jeszcze tego nudziarza, który nie powie, czy szklanka jest do połowy pełna, czy do połowy pusta, a zwyczajnie, że jest po prostu pół szklanki wody? Cóż, ostatecznie każdemu jego porno i ten akapit jest tylko sugestią. Jestem zwolenniczką teorii, że w opowieści ważniejsi są bohaterowie niż fabuła. A kiedy można być bliżej nich, jak nie wtedy, gdy chodzi się pośród nich? Zauważyłam, że kładziesz duży nacisk na postacie, ich życie prywatne i wybory, więc decyzja o użyciu przyglądającego się z góry opowiadacza wydaje mi się tym bardziej nietrafiona.
Czytałam również opowiadania z twojego drugiego bloga i stwierdzam, że bardziej podoba mi się u ciebie narracja pierwszoosobowa (która jest dość bliska trzecioosobowej personalnej), ale oczywiście nie zamierzam namawiać cię na taką drastyczną zmianę w tak dalece posuniętym opowiadaniu; poza tym uważam, że powinno się ćwiczyć i próbować wszystkiego.

Fabuła:
Podczas omawiania poszczególnych rozdziałów miałam na ogół niewiele do powiedzenia, ale nie uznawaj tego za zły znak. Najczęściej dzielę się opinią, kiedy stało się coś albo nielogicznego, niezgodnego z charakterem bohatera lub zwyczajnie głupiego, albo coś jest świetnego. W większości twój tekst jest po prostu okej — ocenę tego, czy to dobrze, czy źle zostawiam tobie.
Jak na osiemnaście rozdziałów, mam wrażenie, że wydarzyło się niewiele. Części są co prawda dość krótkie, ale myślę, że można było z nich więcej wycisnąć. Do tej pory mieliśmy dwie sprawy kryminalne (w tym jedna niedokończona), plus wątek romantyczny i do tego trochę wątków obyczajowych, z których interesował mnie tylko ten z Krystianem. Co mogę powiedzieć, polubiłam tego gościa. Zauważyłam również, że problemy miłosne Basi są dla mnie ciekawsze niż morderstwa. Gołym okiem widać, że bardziej odnajdujesz się w obyczajówce.
Twoja fabuła jest mocno liniowa. Mam przez to na myśli, że czytelnik nie widzi innych, możliwych rozwiązań fabularnych niż te, które sobie wcześniej zaplanowałaś i do których cierpliwie dążysz. Najbardziej rzucający się w oczy przykład — Basia i jej uczucia do Roberta. Kto nie miał pewności, że Basia będzie chciała stworzyć z nim prawdziwy związek, ręka do góry. Co, nikt nie podniósł ręki? No właśnie. Prowadziłaś ten wątek tylko w jednym możliwym kierunku, nie pozostawiłaś nawet cienia wątpliwości, że Basia mogłaby wybrać inaczej. Tak, zrzędziła, że nie wie, czy chce się pakować w poważny związek, ale powiedzmy sobie szczerze, jeżeli czuła się u boku Roberta jak pączek w maśle, to choćby i nie chciała związku, to by z nim została, mając nadzieję, że w końcu jej się odmieni. Gdyby jednak na horyzoncie pojawił się drugi, równie kuszący adorator, czytelnik musiałby się zastanawiać, kogo bohaterka wybierze. Albo już w scenariuszu bez drugiego faceta, ale w którym sam Robert nie byłby taki idealny, jak to się na początku wydawało, i Basia musiałaby poważnie przemyśleć, czy jest w stanie zaakceptować jego wady. Bo nie wiem, czy zauważyłaś, ale Robert może być z powodzeniem facetem marzeń wielu kobiet. Przystojny, kochający, dobrze gotujący. Czego chcieć więcej? A jakby rozrzucał skarpetki po całym mieszkaniu, to Basia ze swoją maniakalną potrzebą zachowania porządku dwa razy by zastanowiła, zanim wpuściłaby go do mieszkania.
Z innych przykładów — Filip może nie polubić się z Krystianem, matka nie zaakceptować Krystiana, Tomek zostawić Agnieszkę i tak dalej, i tak dalej. Zbyt dużo spraw u ciebie jest wyrytych w kamieniu. Czytelnik nie pomyśli „i co dalej, umieram z ciekawości”, tylko „tak, dokładnie tak, jak miało być”. Nudne to po prostu, nie zmusza do główkowania, a jedynie biernego śledzenia wydarzeń.
Ze sprawami kryminalnymi jest podobnie, ale nie do końca. Są momenty, w których nie wiadomo, kto okaże się winny, ale raczej z braku podejrzanych do wyboru niż super nakreślonej intrygi. No bo tak, w pierwszej sprawie skaczesz od jednego do drugiego winnego, ale po drodze, dając nowe elementy układanki, szybko wykluczasz poprzednich. Czytelnik cały czas dostaje nowe odpowiedzi, ale nie ma możliwości powrotu i połączenia ich z wcześniejszymi. Za to w drugiej nie dajesz żadnych innych podejrzanych niż sektę.
Ogólnie rzecz biorąc, fabuła tego opowiadania nie zaskakuje, a sprawy praktycznie rozwiązują się same. Nie brzmi zbyt zachęcająco.

Świat przedstawiony:
Czas i miejsce akcji:
Na początku każdego rozdziału podajesz datę, więc nie da się zgubić. Zawsze też dbasz, żeby było dokładnie wiadomo, w jakiej lokacji obecnie znajdują się bohaterowie, za co należy się plus. Niestety, opisujesz dojazd lub samą lokalizację miejsca tak, że osoba, która nie zna Katowic i okolic, nie będzie miała pojęcia, gdzie ono jest, więc za to minus.
Twoje opowiadanie ma miejsce w Polsce, co oszczędza wielu różnych komplikacji. Osobiście lubię, kiedy historia ma miejsce w naszym kraju, bo problemy bohaterów wydają się mi bliższe niż, powiedzmy, Kathy mieszkającej w USA.
Cała akcja dzieje się w marcu, choć wydaje się, jakby to było znacznie, znacznie dłużej. Kurczę, dopiero teraz naprawdę to zrozumiałam — minął niecały miesiąc, odkąd Basia poznała Roberta. To wiele tłumaczy. Naprawdę wiele. Mam wrażenie, że zarówno ja, jak i komentujący mogliśmy nieco wypaczyć ten fakt ze względu na to, że opowiadanie jest publikowane od dawna, więc i naturalnym stanem rzeczy byłoby, gdyby i czas płynął podobnie. W ogóle brawa dla ciebie, Dusiu. Nie wyobrażam sobie pisać o jednym miesiącu przez pół roku, a co dopiero dwa lata. To się nazywa determinacja.

Opisy:
Cóż, nie jesteś w nich mistrzynią, tyle mogę powiedzieć. Roi się tam od powtórzeń, a sposób, w jaki opisujesz bohaterów, miejsca, budynki jest zawsze taki sam — panuje tam pełna schematyczność. Jakbyś wykrawała ciastka okrągłą foremką. Nudny, sztampowy, jednorazowy opis, o którym zapomina się po skończeniu czytania — tak mogę go określić.
Opisując domy, piszesz o marmurach, dachach, wyłożonych kostką dróżkach i ogrodach.
Opisując bohaterów, piszesz o ubraniach, które noszą, włosach, oczach, konkretnym wieku, profesji i wszystkich możliwych traumach, które przeżyli.
Opisując miejsca, piszesz o przypadkowych elementach wystroju, ale na tyle niejasno, żeby nie móc zobaczyć całości pomieszczenia.
To sprawia, że mam wrażenie, jakbym ciągle czytała to samo. Nawet rodzajów lokacji za bardzo nie zmieniasz, bo policjanci poruszają się głównie po domach jednorodzinnych — nikt w Katowicach, oprócz Roberta i Basi, nie ma mieszkania?
Opierasz się na bardzo podstawowych określeniach — „być”, „mieć”, „znajdować się”.  Nic nie przyciąga uwagi czytelnika na dłużej, bo nie dajesz mu takiej szansy. Wszystko zostaje opisane tak samo sucho i beznamiętnie — nie ma rzeczy odrażających ani wyjątkowo pięknych. Nic mnie w twoim opowiadaniu nie nie zachwyci, nie odrzuci, a już tym bardziej nie zainteresuje. Bohaterowie, miejsca, dekoracje po prostu są, wypełniają przestrzeń.
Do opisów bohaterów nigdy nie wracasz (wyjątkiem jest Robert), więc jak komuś umknął kolor włosów, powiedzmy komisarza, no to pozamiatane — zostało tylko się wracać (a nie sądzę, żeby komukolwiek się chciało). Powinno być zupełnie odwrotnie — najlepiej, żebyś co rozdział dorzucała nowych informacji o swoich postaciach, tyle, że dyskretnie, przy okazji, a nie w postaci streszczeniowych akapitów. Raz rzucić, że Jończyk jest bardzo wysoki, kiedy musi się nad czymś schylić. Raz napomknąć, że Robert ma smukłe palce, kiedy Basia przygląda mu się, jak obraca w rękach kubek po kawie. Raz dodać, że Basia dostrzega nitki siwizny u Olszaka, kiedy ten poprawia fryzurę. Chyba dość już przykładów — zasada zawsze jest podobna. Uwierz, to nic trudnego po paru próbach. Ostatecznie nawet nie będziesz zdawała sobie sprawy, że to robisz. Wystarczy tylko nieco praktyki.
Musisz też nauczyć się wartościować. Bohaterowie główni i poboczni potrzebują więcej miejsca niż bohaterowie epizodyczni. Budynki, do których postacie wracają, potrzebują więcej opisu niż te, które odwiedzą jednorazowo. Przedmioty, które mają znaczenie dla fabuły i bohaterów, trzeba pokazać dokładniej niż przypadkową książkę, doniczkę czy szklankę. Ty dzielisz wszystko po równo. Nie tylko krzywdzisz tym czytelnika, sugerując mu: „wszystko jest ważne, masz pamiętać o wszystkim”, ale również samą historię, która przez to jest nijaka. Będę jeszcze o tym wspominać, ale zapamiętaj — jeżeli wszystko jest ważne, to tak naprawdę nic takie nie jest.
Twoim problemem jest również zbytnia ogólnikowość. O ile przy osobach jeszcze nieco się starasz (jak dla mnie bez powodzenia), tak przy reszcie całkowicie odpuszczasz. Aby tylko zrobić swoje i mieć to z głowy. Spróbuj używać mocniejszych i dokładniejszych słów, a na pewno zobaczysz różnicę. Najprostszy przykład: straszny — przerażający, kwiat — petunia. To powinno nadać większego wyrazu twojemu opowiadaniu.
Często używasz takich samych zwrotów w podobnych sytuacjach. Chyba najbardziej rzuca się to w oczy przy scenach romantycznych. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy w „Śladach tajemnic” też to się pojawiło, ale w czytając twoje miniaturki, trafiłam na frazę „pogłębić pieszczotę” o wiele więcej razy, niżbym chciała. Za to na pewno w ŚT bohaterowie parę razy „jęknęli rozkosznie”.
Wielokrotnie zdarza ci się dublować informacje — najpierw, jakby sugerujesz, że coś się dzieje, a chwilę później, już bardziej dosadnie, to potwierdzasz. W efekcie dostajemy masę oczywistości w stylu: „Florczak westchnęła niezadowolona na wieść o tym, że musiała wracać do pracy”. Jedyne, co stało się wcześniej w tym rozdziale, to telefon od szefa. Nie mogę wyobrazić sobie innego powodu, dla którego Basia miałaby wzdychać w tamtym momencie, a jednak ty dodałaś, że to z powodu pracy. Albo też kilka razy mówisz, że twoja protagonistka nie lubi żywych kwiatów. Zasłyszałam pewną radę i myślę, że może się tutaj nadać, choć odnosi się do filmów — jeżeli coś ma zostać zapamiętane, bo jest ważne, trzeba tego użyć czy wspomnieć trzy razy. Nie polecałabym zwiększać tej liczby, bo gdy czytelnik już coś zapamięta, ciągłe przypominanie mu o tym będzie go tylko denerwować.
Twoje opisy to praktycznie reportaże i streszczenia, czyli coś, czego w opowiadaniach powinno się unikać. Postaraj się nadać im więcej charakteru, zwięzłości — wyrzuć wszystko, co niepotrzebne — głównie całą tę reporterską otoczkę — a skup się na istotnym i właśnie to rozwijaj. Twój styl leży bardzo blisko kompletnej nijakości, a to chyba największe zagrożenie dla każdego tekstu. Bo jeśli coś jest nijakie, nikt tego nie zapamięta, nikt się nie przejmie losem bohaterów, a w głowach nielicznych czytelników nie pojawią się żadne pytania, rozważania i dylematy.  
Koniecznie zajrzyj do naszego poradnika o tle: link. Znajdziesz tam właściwie wszystkie najważniejsze rzeczy, o których musisz wiedzieć, żeby poprawić się w opisach.

Wydarzenia:
Odnoszę wrażenie, że wydarzenia/czynności traktujesz jak konieczny przystanek na drodze do myśli i opisów. A to zupełnie nie tak! Trzeba patrzeć na nie jak na okazję do pokazania czytelnikowi charakteru bohatera nie poprzez wnętrze, a zewnętrze.
Przykład: policjanci wychodzą z samochodu — Basia zamyka drzwi dokładnie, żeby czasem nie przytrzasnąć pasa, Tomek trzaska, a Olszak robi to cicho — trzy osoby, trzy różne sposoby na zrobienie tej samej rzeczy, trzy różne cechy charakteru pokazane przez drobną czynność.
Przez obcinanie takich rzeczy, tracisz szansę na wykreowanie bohaterów po cichaczu, gdzieś tam w tle, gdzie nikt nie zastanawia się, dlaczego Tomek trzaska, ale wie, że to do niego podobne i akceptuje to zachowanie, traktuje jak coś naturalnego. Wtedy każdy będzie wiedział bez potrzeby tłumaczenia, że jak Tomek nie trzaśnie drzwiami, to dzieje się coś niezwyczajnego i trzeba się skupić, żeby niczego nie przegapić.
Do tego, kiedy bohaterowie nic nie robią, jest nudno. Czytanie o przemyśleniach czy przedzieranie się przez opisy nie popychają akcji do przodu — wydarzenia stoją w miejscu. A to by policjanci raz stanęli w korku, bo na drodze zdarzył się wypadek, a to pobiegaliby sobie za podejrzanym, a to Basia naprawdę by poszła z Robertem na strzelnicę, a nie tylko opowiedziałaby, że była. Ile by można z tego emocji wycisnąć! Emocji nam trzeba, Dusiu!
Zabawna rzecz, mówi się na to opowiadanie, a zabraniają opowiadać, nie? Tak to już jest, że żywe wydarzenia bardziej oddziałują na czytelnika niż sprawozdania.

Brak konfliktu:
Zdecydowanie największą wadą tego opowiadania jest brak konfliktu. Jakiegokolwiek.
Dla ułatwienia na początek zarzucę definicją. W tym wypadku Wikipedia się nada:
Konflikt (z łaciny conflictus – zderzenie) – niezgodność, sprzeczność interesów, poglądów, spór, zatarg.
Konflikt to zjawisko powszechne, nieuchronnie związane z życiem społecznym. Pojęcie konfliktu można rozpatrywać w różnych aspektach, np. jako proces, w którym jednostka lub grupa dąży do osiągnięcia własnych celów przez wyeliminowanie, podporządkowanie sobie bądź zniszczenie jednostki lub grupy dążącej do celów podobnych lub identycznych. Wystąpienie realnych problemów nie jest jednak konieczne do powstania konfliktu. Niejednokrotnie wystarczy już samo przekonanie zaangażowanych stron o wrogim nastawieniu przeciwnika”.
Odniosłam wrażenie, że twoim celem nie jest napisanie historii, tylko przedstawienie bohaterów. Basia jest taka i taka. Czytelnik pamięta już czy jeszcze nie, że nie lubi kwiatów? Albo że jej ojciec był pijakiem? To twoje zmartwienia, a reszta jest tylko skutkiem ubocznym osadzenia bohaterów w przestrzeni. Bo trzeba dać jakiś opis, coś się musi dziać tam w tle.
Zależy ci na relacjach między bohaterami, ale tylko tych dobrych, nie chcesz u siebie niezgody, przeciwności losu. Twoje postacie nie mają odmiennych zdań, nie kłócą się ze sobą, nie obrażają się na siebie ani nie oszukują. Żyją spokojnie, myślą o jakichś rzeczach, bo chcesz pokazać ich — ich wnętrze, ich rdzeń, to, kim naprawdę są. Ale jak pokazać to, kim są, jak nie przez pokazanie tego, kim nie są? Jak pokazać prawdziwą naturę człowieka, jeżeli nie w trudnej sytuacji, w chwili przegranej? Póki jest dobrze, to i ludzie są dobrzy. Po prostu są, nie wadzą nikomu, siedzą na kanapach i obżerają się chipsami. Ale kiedy zaczyna się robić gorąco, wtedy muszą podjąć skomplikowane wybory, oparte na ich moralności, przekonaniach i związkach z innymi ludźmi. Wtedy są najbardziej sobą.
Jak twoi bohaterowie ma się stać swoją najlepszą wersją, jeżeli nie rzucasz im kłód pod nogi, nie hartujesz ich w ogniach piekielnych? W bezkonfliktowym środowisku człowiek nie nauczy się stawiać czoła przeciwnościom losu. Nie nauczy się chcieć więcej, sięgać wyżej, iść dalej. Co otrzyma, z tego się ucieszy, ale nie będzie walczył o swoje. Ktoś coś mu zabierze — trudno, może kiedyś odda. Może nie, co za różnica.
Łatwo mi zrozumieć, dlaczego nie chcesz iść drogą pokazywania konfliktów — bo ludzie są słabi, egoistyczni i głupi. A kto by chciał tworzyć głupich, egoistycznych bohaterów, no kto? Każdy chce, żeby jego dzieciaczki były wymuskane, najlepsze na świecie. Grały pięknie na fortepianie i przynosiły ze szkoły same piątki. Tylko, że nikt nie chce czytać o takich dzieciach, bo takie dzieci są nudne i denerwują swoimi niekończącymi się sukcesami. Robią coś i to coś im wychodzi. Brawo one. Klask, klask. O, znowu im wychodzi, klask, klask. O, i znowu, i znowu, i znowu. Klask, klask, klask. Brawo, dzieci, jesteście takie genialne, cudowne, no tylko pozazdrościć takich dzieci.
Tylko że czytelnik nie może wejść w skórę takich postaci, nie może ich zrozumieć, a nawet sympatyzować z nimi, bo one nie są realistyczne, nie są ludzkie. Ludzie popełniają mnóstwo błędów na swojej drodze, kiedy twoi bohaterowie przechodzą przez życie, nie martwiąc się o nic. Nic nie jest ponad ich siły.
Wiesz, co się dzieje, gdy nic nie jest przeszkodą? Przestajesz się starać, przestaje ci zależeć i zaczynasz robić wszystko automatycznie. Zależy ci na obraniu ziemniaka? Nie, bo umiesz go obrać, co to takiego obrać ziemniaka? Ciach i gotowe. No, a teraz pomyśl, że nie umiesz obrać ziemniaka. Czy zależy ci na obraniu ziemniaka? Tak, bo bez ziemniaka nie ma farszu na pierogi, a bez pierogów obiadu. No i co teraz? No, teraz to trzeba się nauczyć obierać. Najpierw taki ziemniak będzie kwadratowy albo z oczkami, albo w ogóle z nieobranymi kawałkami skórki. Ale z czasem ziemniak będzie pięknie obrany. I wtedy przestaje ci zależeć. Bo to tylko ziemniak, prawda? Masz już cały garnek takich samych naobieranych ziemniaków. Chodzi zwyczajnie o to, że rzeczy mają największą wartość wtedy, kiedy ich nie mamy. Jeżeli twój bohater ma wszystko, to na czym mu zależy? Czego pragnie?
No, ale pewnie powiesz — przecież Basia chce znaleźć mordercę Daniela a potem Mikulskich, no przecież chce. Naprawdę? Bo ja nie widzę, żeby Basia myślała o tej sprawie, żeby główkowała i wyrywała sobie włosy z głowy. Ona po prostu jeździ na przesłuchania z Andrzejem oraz Tomkiem i słucha, co tam sobie świadkowie pogadają. A potem wraca do domu i koniec. No, ale wtedy powiesz — przecież martwi się związkiem z Robertem. Czyżby? Robert przez cały czas jest wyrozumiały, nie naciska, nie drąży, jeszcze kolacyjki robi, więc jak na mój gust to Basia mogłaby go i do końca życia zwodzić, zastanawiając się, czy chce z nim być na poważnie. Może nic nie robić, siedzieć na komendzie przez całe miesiące, a nic się nie zmieni. Morderca sam się znajdzie, Robert będzie robił kolacyjki. I jak ja mam się zaangażować i przejąć? Przecież i tak wszystko skończy się dobrze. Był morderca, nie ma mordercy. Był brat Basi, nie ma brata Basi. Kiedyś wróci.

Bohaterowie:
Bohaterowie główni:
Barbara Florczak — jak na główną bohaterkę wydaje mi się nieco zbyt nijaka. Podczas spraw głównie siedzi i relacjonuje, co się dzieje. Nie może zdecydować się, czy chce być z Robertem na poważnie, mimo że z góry wiadomo, iż innej opcji po prostu nie ma. Nie lubi żywych kwiatów na wzór autorki. Lubi za to pomagać w rozwiązywaniu nie swoich problemów bardziej niż zamykać sprawy kryminalne, przy których staje się zaskakująco pasywna — ewidentnie brak jej w tym względzie pomysłowości i motywacji. Jeżeli policjanci dostają jakieś zadanie, wykonuje je, ale nie robi nic ponadto. Ma dwóch braci, lubi porządek i nakłada róż na gołą skórę.
Robert Olszak — kiedy myślę „Robert”, widzę szeroki uśmiech. Potem naprawdę fajnego faceta, który kocha Basię i jest bardzo wyrozumiały dla jej niezdecydowania. Gdzieś tam w tle jarzy mi się jeszcze słowo „policjant” i „postrzał”. Robert jest spełnieniem marzeń wielu kobiet o idealnym partnerze. To bardzo miła odmiana od standardowych bad boyów, ale jednak brakuje mi w nim głębi, czegoś ponad byciem dobrym facetem. Na razie jest nieco mdły w swojej doskonałości.
Andrzej Olszak — naprawdę trudno mi o nim powiedzieć cokolwiek poza „spoko gość”. To jeden z tych bohaterów, którzy są, pchają fabułę i wzbudzają nawet sympatię, ale nic poza tym. Andrzej jest głównie maszyną do zadawania świadkom pytań i rozporządzania podkomisarzami. No i jeszcze „tym fajnym ojcem Roberta”. Brakuje mu charakteru, cechy, która nie łączy się z jego życiem policyjnym i rodzinnym. Na razie pan Andrzej jest zbyt nijaki, żeby być interesującym.
Tomasz Jończyk — ten gość... Ach, miałam problem z zapamiętaniem jego imienia przez całą pierwszą sprawę. Teraz nazywam go „tym nieprofesjonalnym policjantem z dziewczyną, której ma się oświadczyć”. Przez 80% czasu mnie nie obchodzi, a przez 20% — wkurza.

Bohaterowie poboczni:
Powiem szczerze — mylili mi się, zapominałam ich imion i tego, kto kim jest. Zdarzało mi się zaglądać do zakładki z postaciami, żeby sobie przypomnieć, a na drugi dzień, przy dalszej lekturze, znów umykało mi to z pamięci (być może ma to związek z tym, że mam ogólnie słabą pamięć i nie zwracam zbytniej uwagi na szczegóły, kiedy lecę z historią, więc moja opinia może być nieco na wyrost).
Często miałam ochotę pomijać notki biograficzne nowo pojawiających się bohaterów (chociaż oczywiście czytałam wszystko) i zadawałam sobie pytania: „po co mi to?”, „jaki jest tego cel?”, „dlaczego mam czytać akurat o tej postaci, tylko dlatego, że pojawiła się w scenie?”, „czy to będzie ważne za ileś tam rozdziałów?”, „mam to zapamiętać czy to olać?”. To nie było dla mnie przyjemne doświadczenie, tylko dość męczące. Wiesz, coś w rodzaju poczucia, że dowiadywanie się tych rzeczy jest bezsensowne. Na początku starałam się je spamiętać, ale potem odpuściłam, bo w dziewięćdziesięciu procentach nie miały wpływu na historię.
Oprócz omówionych poniżej, żadna specjalnie się nie wyróżniała. Pełnili raczej rolę tła, aniżeli osób z krwi i kości.
Bartosz Długosz — dostaje medal za najbardziej charakterystyczną postać w opowiadaniu. Jest tak dziwny, że aż ciekawy. Dobrze, że nie pojawia się częściej, bo bardzo szybko by się przejadł. Czasem miałam co prawda wrażenie, że coś w nim nie gra, jakbyś poszła o krok za daleko z jego kreacją, ale zdaję sobie sprawę, że tak pokręconych bohaterów trudno utrzymać w ryzach. Nieco szkoda, że nie jest bardziej zabawny. Gdzieś przeczytałam, że inspirowałaś się przy nim serialową postacią, ale nie oglądałam „Komisarza Alexa”, więc nie jestem w stanie sprawdzić, na ile charaktery patologów się pokrywają.
Krystian Florczak — ten fajny brat Basi. Dobrze się czyta sceny z jego udziałem, można odczuć, że mają z Basią dobry kontakt. Chciałabym, żeby pojawiał się częściej.

Płascy bohaterowie:
Co poradzić na płaskich bohaterów? Wprowadzić unikalne głosy postaci. Zastosować różne style wypowiadania się, dać poszczególnym bohaterom własne powiedzonka, ulubione frazy i schematy mówienia — jeżeli ktoś lubi sport, będzie porównywać sytuacje życiowe do np. meczów piłki nożnej. Ktoś inny jest artystą (jak Mike z „Pod osłoną nocy”) i będzie nawiązywał w swoich wypowiedziach do sztuki. Naukowiec będzie postrzegał świat przez pryzmat nauki i poddawał wszystko logicznej analizie.
Basia jako policjantka może odwoływać się do swojego zawodu w rozmowach prywatnych, w przemyśleniach operować fachowym językiem, może zdarzać jej się „przesłuchiwać” znajomych, zamiast zwyczajnie z nimi rozmawiać. Chociaż, jeżeli chodzi o główną bohaterkę, nie jest najgorzej, ale i tak byłabym za większym uwydatnieniem jej cech poprzez zachowanie oraz decyzje, które podejmuje, bo wydaje mi się, że bardziej mówisz czytelnikowi, jaka jest Basia, zamiast zwyczajnie to pokazać.
Staraj się też zwracać większą uwagę na charakterystyczne cechy ubioru — nietypowe oprawki okularów, neonowe kolory, biżuterię, wyróżniający styl: rockowy, kowbojski przesadnie ascetyczny lub niedbały (szerzej opisuj dwie, może trzy części ubioru, które najbardziej się wyróżniają, ale nie więcej) — czy wyglądu bohaterów — pieprzyki, wydatne usta, orli nos, duże dłonie, krzaczaste brwi, tatuaże.
Czasami twoi bohaterowie rozmijają się z charakterystyką, którą im zaserwowałaś w streszczeniach. Najlepszy przykład — Tomek. Napisałaś, że jest zabawny, ale jakoś nie zauważyłam, żeby opowiadał dowcipy współpracownikom, ani w ogóle zachowywał się jak śmieszek. Do tego twoje postacie zbyt często reagują tak samo — to najłatwiej zauważyć, kiedy policjanci przepytywali członka sekty — cała trójka podśmiechiwała się, ja natomiast nie mogłam uwierzyć, że Basia mogła się tak zachować — to było zupełnie nie w jej stylu.
Masz za dużo „spoko gości” w swoim opowiadaniu. Wiem, zabawnie to brzmi, ale już spieszę z wyjaśnieniem, o co mi chodzi.
Duża część twoich bohaterów to mężczyźni, co nie jest niczym dziwnym, biorąc pod uwagę tematykę opowiadania. Problem stanowi to, że zasadniczo dzielą się na „spoko gości” i „przestępców”.
Robert, Andrzej, Krystian, Filip, „ten drugi brat Basi”, Broll, przyjaciel zmarłego Mikulskiego, Tomasz, nawet trochę dziwny Bartek — wszyscy łapią się w którymś miejscu w schemat „dobrego kolesia”, „spoko gościa”, „fajnego faceta” czy jak kto sobie to nazwie. Wiadomo, o jaki typ chodzi. Poza byciem „tym dobrym”, nie bardzo mają się czym pochwalić, brakuje im indywidualności. Każdy z nich czymś się zajmuje, kogoś ma i żyje sobie spokojnie, nie wadząc nikomu. I to właśnie sprawia, że nie mogę odróżnić jednego od drugiego. Jak pewnie zauważyłaś, napisałam nawet „ten drugi brat Basi”, tak bardzo nie zależy mi na tym bohaterze, bo to nie osobna postać, a „brat Basi”. Taką dostał rolę i w niej siedzi, nie wyściubiając nosa nawet o centymetr dalej (tak, jest też ojcem i mężem i ma jakąś pracę w jakiejś firmie, ale jakie to właściwie ma znaczenie?).
Z drugiej strony są „przestępcy”, „podejrzani” i reszta ferajny — eee... no, jak oni się nazywali? A tak: Damian, Soboń, goryl Sobonia. A z pierwszej sprawy... hm... Flasha i no... eee... poddaję się. W każdym razie ktoś tam był i był „tym złym”. Dałaś Flashy jakieś smutne wytłumaczenie na końcu, ale zapomniałam już, o co chodziło. Był i nie ma, po co mam zawracać sobie tym głowę, jak już się nie pojawi? Soboń jak Soboń, ma tę swoją sektę, Damiana nie obchodzi rodzina i spadek, za to podoba mu się w sekcie. Tyle z charakterystyki.
Oba warianty (choć drugi bardziej) są płaskie jak pizza na ekstra cienkim spodzie i napakowane dodatkami tak jak najtańsza mrożonka. Gdzieś tam trochę sera na wierzchu, tu maźnięte keczupem. Hyc do pieca na dziesięć minut i gotowe. Kupujesz to, a potem przy pierwszym kęsie dziwisz, że nie da się tego zjeść. Brakuje tu cebuli, bo wiesz, cebule mają warstwy, a twoi bohaterowie potrzebują warstw jak niczego innego.
To, że Tomasz ma narzeczoną, synka i nie może się zdecydować, żeby się wreszcie oświadczyć, jest jedną warstwą. Nie lubi sekt — to już dwie warstwy. Jest nieprofesjonalnym bucem — trzy warstwy. Jako jeden z najbliższych współpracowników Basi potrzebuje jeszcze dwóch kolejnych, żeby wydawał się w miarę realistyczny.
Każdy z bohaterów musi mieć wady i zalety. Twoi mają głównie jakieś cechy, często trudne do sklasyfikowania, rozmyte, schowane na pięćdziesiątym planie. Miałam też wrażenie, że lubisz usprawiedliwiać działania swoich postaci, tak jak to zrobiłaś z dopisaniem pod koniec Flashy „traumatycznej przeszłości”.
Do tego zbyt często mówisz, kto kim jest, bez pokazywania tego. Pierwszy z brzegu przykład — komisarz. Przyszedł, wyszedł i tyle go widzieli, a czytelnik dostał całą historię o tym, jak umarła żona jego i przez to przestał o siebie dbać. Nie lepiej porozrzucać po rozdziałach wskazówki na temat tego, dlaczego komisarz jest, jaki jest, zamiast prosto z mostu wykładać to każdemu, żeby czasem tego nie przegapił? Czytelnik głupi nie jest, zrozumie sugestię. Możesz wrzucić w jednym miejscu, że facet wychodzi zawsze ostatni z pracy, że wygląda źle, schudł, ma plamę na koszuli, brak mu energii i przestał się interesować innymi policjantami. Potem ewentualnie rzucić dialogiem, w którym Basia martwi się o niego, bo to już rok, jak jego żona umarła, a on ciągle zachowuje się tak, jakby to było wczoraj. I tyle, to żadna filozofia. Trzeba mieć tylko trochę sprytu, żeby to wszystko zgrabnie powciskać.
W ogóle zabawnie było mi patrzeć, jak przy niemal każdym bohaterze podawałaś jego dokładny wiek. Powiedz tak szczerze, znasz wiek wszystkich osób, które znasz? Ja na pewno nie i wcale mi to nie przeszkadza. A taki wiek sam w sobie ostatecznie niewiele mówi i jest tylko dodatkiem do listy z kolorem włosów na czele.
Mam dla ciebie ćwiczenie na przedstawienie bohatera:
„Narrator siedzi w parku i czeka na koleżankę. Wtedy na ławeczkę obok przychodzi bohaterka. Po tym, jak wygląda, jak się zachowuje i co mówi, narrator ma się domyśleć, że to: mechanik samochodowy, narzeczona kucharza, zapalona fanka ogrodnictwa. Bohaterka nie może bezpośrednio powiedzieć, kim jest, ani tym bardziej narrator, bo narrator nie zna bohaterki. Widzi ją pierwszy raz w życiu i próbuje to zgadnąć. Bohaterka nie rozmawia z narratorem — może rozmawiać za to z kimś innym. Ma być zero ekspozycji, żadnego tłumaczenia, dlaczego coś jest, jak jest, i opowiadania o przeszłości”.
Na koniec zapraszam do przeczytania naszego poradnika o tworzeniu postaci. http://konstruktywna-krytyka-blogow.blogspot.com/2017/02/siedmiu-wspaniaych-nr-7-swiat.html Myślę, że znajdziesz tam kilka przydatnych informacji, które pomogą ci lepiej kreować bohaterów.

Logika:
Praca policjanta:
Praca policjantów wydawała mi się mało... profesjonalna, że tak to nazwę z braku lepszego określenia. Mam świadomość, że możesz nie znać wielu policyjnych procedur, ale myślę, że warto zachować pozory, opierając się choćby na wiedzy pozyskanej z filmów czy seriali. Odnoszę wrażenie, że już to robisz, bo wspominałaś o „Komisarzu Alexie”, ale wydaje mi się, że to jednak wciąż za mało. Dobrym rozwiązaniem byłoby obejrzenie dokumentów o pracy w policji, zawodzie śledczego a także innych tematach z zakresu kryminologii.  
Twoi policjanci w moich oczach robią właściwie, co chcą — Basia przychodzi do pracy, kiedy chce, ona i jej partnerzy jeżdżą, gdzie im się podoba, przeprowadzając przesłuchania robią to bardzo „na luzie” — spodziewałabym się stosów formularzy do wypełnienia, konkretnych pytań i ścisłego trzymania się protokołu. Zwyczajnie nie zauważyłam, żeby musieli przestrzegać jakichś przepisów. Co z poufnością, ochroną danych i tak dalej? Andrzej kazał swojej żonie szukać informacji o podejrzanym, musiał więc jakoś wprowadzić ją w sprawę. Wciąż jeszcze nie mogę przeboleć, że ogóle ją do tego oddelegował — zwykłego cywila zamiast policjanta, któremu w końcu płaci się za wykonywanie tego typu roboty. Są jeszcze inne, małe rzeczy, które mnie dziwią. Czy policjanci jeżdżą radiowozem, czy jakimś nieoznakowanym pojazdem? Raczej to drugie, sądząc po tym, że dziadek, którego pytali o drogę, zdziwił się, że są funkcjonariuszami policji. Czy muszą gdzieś zdawać sprawozdania z postępów sprawy, zdają przed kimś te raporty, które piszą? Pojawił się wprawdzie raz komisarz, ale któż wie, co robi w swoim gabinecie? Czy Basia na służbie nosi chociaż mundur? Nie wydaje mi się. Oczywiście nie znam się na pracy w takim zawodzie i mogę bardzo się mylić, ale to, co robili główna bohaterka i jej partnerzy, kojarzyło mi się bardziej ze śledztwem prowadzonym przez prywatnych detektywów.

Morze emocji:
Twoi bohaterowie bardzo otwarcie opowiadają o swoich uczuciach ledwie poznanym osobom, co nie jest zbyt realistyczne. Ludzie nie mają na ogół tendencji do opowiadania swoich historii przypadkowym nieznajomym, do takiego uzewnętrzniania się. Gdybyś, przykładowo, zatrzymała się na Filipie, byłabym w stanie postrzegać to jako część charakteru konkretnego bohatera, ale to przytrafia się wielu twoim postaciom, nie tylko w „Śladach Tajemnic”, ale i w pozostałych opowiadaniach. Jest to według mnie kolejna warstwa źle ulokowanej przez ciebie ekspozycji. Starasz się od pierwszych zdań pokazać, kim jest bohater, i podajesz czytelnikowi jego esencję w postaci takich napakowanych backstory dialogów. Zawsze jednak powinnaś najpierw pomyśleć — „czy ten bohater na pewno by to powiedział?” — zanim wciśniesz czytelnikowi taką skróconą biografię wciśniętą w środek rozmowy. Inaczej odbiorcy będzie wydawać się, że bohaterowie nie prowadzą ze sobą rozmowy, a zakamuflowany wywiad.

W czepkach urodzeni:
Basi i jej partnerom wszystko się udaje. Kto jest takim szczęściarzem, żeby mu tak wszystko wychodziło? Co pojadą przesłuchać świadka, to się czegoś dowiedzą. Co podejmą jakiś trop, okazuje się słuszny. Nigdy po drodze nie złapali gumy, nie pocałowali klamki, stercząc na mrozie pod domem świadka, ani nie mieli większych trudności z... no właściwie z niczym. Jedyne, co musieli zrobić, to po prostu zaczekać, a wszystko w pierwszej sprawie rozwiązało się samo. Nie sądzę, aby w przypadku drugiej nastąpiła duża zmiana, bo całe dotychczasowe śledztwo wskazuje na sektę.
Baśka i obyczajowa część opowiadania wygląda dokładnie to samo — matka kocha Krystiana, Robert nie kopnął w tyłek Basi za niezdecydowanie, okazało się, że Tomek nie miał problemów z dziewczyną, tylko boi się oświadczyć. No ludzie! Oni nie mają żadnych problemów, toż to musi być jakaś mistyfikacja.

Styl:
Twoje opowiadania cechuje niesamowita prostota, która nadaje całości lekkości i łatwości w odbiorze. Bardzo mi się ona zresztą podoba i uważam ją wprost za cechę charakterystyczną twojego stylu.
Nie używasz ani wymyślnych określeń, ani pokrętnych konstrukcji, czasem co prawda zdarzy ci się wetknąć w tekst jakiś kolokwializm, ale za to zawsze piszesz w taki sposób, aby nikt nie miał problemów ze zrozumieniem tego, co chcesz przekazać.
Skojarzył mi się nieco ze sposobem pisania Camilli Lackberg — tam też jest tam sporo obyczajowości, trochę zbędnej ekspozycji, a zdania podrzędne łączone są często przecinkami, a nie spójnikami.

Ekspozycja:
Niestety pierwsze, co rzuca mi się przy okazji tej prostoty w oczy, to duża ilość ekspozycji. Ekspozycji czy rozgadanego narratora, na jedno wychodzi — to po prostu kiepska metoda przekazywania informacji. Szybka i bezpośrednia, ale i leniwa, bo autor, zamiast pokazać bohatera w kilku sytuacjach przedstawiających Jasia jako osobę pracowitą, napisze „Jasio jest pracowity” i uzna, że sprawa załatwiona.
Wrzuca się ją najczęściej tam, gdzie ktoś chce coś wyjawić, ale już nie nad tym rozwodzić. Z opowiadaniem jest tak: jeżeli coś nie jest dość ważne, żeby stworzyć do tego scenę lub dialog, widocznie nie ma znaczenia, czy czytelnik się o tym dowie czy nie. Przynajmniej w tym konkretnym momencie.
Dla mnie w wielu miejscach była zwyczajnie zbędna. Przykładowo nie mam pojęcia, po co opowiadałaś mi o Magdzie, jej narzeczonym i wszystkim, co z nimi związane. Jedyna ważna informacja dotycząca tej dwójki to to, że biorą ślub i Basia ma iść na wieczór panieński Magdy. Wszystko inne nie ma znaczenia, jeżeli chodzi o dalsze wydarzenia z opowiadania.
Jest to też druga rzecz, którą mam nadzieję uda ci się wyeliminować ze swojego opowiadania — rzucanie przypadkowych faktów z życia różnych bohaterów w równie przypadkowym miejscu i czasie. Wygląda to tak, jakbyś musiała koniecznie przelać swoją wiedzę o bohaterach na papier bez względu, czy ma to sens czy nie. Powinnaś się pozbyć takich zabiegów, bo zwyczajnie działają na niekorzyść twojej historii, tylko bombardując i dezorientując czytelnika przypadkowymi rzeczami. Zawsze przed napisaniem jakiegoś faktu, zastanów się, czy ma to znaczenie dla fabuły albo rozwoju bohatera, czy to odpowiednia chwila na wspomnienie o tym (nie może być zbyt daleko od miejsca, gdy ta wiedza się przyda — czytelnik zwyczajnie o tym zapomni) i co się stanie, jeżeli nie zostanie ona odpowiednio dostarczona do odbiorcy. W skrócie chodzi po prostu o to, by czytelnik dostał to, co powinien i kiedy powinien, ale niewiele ponadto. Żadnego wodolejstwa.
Chciałabym bardzo, abyś ograniczyła ekspozycję do koniecznego minimum, a przynajmniej starała się używać innych metod do zapoznawania czytelnika z bohaterami i wydarzeniami. Twoje opowiadanie może tylko na tym zyskać.

Streszczenia:
Pisząc sceny, szczególnie na początku opowiadania, dajesz im na początku i na końcu taką streszczeniową otoczkę, która powinna działać jak przedłużenie sceny, pokazanie, co się działo dalej, przeniesienie bohaterów z miejsca na miejsce et cetera. Ale to nie działa, tak bardzo nie działa i chce mi się śmiać, bo dwa lata temu robiłam dokładnie tak samo. Wydawało mi się, że to taka piękna klamra, dopełnienie całości i zgrabne powiedzenie, co robili bohaterowie, bez prawdziwego pokazywania bohaterów. „Rozmawiali do wieczora o wszystkim i o niczym” — takiego typu to były zdania. A potem sama dostałam ocenę i zobaczyłam, jak bardzo niepotrzebne to było. Bo wiesz, czytelnik za sprawą seriali jest przyzwyczajony, że nie widzi wszystkiego, co robią bohaterowie, w pełni to akceptuje i nie czuje się zagubiony, jeżeli na samym początku kolejnego fragmentu bohaterowie, zamiast jechać na miejsce, po prostu będą stać pod furtką. W ten sposób można pozbyć się wszystkich momentów przejściowych, w których bohaterowie podróżują, spędzają ze sobą wiele godzin albo muszą na coś czekać. Wystarczy potem zaznaczyć, gdzie i kiedy są, a czytelnik sam dopowie sobie resztę.

Brak zaangażowania czytelnika:
Niektórzy, pisząc opowiadanie, no cóż, opowiadają. Mówią czytelnikowi wprost, co się wydarzyło w ten sam sposób, w który opowiadają koleżance o wypadzie na wakacje. Niestety, taki styl nie jest zbyt angażujący — tak samo, jak słuchająca koleżanka, czytelnik po tygodniu nie będzie pamiętał, że cokolwiek takiego przeczytał, nie musi bowiem ani kombinować, ani snuć teorii, ani odczuwać napięcia związanego z uczestniczeniem w historii, bo jest tylko jej niemym świadkiem, patrzącym na wydarzenia gdzieś z boku.
Kiedy człowiek się nad tym nie zastanawia, taki styl jest super, wszystko podane prosto, szybko i przyjemnie. Ale jeżeli się nad tym chwilę pomyśli, to dochodzi się do wniosku, że tak przedstawione wydarzenia nie dostarczają żadnej frajdy, nie da się ich przeżyć razem z bohaterami, one po prostu się dzieją, gdzieś tam daleko, przeskakując od jednego momentu do drugiego jak porysowana płyta z wesela.
Najbardziej to boli przy kryminalnej części opowiadania. Rozpraszasz czytelnika niepotrzebnymi szczegółami — reportażowymi opisami i streszczeniami — do tego stopnia, że nie jest w stanie skupiać się na intrydze. Zamiast zastanawiać się nad tym, czy przesłuchiwany podejrzany jest winny, ten myśli o jego wyglądzie i streszczonej naprędce przeszłości. Ekspozycja zabija suspens. Dodatkowo przez takie praktyki pozostawiasz sobie niewiele miejsca na same sprawy, w efekcie czego prowadzisz je liniowo W kryminale muszą być zmyłki, niedopowiedzenia, emocje i ciągłe zastanawianie się, kto jest winny. Dobra intryga powinna wyglądać jak korzenie drzewa — mieć wiele mniejszych i większych powiązań prowadzących ostatecznie do rozwiązania. Tutaj tego nie ma, szczególnie w (co prawda niezakończonej) drugiej sprawie, gdzie masz na dobrą sprawę tylko jednego podejrzanego.
Zostawiam link do naszej Trzynastki w dużej mierze poświęconej właśnie kryminałom.

Dosłowność i sztuka niedopowiedzeń:
Pisanie jest sztuką przekazywania historii w sposób sugestywny, a nie walenia czytelnika łopatą w głowę. Zdecydowanie zbyt często piszesz oczywistości. Mam wrażenie, że posługujesz się topornymi metodami, bo chcesz, żeby wszystko zostało zrozumiane i przedstawione idealnie tak, jak ty sobie to wyobraziłaś — mówię tu głównie o charakterach bohaterów i ich historiach oraz intencjach — a, powiedzmy sobie szczerze, nigdy tak nie będzie. Złym rozwiązaniem jest pisać o wszystkim wprost i wszystko czytelnikowi tłumaczyć. Wydaje mi się, że każdą, najmniejszą część informacji, jaką masz o swoich bohaterach, zawierasz w rozdziałach. Ale to niepotrzebne. Czytelnik nie potrzebuje tych informacji, czytelnik ich nie chce. Bo po co mu one? Co ma z nimi zrobić? Przetworzyć i zapomnieć? Najpewniej tak się stanie, głównie to drugie.
Chyba najgorzej wypada to w zderzeniu z opisami emocji. Stop. Nazywaniem emocji. Ty nie opisujesz stanu emocjonalnego bohaterów — tego, co widać na zewnątrz: trzęsących się rąk, przełykania śliny, wzdychania, przewracania oczami i całej reszty odruchów. Ty zwyczajnie mówisz: „Basia była smutna”, „Basia była wystraszona”, „Basia ucieszyła się”. Ja chcę zobaczyć tę radość, nie się o niej dowiedzieć od narratora. Ludzie wiedzą, jak wygląda radość, smutek, żal — spotykają się z nimi codziennie i potrafią je od siebie odróżnić, dlatego po prostu je pokaż; pozwól swoim bohaterom przeżywać wydarzenia i przy okazji swoim czytelnikom też.

Zdania złożone:
Odniosłam wrażenie, że często sztucznie starasz się tworzyć zdania złożone. Na ogół konstrukcja tego typu prezentuje się tak: zdanie proste, przecinek, zdanie proste; przy czym oba mówią o czymś innym. Pierwszy z brzegu przykład:
„Zasmuciła się, widząc go martwego, jeszcze nie czas temu wsunęła temu mężczyźnie do jego czarnych, skórzanych slipów pieniądze”.
Dla mnie powinny być to dwa zdania. Pierwsze: „Zasmuciła się, widząc go martwego”  i drugie: „Jeszcze jakiś czas temu wsunęła temu mężczyźnie do jego czarnych, skórzanych slipów pieniądze”.
No bo czy to, że Basia zasmuciła się widokiem martwego mężczyzny naprawdę łączy się z wsuwaniem mu pieniędzy do gatek? Pisanie tego razem wydaje się mi się nawet niesmaczne.
Podobne przykłady mogłabym mnożyć:
„Kobiety były zaskoczone wiadomością o śmierci tancerza, nie mogły uwierzyć w ten zbieg okoliczności”.
„Wkrótce Krystian spojrzał na swoją siostrę, uśmiechnął się szeroko, kiedy zobaczył, że nie towarzyszyła tylko z Robertem”.
„Ostatnie słowa Olszaka trochę ją przeraziły, aż tak daleko nie wybiegała w przyszłość”.
Każde z nich można by z powodzeniem podzielić na dwa. Jasne, długie wypowiedzi przyjemnie się czyta, ale tylko wtedy, gdy są dobrze stworzone jako całość. W przypadkach powyżej, mam raczej wrażenie, jakby ktoś na siłę posklejał różne części, bo nie współgrają ze sobą  tak, jak powinny.
Nie warto walczyć z naturalnym przepływem słów. Jeżeli zdanie jest pojedyncze, nie zawsze trzeba je rozbudowywać albo łączyć z innym. Krótkie są świetne do podkreślenia wagi czegoś i nadania szybszego tempa wydarzeniom. Warto również od czasu do czasu poprzetykać zdania złożone prostymi, bo wbrew pozorom, ciągłe czytanie „trójlinikowców” może zmęczyć. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że do opowiadania kryminalnego krótkie i średniej długości zdania będą lepiej pasowały niż złożone konstrukcje.

Najczęściej powtarzane błędy „techniczne”:
— problemy ze składnią,
— gubienie i mylenie podmiotów,
— niepoprawna odmiana wyrazów,
— problemy ze stopniowaniem przymiotników,
— brak oddzielenia wyrazu w wołaczu od reszty zdania przecinkiem,
— w zapisie dialogów reakcje innych bohaterów nie są zapisane w osobnych akapitach,
— za duże natężenie zdań pojedynczych połączonych ze sobą przecinkami,
— nadużywanie zaimków dzierżawczych — głównie „swój” i „jej”,
— mnóstwo powtórzeń — głownie „być” i „mieć”,
„tę” i „tą” nie zawsze są zastosowane prawidłowo,
— brak przecinków przed „co” i innymi wyrazami wprowadzającymi zdania podrzędnie złożone,
— „zapytał” zamiast „zapytał się”,
— zapis wyrazu OK,
— częste mylenie (przekręcanie) związków frazeologicznych, np.: pisze się „nie móc <nic> na to poradzić” albo notorycznie powtarzanie zwrotu „coś, jak i coś”, zamiast „zarówno coś, jak i coś”.

Dodatkowe rady:
Powtórzenia i literówki:
Te dwa małe dranie bardzo obniżają przyjemność z czytania, więc warto popracować nad ich natężeniem. Najprostszym sposobem na pozbycie się ich jest ponowne przeczytanie rozdziału przed publikacją. Jeżeli jednak daje to niewielkie efekty — bardzo prawdopodobne jest, że zdążyłaś się już przyzwyczaić do tekstu i tego typu błędów zwyczajnie nie zauważysz — warto odłożyć rozdział „do szuflady” i pod żadnym pozorem tam nie zaglądać, aż nie minie wystarczająca ilość czasu, aby swój tekst nieco zapomnieć. Dla jednych jest to kilka dni, dla drugich ponad tydzień, a nawet trzy tygodnie — sama musisz sprawdzić, jaka ilość najlepiej zadziała. Nikt nikogo nie pogania, toteż nie ma powodu do pośpiechu i natychmiastowej publikacji po skończeniu pisania.

Błędy językowe:
Łatwiej je zauważyć, kiedy czyta się tekst na głos. Początkowo, jeżeli nie jest się przyzwyczajonym do tego typu praktyk, można czuć się dziwnie, ale zapewniam, że to działa. Wypowiedziane słowa przetwarzamy inaczej niż pisane i wiele nieprawidłowości, jeżeli nie są w nas mocno zakorzenione, będziemy w stanie wychwycić. Za każdym razem, gdy zabraknie w przeczytanym zdaniu płynności albo automatycznie przeinaczymy je, można spodziewać się, że coś jest nie tak. Warto wypowiedzieć kilka wersji tego samego zdania, przykładowo ze zmienionym szykiem, i wybrać to, które brzmi najbardziej naturalnie.

Ubogie słownictwo:
Nie będę ci kazać czytać słowników, bo to byłoby niedorzeczne, ale zdecydowanie polecam po prostu czytać. Dużo i czego tylko się da. Najlepiej książek. Najlepiej na każdy temat, jaki może cię zainteresować. Zapisuj sobie słowa i zdania, które uznasz za warte zapamiętania i wykorzystania w swoich tekstach. Rób ćwiczenia z pisania opisów, w których musisz przedstawić jakiś obiekt w określonej ilości wyrazów, mogąc użyć danego słowa tylko raz albo też pozbyć się niektórych całkowicie — przykładowo osławionych „być” i „mieć”.

Za krótkie rozdziały
Nie sądziłam, że kiedyś komuś tak napiszę, bo długość rozdziałów jest bardzo subiektywną sprawą i zależy od masy czynników. Twoje rozdziały liczą od tysiąca do dwóch tysięcy słów i widać, że znalazłaś swój rytm w takiej ilości miejsca. W teorii nie wygląda to źle — powiedziałabym nawet, że to idealna długość, żeby poczytać sobie przy kawce i ciastku. Tylko, że jest pewne „ale”.
Na oko połowa każdego rodzaju skupia się na dość mało istotnych sprawach — nazwę to „masą opowiadania”, coś jak „masa tabletkowa”, która otacza lek — jego z kolei nazwijmy „akcją” z braku lepszego określenia.
Masa to opisy miejsc i bohaterów, ekspozycja, myśli bohaterów.
Akcja to wydarzenia, które mają miejsce.
Tutaj właśnie leży problem — masy jest za dużo w stosunku do akcji, przez co czytelnik zaczyna mieć wrażenie, że przecież czytał wcale nie tak mało, a nie działo się właściwie nic konkretnego.
Wydawałoby się, że rozwiązanie jest proste — ograniczyć masę — i po sprawie. Ale przecież z jakiegoś powodu pojawiła się na pierwszym miejscu, to nie bezcelowy ozdobnik, tylko cała otoczka opowiadania. Dlatego, moim zdaniem, najlepiej byłoby dodać akcji, tym samym wydłużając nieco rozdział.
Weźmy na przykład rozdział jedenasty i prześledźmy, co się tam dzieje:
1. Basia ubiera się, otwiera drzwi Robertowi, uśmiecha, stwierdza, że kwiaty kupione przez niego kwiaty są ładne, po czym pospiesza Roberta, bo chce, żeby mieli gdzie zaparkować.
2. Robert parkuje, czekają z Basią przed wejściem do kościoła na jej rodzinę, przychodzi rodzina Basi, Basia rozmawia z bratem: Krystian się denerwuje nieobecnością Filipa, Basia go uspokaja i pyta, czy nie powinien ujawnić się przed matką, on jest niepewny, Basia go pociesza.
3. Basia nie słucha księdza, patrzy na Roberta, przytula Magdę, Magda jej dziękuje, Basia gratuluje pannie młodej zawarcia małżeństwa.
4. Robert jedzie i znów parkuje, Basia szuka Filipa, Filip znajduje Basię i pyta o jej brata, Basia wchodzi do hotelu, widzi tam matkę i Krystiana, wszyscy patrzą na wszystkich.
Mam oczywiście na względzie, że w tym rozdziale odbywał się ślub, a nie dochodzenie, więc dla porównania spójrzmy jeszcze na rozdział czternasty:
1. Policjanci dostają pocztówkę, Andrzej czyta jej treść i, po pytaniu Tomka, sprawdza, skąd została nadana. Oznajmia, że mają jechać na miejsce, ale wcześniej sprawdzić sektę
2. Andrzej przyczepia zdjęcie Damiana na tablicy, przychodzą Broll i Konieczny, Andrzej mówi, że mają dowiedzieć się czegoś o sekcie i czekają na wiadomości, Konieczny mówi, że chce być informowany i wychodzi, Broll też chce wiedzieć, co się dzieje i mówi o skazanych z poprzedniej sprawy, Andrzej mówi, że policjanci mają jechać do firmy denata.
3. Andrzej i Basia idą do Cichonia, Andrzej przedstawia się sekretarce, z gabinetu wychodzi Cichoń, policjanci się przedstawiają i informują go o zgonie małżeństwa, po czym zostają zaproszeni do biura Cichonia. Policjanci siadają naprzeciwko Cichonia, ten proponuje im kawę, oni odmawiają i pytają o Mikulskiego, relacje Cichonia z nim, o firmę i spadek. Cichoń opowiada o Damianie, policjanci pytają o alibi Cichonia, Cichoń natomiast pyta o brata zmarłego.
4. Policjanci jadą na komisariat, Tomek opowiada im o Mikulskim, oficer dyżurny mówi Olszakowi, że jego żona jest w biurze, Olszak dziękuje za informację.
Czy to dużo? Trudno ocenić bez porównania, ale mimo wszystko wydaje mi się, że nie. Jak widać na załączonym obrazku, po wycięciu masy nie zostaje zbyt wiele.
Opowiadania skupione na rozwiązywaniu spraw kryminalnych owszem będą miały dużo narracji opierającej się na łączeniu tropów, a obyczajowe na myślach bohaterów, ale czy to znaczy, że powinno się omijać ciekawe wydarzenia? No nie.

Plusy i minusy opowiadania:
Zalety:
— prosty, przyjemny styl,
— krótkie rozdziały,
— wybranek serca głównej bohaterki,
— obyczajowa część opowiadania,
— pomysłowe zbrodnie,
— poruszanie trudnych tematów.

Wady:
— nadmierna ilość ekspozycji,
— brak konfliktu,
— kiepskie opisy,
— płascy bohaterowie,
— nijakość i przynudzanie,
— nieumiejętnie prowadzone sprawy kryminalne,
— masa powtórzeń i literówek,
— problemy z odmianą wyrazów,
— mieszanie podmiotów.

Ocena końcowa: 3
Pisz „Ślady tajemnic” dalej, bo historia jest tego warta, ale wiele drogi przed tobą, zanim zaczniesz robić to naprawdę dobrze. Skup się bardziej na sprawach kryminalnych — zdecydowanie trzeba dopracować tę część opowiadania, bo niestety wypada dość blado. Wprowadź nieco konfliktu, popracuj nad opisami, panuj nad ekspozycją, rozwijaj bohaterów i zwracaj szczególną uwagę na błędy, a będzie coraz lepiej. Twoje pióro jest lekkie, wprost idealne jako chwila relaksu po ciężkim dniu. Prostota to twój znak rozpoznawczy, dlatego sądzę, że powinnaś ją pielęgnować i pozbyć się wszystkich rozpraszaczy ze swojego stylu. Nie zniechęcaj się ilością uwag; moim celem było wypisanie możliwie wszystkiego, co tylko się dało, żebyś mogła uczynić twoją historię lepszą — być może podeszłam do tego zbyt redaktorsko. Niech też czasem nie przejdzie ci przez myśl opuszczenie „Śladów tajemnic”, bo znalazłaś właśnie nową czytelniczkę. Powodzenia.

18 komentarzy:

  1. Ja bym się nieco kłócił. Znaczy, ogólnie z dużą ilością tego co napisałaś się zgadzam. Co prawda nie dotarłem jeszcze do końca opowiadania i chcąc uniknąć spojlerów, nie przeczytałem całej Twojej oceny. Jednak rzecz tyczy się pisania w sposób jakby opowiadało się koleżance, przy kawce, o jakieś tam imprezce (tak to zobrazowałaś, porównałaś). Nie każde opowiadanie musi być rozłożoną na milion części powieścią. Niektóre opowiadania mają być krótkie, treściwe, proste, bez zbędnej opisowości, gdzie właśnie korzysta się z takich streszczeń, jak opisanie imprezy w jednym zdaniu. Sam, choć potrafię wydłużać rozdziały i spowalniać akcje, co zastosowałem w niejednym swoim opowiadaniu, pisząc obecne korzystam właśnie ze streszczeń i kompozycji, a wszystko po to, by było ono dla każdego, a nie tylko dla osób lubiących się zaczytywać. Tak więc nie można od opowiadania wymagać, że będzie obszerną powieścią, gdy z założenia ma być opowiadaniem, złożonym z takich skrótów (nazwijmy to skróty, tak umownie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że nie do końca zrozumiałeś mój przekaz. Wydaje mi się, że zostało to spowodowane głównie tym, że nie przeczytałeś całej oceny, a jedynie jej część. W związku z tym, co sądzisz, żebyś doczytał resztę (oczywiście nie od razu, tylko kiedy już nadrobisz opowiadanie Dusi) i wtedy byśmy podyskutowali? Myślę, że to zapobiegłoby dalszym nieporozumieniom i ułatwiło nam dalszą rozmowę. ;)

      Usuń
    2. Doczytałem i faktycznie takie spłycanie wątków i streszczanie wydarzeń czytelnikowi często mijało się z celem i sprawiało, że czytelnik nie uczestniczył w dochodzeniu, a jedynie stał gdzieś z boku i słuchał z tego relacji.
      Jednak nie uważam, by zawsze streszczanie czegoś było złe. Wszystko zależy od tego jaki charakter ma opowiadanie i czym z założenia ma ono być. Sam przy obecnej "Paulinie" się nie rozpisuję, bo w opowiadaniu nie jest ważne jak oni spędzili czas w górach i nie muszą czytelnicy towarzyszyć im na każdym szlaku, tematyka opowiadania jest inna i z założenia miało być czymś dla każdego, nawet dla ludzi zabieganych i nielubujących się w wydłużonych opisach. Ważne miało być przez wzgląd na tematykę. Tak samo w opowiadaniu Dusi zbędnym było opisywanie w sposób skrupulatny imprezy, zwłaszcza, że jej bohaterowie potem długi czas się nie pojawiali (jedynie Basia), dobrze jednak by było, gdyby zwróciła większą uwagę na tancerzy i barmanów, jak to kobieta, zwłaszcza, że oni potem w tym śledztwie mieli swój udział - jako świadkowie i jako ofiary. Wszystko jednak trzeba czynić z wyczuciem, zbędna opisowość także nie jest w wielu przypadkach wskazana. Tu też nie było sensu, by autorka opisywała wejście do klubu, grę świateł, zamawianie drinków, kolor podświetlanego blatu - to naprawdę można zostawić dla czytelnika i jego wyobraźni, zwłaszcza, że opowiadanie z założenia było jednowątkowe (przynajmniej pierwsza sprawa) i miało byś krótkie. Co innego, gdyby autorka chciała z tego zrobić powieść kryminalną, wtedy rozpisanie się byłoby konieczne. Coraz częściej, gdy czytam niektóre komentarze i oceny, odnoszę wrażenie, że ich autorzy nie rozróżniają opowiadania od powieści, w ogóle nie rozgraniczają tego i nie nasuwa im się myśl, że mogą komentować opowiadanie, a nie powieść.

      Usuń
    3. Streszczanie, owszem, nie zawsze jest złe. Po prostu w odniesieniu do opowiadania Dusi takie narzędzie się nie sprawdzało i bardzo często nie sprawdza się także w innych historiach, dlatego na ogół się go nie poleca. Bardzo łatwo wpaść tutaj w pułapkę lenistwa i zacząć streszczać wszystko, jak leci. Jest wiele innych, lepszych, sposobów na informowanie czytelnika o wydarzeniach, na czele z dialogami, więc streszczenia można z powodzeniem ograniczyć do koniecznego minimum.

      Niestety nie miałam okazji czytać twojego opowiadania, dlatego nie mogę się do niego odnieść. Co do Dusiowego pierwszego rozdziału — oczywiście, że impreza nie musi być skrupulatnie opisana, jeżeli nie ma to znaczenia dla późniejszych wydarzeń. Nie ma sensu jej streszczać, kiedy można od razu przejść do, powiedzmy, dialogu koleżanek w klubie, a potem od razu przeskoczyć do znalezienia ciała. Bardzo wiele można pomijać, wystarczy pamiętać, żeby gdzieś po drodze wspomnieć, że coś miało miejsce, nawiązać do wydarzenia jednym zdaniem i gotowe. Jestem za świadomym i oszczędnym gospodarowaniem słowem (czego pewnie nie widać) oraz szanowaniem czasu czytelnika. Prawie każdy szczegół powinien służyć przedstawianej historii. Dusia według mnie ma z tym problemy, bo choć pisze krótko, to nieefektywnie, poświęcając zbyt dużo energii niepotrzebnym rzeczom, a za mało tym ważnym (jak sam wspomniałeś, opis imprezy był zbędny, a podejrzani byli traktowani zbyt po macoszemu).

      Nawet jednowątkowe i krótkie historie potrzebują klimatu, więc nie mogę się zgodzić, by kompletnie rezygnować z dokładniejszych opisów i szczegółów (świateł, drinków). Ważne jest, by dobierać je z sensem i w odpowiednich ilościach, a wszystko powinno być w porządku.

      Jest tak, bo ludzie nie zwracają uwagi na etykietki, gatunki i definicje, tylko na to, czy historię dobrze się czyta, i pod tym względem komentują dany tekst. Opowiadania na blogach to zupełnie inna, nowa kategoria i nieczęsto się zdarza, żeby blogowe opowiadanie naprawdę było opowiadaniem z definicji. Wielu autorów pisze tak naprawdę coś swojego: jedni powieści, drudzy właśnie opowiadania, jeszcze inni zupełnie coś innego — i to tych jest najwięcej. „Opowiadanie” na blogosferze to tylko pomocniczy termin, którego się używa do nazwania wielu różnych tworów i osadzenia ich w jakiejś większej grupie. Jeśli ktoś napisze w zakładce, że pisze opowiadanie, ten, kto tam zajrzy, pomyśli najpewniej: „no, okej, jak wszyscy tutaj”.

      Usuń
    4. W pewnym sensie masz rację, z dużą ilością uwag masz rację, ale nie wiemy do końca czy opowiadanie jest obyczajówką, gdzie w tle jest zagadka kryminalna i mamy za zadanie obserwować jak to zmienia bohaterów i jak wygląda ich życie na co dzień, czy mamy uczestniczyć w rozwiązywaniu tej zagadki, a opowiadanie jest stricte kryminałem. Sam nawet nad tym gdybałem do jakiej kategorii to opowiadanie zaliczać, gdy chciałem posegregować to co czytam, ale jednak zrezygnowałem z takiej segregacji, więc przestałem gdybać.
      Nie uważam jednak, że masz rację, iż każdemu opowiadaniu potrzebne są opisy. Jest nawet taki gatunek literacki jak nowelka, gdzie opisy streszcza się do minimum, a ważna jest akcja i puenta.
      Moim zdaniem nieco skrzywdziłaś to opowiadanie oceną i nie chodzi tu o ocenę cyfrową, a o niektóre wywody. Podeszłaś do opowiadania jak do pełnowymiarowej powieści, dlatego nawet w którymś momencie zacząłem się zastanawiać czy do każdego tak podchodzisz. Zastanawiałem się co by było, gdyby ktoś zgłosił się do ciebie po ocenę nowelki, czy też wytykałabyś braki opisów, streszczanie wszystkiego, opowiadania, tak jakby opowiadało się coś kumplowi. Choćby w pierwszej z nowelek, o tytule "Sokół" można dostrzec, że to właśnie taki styl, że wszystko się opowiada, a ważne są tylko główne wydarzenia, te nawiązujące do tytułu. Zresztą w "Antku" nie jest inaczej.
      Opowiadanie Dusi to z pewnością opowiadanie, a nie powieść, być może bardziej obyczajówka niż kryminał, może ma to na celu pokazanie jakieś utopii. Ja wiem, że Dusia przyznała ci rację z oceną, co znaczy, że nie miała takiego zamiaru, a udało jej się tak a nie inaczej po prostu przez przypadek. Co jednak, gdyby taki zamiar był? Wtedy krzywdzącym byłoby podchodzenie do czegoś lekkiego, do nowelki czy opowiadania, jakby to było powieścią np kryminalną czy romansem. Wtedy wytykanie streszczeń, braków opisów, lekkości mowy (jakby się właśnie przekazywało coś koledze) byłoby zamiarem, plusem opowiadania, a nie jego minusem, choć tobie mogłoby nie przypaść do gustu, bo ty np wolisz obszerne powieści.

      Usuń
    5. Z tym się konkretnie nie zgadzam - "Nawet jednowątkowe i krótkie historie potrzebują klimatu, więc nie mogę się zgodzić, by kompletnie rezygnować z dokładniejszych opisów i szczegółów" choćby przez to się z tym nie zgadzam, że są takie opowiadania jak nowelki, gdzie nie ma miejsca na dokładniejsze opisy.

      Usuń
    6. Tekst Dusi jest tym, czym jest — historią z wątkami obyczajowymi i kryminalnymi (na pewno nie odpowiada całkowicie definicji opowiadania) — i na tym oparłam swoją ocenę. Jasne, mogłam się mylić, ale jakie to ma teraz znaczenie, jeśli Dusia się ze mną zgodziła? Ona najlepiej wie, czym są Ślady Tajemnic.

      Skoncentrowałeś się za bardzo na zastanawianiu się, co by było gdyby i sądzę, że dyskutowanie o tym prowadzi donikąd. Pisząc tę ocenę, skupiałam się na tym konkretnym blogu, żadnym innym, i do jego potrzeb dostosowałam swoje rady. Gdyby Dusia poczuła się nimi skrzywdzona, na pewno by mi o tym napisała, jednakże dostałam od niej bardzo pozytywną odpowiedź. Dla mnie to najważniejsze.

      Nie sądzę, byśmy kiedykolwiek zgodzili się w kwestii opisów — każde z nas ma powody, by obstawać przy swoim zdaniu. Prawdą jest, że różne gatunki potrzebują opisów w różnym natężeniu, ale nie o tym była ta dyskusja. Chyba najlepiej będzie, jeżeli po prostu zaakceptujemy, że druga strona może mieć inną opinię w tym temacie.

      Usuń
    7. Tylko nie możesz się kłócić z faktem, że w noweli opisy są niewskazane, bo zepsułyby gatunek. To fakt i jeśli uważasz inaczej i tam nawciskałabyś opisów to byłby błąd i wynikałoby z twojego niedouczenia. Tu nie ma się co kłócić, bo nie masz racji, że każde opowiadanie potrzebuje opisów i tego, by czytelnik uczestniczył w wydarzeniach (może być o nich informowany przez dialogi lub streszczenia). Nie ma wymagań, by musiało być inaczej, a w niektórych gatunkach nawet inaczej być nie może.

      Usuń
    8. Nie rozumiem, dlaczego wciąż odnosisz się do noweli, kiedy ocena dotyczy innego rodzaju tekstu.

      Usuń
    9. Ale tylko mój pierwszy komentarz dotyczył oceny, reszta była odpowiedzią na twoje komentarze, a ostatni odnosił się do twojego zdania, że każde opowiadanie blogowe potrzebuje opisów. Wcześniej pisałaś, że opowiadaniem blogowym może być wszystko. Ktoś mógłby się pokusić o napisanie choćby sztuki w stylu antycznym albo właśnie noweli i co wtedy? Źle bo nie wbił się w schemat twoich upodobań?
      Ogólnie często przy ocenach i recenzjach zauważyłem, że oceniającej zamiast oceniać styl i twórczość autora, piszą jak one same by coś napisały, a ocena kogoś nie polega sugerowania mu, by pisał jak osoba oceniająca. W tym przypadku możesz sobie pogratulować, bo w tej recenzji ani chyba nawet nigdzie wcześniej u ciebie się z tym nie spotkałem. Ale często jednak bywa tak, że ktoś pisze w pierwszej osobie i nagle oceniający się mądrzy jak bohater powinien budować zdania i jak się wypowiadać, zupełnie tak jak on by tego bohatera stworzył i wiedział o nim więcej od autora. Często też są oceny typu "tu powinno być więcej opisów" "a tu zamiast o tym informować mógłby być dialog", a to wszystko to po prostu kwestia upodobań, to mogłoby być, ale nie musiało być, autor chciał inaczej, miał do tego prawo. Oceniać więc powinno się to co jest i takim jakie jest, a nie dyktować, wręcz często narzucać zmiany, które konieczne nie są.

      Usuń
    10. Czyli chciałeś tak po prostu sobie pogadać? No dobra.
      Zacznijmy od tego, że jeżeli coś nie wbija się w moje upodobania, mogę zwyczajnie nie podjąć się oceny bloga, który ma w sobie takie treści. Nie jestem zobowiązana zajmować się każdym zgłoszeniem. Do tego każda oceniająca na swojej podstronie ma wyraźnie zaznaczone, jaki typ opowiadań ocenia (tu można znaleźć gatunki takie jak fantastyka i horror, może być też poezja, pamiętnik lub cokolwiek innego. Sama mam nawet wypisane, że nie lubię postaci głównych i opowiadań z nimi nie oceniam) więc to nie jest tak, że nagle dostanę zgłoszenie zawierające, niech już będzie, nowelę i muszę się z nią męczyć, bo tak.

      Każdy ocenia, jak umie i jak uważa za stosowne. Ocena będzie tym, czym uczyni ją jej autor. Nigdzie nie ma podręcznika pt. „Jak pisać oceny blogów”, nie ma wytycznych pod względem tego, jak powinna wyglądać i co zawierać. Różne ocenialnie podchodzą różnie do tego tematu, ba, oceniające w tej samej ocenialni potrafią mieć całkiem inne style i wizje. Według mnie ocena to nie powiedzenie — to robisz źle, tamto robisz źle, trója i do widzenia. To poprowadzenie autora i pokazanie mu, czym może być jego opowiadanie, jeżeli włoży w nie pewien wysiłek. Nie czym jest, a właśnie czym może być.

      Wydaje mi się, że nie zauważasz pewnej kluczowej kwestii. Oceniający chcą, żeby opowiadania autorów były lepsze pod każdym względem. Co zrobić, żeby autor mógł zrobić coś lepiej? Powiedzieć mu o tym. Pokazać mu, jak to zrobić. Zaproponować rozwiązanie. Uświadomić go, że robi coś nie tak.
      Twoje rozumowanie opiera się na tym, że o pewnych kwestiach w opowiadaniu nie powinno się mówić (proponować innych rozwiązań), co w moim odczuciu jest absurdalne. Autor może myśleć, że robi coś tak, jak sobie to zaplanował, a w rzeczywistości może okazać się coś zupełnie innego.
      Przykład — moje własne opowiadanie. Wszyscy moi bohaterowie mówili tak samo, identycznie, stary, młody, mądry, głupi. I co? Oceniające powinny uszanować to, że narobiłam klonów, bo to była „moja wizja” i „znam swoich bohaterów lepiej niż wszyscy inni”? Dalej — moja główna bohaterka była bucem i miała bezsensownie wielką traumę, nie dlatego, że szczegółowo i dokładnie to zaplanowałam (to znaczy zaplanowałam, ale mój plan daleko odbiegał od końcowego efektu), a dlatego, że tak mi po prostu wyszło. Gdybym nie została o tym uświadomiona, dalej pisałabym o tej głupiej, wrednej bohaterce, a naprawdę wolałabym nie.
      Autorzy zwracają się do konkretnych oceniających, a nie jakiś przypadkowo wybranych, więc powinni mieć świadomość, czy chcą być ocenieni w pewien sposób. Wiedzą, czego się spodziewać. Może niektórzy lubią dostawać propozycje, gdzie dopisywać dialogi, jak zmienić fabułę i kiedy nadać charakteru bohaterom?
      Nie wiem, skąd ci się wzięło myślenie, że proponowanie, jak jakiś bohater mógłby mówić, jak się zachowywać (oczywiście w oparciu o resztę opowiadania) i krytykowanie jego obecnej osobowości, to naruszanie wolności kreatywnej autora. To ta sama sytuacja, jak przy dopisywaniu brakujących przecinków, tylko kategoria nieco się zmienia.
      Autor ma prawo napisać, co tylko mu się podoba. Oceniający ma prawo powiedzieć, że to, co napisał autor, się nie sprawdza i doradzić, jak zrobić to lepiej. Autor ma prawo nie zgodzić się z oceną oceniającego. Oceniający ma prawo nie zgodzić się z autorem. Tyle.

      Usuń
    11. Jak dla mnie momentami te oceny są pisane na siłę, by pokazać jak oceniająca by napisała to samo opowiadania. Uwagi to jedno, ale pokazywanie co ma zrobić autor, by podnieść swój poziom często nie jest podnoszeniem poziomu, a zmianą stylu autora na styl oceniającej.
      Nowela czy sztuka - podałem przykłady, ale nie pod kątem, że mialabys to oceniać, ale pod kątem twojego komentarza dotyczącego tego, że opisy to konieczność, co jest po prostu bzdurą, bo wcale nie są i nie zawsze muszą być. Ja tylko to chciałem ci uświadomić, byś więcej nie podawała takiego czegoś w eter, bo to trochę tak jakby powiedzieć, że do zup konieczny jest makaron. Nie jest, zupełnie jak nie zawsze opisy są konieczne. To było tylko zwrócenie uwagi, podałem też przykład, właśnie Noweli, by ci udowodnić, że nie w każdym gatunku opis jest konieczny.

      Usuń
    12. To już zależy od interpretacji. Nie zauważyłam, by jakaś oceniająca przechwalała się swoimi umiejętnościami lub mądrzyła, żeby zabłysnąć albo pokazać, że ona napisałaby to opowiadanie lepiej. Nie sądzę też, by oceniające chciały, aby blogi innych osób stały się odzwierciedleniem ich osobistego stylu. Po prostu każda z nich zna pewne chwyty i rozwiązania, które działają i podpowiadają autorom, że mogą ich użyć. Skąd mają taką wiedzę? Ano z własnego doświadczenia, własnych opowiadań i oczywiście własnego stylu, więc logiczne jest, że będą brzmieć podobnie.

      No tak, przedstawiłeś to dość jasno. Już wszystko rozumiem. :)

      Usuń
  2. Przeczytałam :)
    Jednak z treściwym komentarzem powrócę jutro pod wieczór lub w niedziele (mam trochę zamieszania w domu). Chciałam jednak dać o sobie znać i oznajmić, że bardzo... ale to bardzo Ci dziękuję za tę Ocenę! Naprawdę! I nie spodziewałam się, że dostanę tróję... spodziewałam się raczej dwójki z bardzo dużym minusem :)

    Do ponownego spisania niebawem:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobra, zmieniły mi się plany, więc jestem dzisiaj...
      Tak jak wspomniałam wcześniej, bardzo Ci dziękuję za tą wspaniałą i treściwą Opinię! Naprawdę doceniam, że poświęciłaś na mój blog tyle czasu i wysiłku, i już wiem, co trzeba poprawić...
      Ogólnie wiedziałam, że opisy postaci, miejsc, itp. wychodzą mi bardzo płytko i mam z nimi ogromny kłopot... Twoje rady na pewno otworzyły mi oczy na pewne sytuacje, więc obiecuję, że poćwiczę... już sobie zapisałam link do Poradnika, więc zajrzę tam, by zgłębić wiedzę.

      No i tak, nie czas temu zauważyłam, że moją zmorą jest gubienie podmiotów. Już za to mi się dostało od Condawiramurs, która jest moją betą na potterowskim opowiadaniu, więc cały czas nad tym pracuje, choć jeszcze mi się zdarzają niedociągnięcia, ale myślę, że z czasem mój styl się wyrobi i nie będę się już myliła. Minusem było to, że starałam się przedstawić historię jedynie oczami Basi, a przecież mogłam raz jeszcze na spokojnie wszystko sobie przemyśleć i napisać też z perspektywy innych postaci. A może i nawet lepiej by było, gdybym pisała w pierwszej osobie, bo masz rację, to mój konik i nie wiem, czemu o tym wcześniej nie pomyślałam, gdy tworzyłam ŚT... :(

      Kolejna moja porażka... bohaterowie w czepku urodzeni. Tak, już wcześniej dotarło to do mnie, bo wcześniej zaznajomiłam się z Poradnikiem, który pisałaś o wątkach kryminalnych. Dlatego też wiedziałam, że napiszesz o tym :) I naprawdę biję się za to, bo naprawdę przedstawiłam tam bardzo idealny świat, mało realistyczny, a przecież w życiu tak nie jest! Zauważyłam, że jestem bardziej ostra dla moich nastolatków z opowiadania potterowskiego i cierpią bardziej niż dorośli w ŚT :) Dlatego nie wiem, jak z tego wybrnąć. Myślę, że gdy będę pisała III sprawę, nieco podłoże kłody pod nogi postaciom. Mam nadzieje, że nie jest za późno, bo już mam pewien pomysł na drastyczną zmianę w związku Basi i Roberta. No i ostatnio też przyszło mi do głowy, aby namieszać również w życiu Tomasza... Tylko mi powiedz, czy takie diametralne zmiany niczego nie popsują, skoro przez osiemnaście rozdziałów wszystko hulało dobrze?

      Usuń
    2. I co do spraw. Rzeczywiście pierwsza sprawa była nietaktownie napisana. Eliminowałam podejrzanych raz po raz, a zabójcy nawet wcześniej nie pokazałam... ach, co za głupota! Chyba inspirowanie się książką "Piramidy śmierci" było nierozsądnym posunięciem :( Jeśli chodzi o II sprawę, to akurat w tym przypadku było zamierzone, że sekta jest głównym podejrzanym... to dochodzenie miało być emocjonalne - choć wiem, że w tym wpadłam po uszy - oraz jasne, aby potem przejść do III sprawy, już bardziej konkretnej, dlatego obiecuję, że tam wplotę więcej akcji. Mam nadzieję, że mi się uda...
      Zdaję sobie jednak sprawę, że dochodzenia przeze mnie były napisane niechlujnie, nie wspominając o pracy policjanta. Miał być kryminał z domieszką obyczaju i romansu, a wyszedł obyczaj z domieszką kryminału i chwiejnym romansem" :)

      No i tak, opowiadanie wyszło jak wyszło, i wiem, że gdyby ktoś wcześniej zwrócił mi uwagę, bardziej konkretnie napisał: "Hej, co ty dziewczyno najlepszego napisałaś?!", może bym inaczej do tego podeszła. Co prawda osobnik przede mną już mi napisał takie komentarze, ale... już za późno na to, abym mogła rozpocząć opowiadanie nieco inaczej. Jedna sprawa została zakończona, więc nie byłoby już takiego zaskoczenia odniesienie zabójcy. Może uda mi się pomyśleć nad IV sprawą? Nie wiem... Piszesz, żebym nie rezygnowała z opowiadania i pisała dalej, więc to Cię posłucham... nie poddam się i będę dążyć do zakończenia opowiadania.

      Przydałaby mi się beta, nie ulega to wątpliwości, ale zraziłam się do "obcych" bet, bo kiedyś znalazłam jedną ze strony, by mi pomogła, to otrzymywałam z powrotem rozdziały, w których zostały mi już poprawione błędy - do tego nie wszystkie, bo jeszcze sama musiałam nieco dopracowywać rozdział - i żadnych konkretnych uwag. Mam to szczęście, że Condawiramurs poprawia mi teraz moje potterowskie opowiadanie. Dlatego nie chciałam jej jeszcze obarczać kolejnymi moimi opowiadaniami, bo wiem, ile ta dziewczyna na na głowie, więc... muszę radzić sobie sama :(
      Dlatego dziękuję za wypisanie uwag. Na razie je tylko przejrzałam, chcę się w nie bardziej wgłębić, gdy zacznę poprawę rozdziałów, dlatego moje pytanie brzmi: Czy kiedy zacznę poprawę, to czy mogę skontaktować się z Tobą poprzez e-maila, abyś mi powiedziała, czy idę dobrą drogą... Czasu Ci długo nie zajmę, obiecuję, bo sama na razie jestem w niedoczasie, więc intensywną poprawą zajmę się zapewne o ślubie mojej przyjaciółki, czyli tak w okolicach maja lub czerwca... Pasowałoby Ci?

      Myślę, że wszystko, co miałam w zamiaru napisać, zostało ujęte - przynajmniej te najważniejsze aspekty. Raz jeszcze Ci dziękuję za Ocenę. Jak najbardziej się z nią zgadzam, choć, tak jak pisałam wcześniej, ja dałabym sobie ocenę niżej, więc... :)

      Dzięki, dzięki i pozdrawiam Cię serdecznie :*

      Usuń
    3. Hej, ponownie przepraszam za zwłokę i już biorę się do pisania. ;)
      Naprawdę cieszę się, widząc twoje komentarze. Nawet nie wiesz, jak bardzo, bo tak otwartego autora można ze świecą szukać. Do tego wiedza, że moja pisanina dużo ci dała, ach, rozpływam się. Mogę umierać spokojnie. :D Niezmiernie miło mi się czytało twoje słowa i mam nadzieję, że uda mi się na nie w miarę satysfakcjonująco odpowiedzieć. ;)
      Myślę, że poradnik powinien ci pomóc, a przynajmniej dać parę wskazówek, bo najcięższą robotę musisz wykonać sama. Wydaje mi się, że dobrze by było, gdybyś stworzyła najpierw parę opisów "na boku" w ramach ćwiczeń, zanim przeszłabyś do opowiadania. Dobrym rozwiązaniem byłoby też wyszukiwanie zdjęć i próbowanie ich opisać, zarówno ludzi, jak i otoczenia. Nie musiałabyś wtedy skupiać się na wymyślaniu, a na samym sposobie przekazania treści.

      Och, te podmioty. To nie było tak, że ja nie wiedziałam, kto mówi, bo zawsze trzymałaś się Basi, ale zdania i ich logika kulały przez to bardzo. O ile będziesz tego pilnować, powinnaś dać sobie z tym radę, po prostu musisz zwracać uwagę na to, kto jest podmiotem w zdaniu. Bardzo dobrze, że Condawiramurs cię pilnuje pod tym względem, mnie pilnuje pod kilkoma innymi. ;)
      Zastanawiam się, jak by ta historia wyglądała z perspektywy różnych postaci i kogo byś wybrała dla nas do obserwowania; choć w przypadku tego, co do tej pory przedstawiłaś, raczej byłoby to za dużo - wydaje mi się, że zrobiłby się zbyt duży chaos przy kilku "narratorach". Pierwsza osoba na pewno byłaby łatwiejsza, ale zawsze warto przećwiczyć się także w innych. A nuż ci się odmieni i dzięki temu będziesz lepsza w trzecioosobówce? Jeśli cię to pocieszy, to sama mam więcej doświadczenia w trzecioosobówce, a rzuciłam się przy opowiadaniu na pierszo-. :D

      To było nie do uniknięcia - twoi szczęśliwi bohaterowie byli bardzo widoczni. :P Życie i fikcja to dwie całkiem różne sprawy, choć wydawałoby się, że to drugie powinno najwierniej odwzorowywać to pierwsze. Wiele rzeczy, które akceptujemy w rzeczywistości, nigdy nie przeszłoby w pisaniu i na odwrót, dlatego po prostu trzeba znaleźć balans. Zbyt dobrze radzący sobie bohaterowie to pułapka, z której trudno wyjść, ale zawsze można sobie powiedzieć, że męczenie ich jest fajne. No i dużo radochy później przychodzi, kiedy wreszcie zaczyna im się układać. Co do uprzykrzania im życia - zacznij od mniejszych rzeczy, żeby potem zmiażdżyć ich efektem kuli śnieżnej. Wtedy będzie łatwiej czytelnikowi uwierzyć w pogorszenie ich sytuacji i nie będzie to też dla niego taki szok. Krok po kroku, jedna mała rzecz za drugą, tu niefart, tam niefart i bam, postać nagle jest w czarnej d... no wiadomo gdzie. ;)

      Usuń
    4. Z tym zabójcą to naprawdę było kiepskie. Miałam nadzieję, że będzie z nim jakaś większa rozmowa, może nawet pokazane, jak został złapany. Mógł się chociaż powydzierać na komisariacie albo cokolwiek innego, a tu nic.
      Emocje przy drugiej sprawie były, choć obawiam się, że nie tam, gdzie by się ich spodziewać. Jestem bardzo za większą ilością akcji w trzeciej sprawie, trzymam kciuki, żeby ci wyszło, tak, jak to sobie zaplanujesz. :)
      Cóż, nie mogę się z tym nie zgodzić, zbyt dobrze to ujęłaś. ;) Najważniejsze, że zdajesz sobie z tego sprawę.

      Nie jest tak łatwo napisać komuś, że coś mu nie wychodzi, wiem po sobie - nie lubię zbytnio tego robić w komentarzach, bo nigdy nie wiem, czy ktoś sobie tego życzy, a nawet wtedy jest trudno, bo wydaje mi się, że to w jakiś sposób wredne. :D Czasem ludzie, jeżeli nie myślą analitycznie nad tekstem, mogą nawet nie zauważyć pewnych niedoskonałości, bo po prostu wciągają się w fabułę. Kontynuuj, póki pisanie będzie sprawiać ci przyjemność. Bardzo brakuje nam na blogosferze zakończonych opowiadań, więc cieszy mnie twoja determinacją. :)

      Beta przydaje się chyba każdemu. Sama korzystam i bardzo sobie chwalę, Condawiramurs jest naprawdę dobra. :) Miałam też wcześniej styczność z innymi i też trafiałam dobrze, może miałam po prostu szczęście.

      Cieszę się, że mogłam pomóc. I uwierz, czytałam dużo gorsze opowiadania, więc gdybym dała ci niższą ocenę, musiałabym później schodzić na ujemne liczby. ;)

      Powodzenia i do usłyszenia za jakiś czas. :)

      Usuń